Oko w oko z Kudłatą Maryśką
Zobacz też:
Wyjazd o 7.00 rano spod Mickiewicza i w drogę. Najpierw przywitanie z panią przewodnik Magdą Tukaj, następnie zapoznanie z trasą wycieczki:
- Rejs po jeziorze Czorsztyńskim (do najciekawszych atrakcji to nie należało, chyba że ktoś lubi przez prawie godzinę patrzeć w wodę i słuchać wywodu o krajobrazie jeziora z taśmy)
- Zwiedzanie zapory;
- Zwiedzanie zamku Niedzica. Może zależy to od oprowadzającego, ale było fajnie. Nawet historia opowiedziana we właściwy sposób może być ciekawa.
- Zwiedzanie kościółka w Dębnie. Piękny budynek. Nie udało się nam wejść do zakrystii, więc trzeba było uwierzyć na słowo, że wyjście jest w Dolinie Chochołowskiej w Tatrach.
Zakwaterowani zostaliśmy w remizie strażackiej OSP w Krościenku. Po odebraniu pokojów było kilka godzin wolnego. I tak cały czas zleciał na szachach, herbatce (może trochę mocnej, ale ważne, że dobrej) oraz na śpiewach i graniu na gitarze wokół butli gazowej. Później pyszna obiado-kolacja i pożegnawszy się z dniem w świetlicy wszyscy rozeszli się rozśpiewani do pokojów.
Pobudka nie wiem o której, bo z wycieczek staram się zapamiętywać tylko przyjemne rzeczy. Po śniadaniu potrzebowaliśmy tylko paru chwil na spakowanie się i ruszenie w górki. Trasa wiodła z Krościenka do schroniska "Trzy Korony" przez Przełęcz Szopczańską i oczywiście Trzy Korony. I tam właśnie, bezpośrednio pod szczytem miałem okazję do negatywnego nastawienia do systemu. Ten, kto był na Trzech Koronach powinien wiedzieć, o co mi chodzi. Zirytował mnie płatny wstęp na szczyt (2,50 zł) i samo na niego wejście, czyli po stalowych schodach. Czegoś tu nie rozumiem: czy to góry, czy coś innego. W górach powinno się chyba chodzić po drogach lub skałach, jeżeli droga tego wymaga. "To człowiek musi się przystosowywać do gór, a nie góry do człowieka". Starałem się o tym nie myśleć i udało mi się to. Wystarczy popatrzeć na te wspaniałe skały wokół Wąwozu Szobczańskiego i zaraz człowiekowi robi się przyjemniej.
Pod schroniskiem część spłynęła sobie Dunajcem, a część pojechała do Szczawnicy. Poprzedniego dnia napatrzyłem się na wodę więc darowałem sobie spływ. Można było przynajmniej pozwiedzać Szczawnicę, pochodzić po Dunajcu i jeść dużo lodów na wagę (mmm...).
Wieczorkiem w Krościenku było ognisko i kiełbaski. Problem w tym, że kijki były trochę krótkie (tylko 1.25 m, a to w porównaniu z rozmiarami ogniska to zdecydowanie za mało). Przysmażyliśmy nie tylko kiełbaski, ale i siebie. Ale co to dla twardych turystów z Mickiewicza... A późniejszym wieczorem pośpiewaliśmy trochę w świetlicy i rozeszliśmy się do pokojów.
Następnego dnia czekała nas trochę dłuższa wędrówka, więc trzeba było się porządnie przygotować. Pojechaliśmy do Jaworek, gdzie zwiedziliśmy piękny kościółek (dawniej cerkiew). Ruszyliśmy z Wąwozu Homole. I tu znów trzeba było się podzielić na dwie grupy. Część szła na Wysoką, a część wracała do autokaru. Ze względu na wysoką temperaturę nasze wejście stanęło pod wielkim znakiem zapytania. Ale, głównie za sprawą naszej pani przewodnik zdobyliśmy Wysoką (górę). Trasa była przepiękna. Babia Góra po prawej i ośnieżone Tatry po lewej w połączeniu ze wspaniałym górskim powietrzem tworzyły wybuchową mieszankę. Pod koniec drogi spotkaliśmy się z drugą częścią ekipy i razem zeszliśmy do Szczawnicy, skąd po jakimś czasie pojechaliśmy do Katowic.
Co najbardziej zapadło mi w pamięci? Na pewno sytuacja pod Trzema Koronami. A z przyjemnych rzeczy? Wszystko. Wycieczka była bez zarzutu. Pieniny to jedna z najpiękniejszych części Beskidów. Jeżeli jeszcze ktoś tam nie był, to niech pakuje plecak i rusza, bo warto.
Wojciech Lortz
All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.



