Kevin sam w górach

Właściwie to nie wiem, skąd pomysł na ten wyjazd. Tyle ludzi mi powtarzało, że chodzenie samemu przez kilka dni to nic ciekawego. Ale harcerz to taka bestia, co jak sama nie spróbuje to nie uwierzy. Przy okazji warto wypróbować parę rzeczy, przede wszystkim siebie.

A było to tak:

Startowałem z Głębców. Przyjechaliśmy tam w sobotę, 26 lipca o 11, doszliśmy do kempingów, pomogłem dziewczynom się rozpakować (wspierałem je duchowo czytając "Chłopów"), zjedliśmy coś, zrobiłem zakupy (kupiłem dwa chleby), dostałem też trochę jedzenia od dziewczyn (paczka kabanosów, opakowanie sera topionego (z szynką) i kilka wafelków, pogadaliśmy trochę i nagle zrobił się wieczór. Wyszedłem o 20.10. Pierwszego dnia trasa nie była zbyt trudna: szedłem ile wlezie w kierunku Karolówki (rozwidlenie szlaków przed Przysłopem). Spałem parę minut od rozwidlenia. Chodzenie samemu to nic w porównaniu z chodzeniem samemu w nocy. Na Kubalonce zaczęło się robić ciemno, a na punkcie wypoczynkowym (chyba tak się nazywa ten parking przed asfaltem na Stecówkę) było już kompletnie ciemno. Nie chciało mi się tłuc szlakiem, więc poszedłem asfaltem. Jakoś się szło, po omacku znalazłem odbicie szlaku chatkowego od czerwonego, raz zahaczyłem nogą o korzeń (w końcu nic nie było widać). W końcu doszedłem do celu. O 23 już spałem.

Wstałem koło 6 i po śniadaniu ruszyłem na rozwidlenie szlaków. Przeszedłem niebieskim w kierunku Zwardonia. Jeszcze nigdy tyle nie piłem. Może to dlatego, że słońce świeciło mocno, a niebo było bezchmurne. W Koniakowie dostałem butelkę wody (pyszna, zimna woda prosto ze studni), za drogą Milówka - Istebna porozmawiałem sobie z pewnym dziadkiem. Można jego wywód podsumować w kilku punktach:

  1. Musimy być dumni z tego, że jesteśmy Polakami;
  2. Papież jest największym politykiem i najzacniejszym Polakiem;
  3. Jaruzelski jest the best!

Wolałem się nie wdawać w głębszą dyskusję, bo czas uciekał, więc przemilczałem punkt trzeci. Po ok. godzinie "dialogu" poszedłem dalej. Widoczność była wspaniała, ale co można było oglądać? Nie mogłem się już doczekać wejścia na wieżę widokową na szczycie Wielkiej Raczy. Póki co szedłem dalej, piłem strasznie dużo, ale do Zwardonia mi starczyło. Byłem tam po 11, zrobiłem sobie dłuższą przerwę, kupiłem jogurt, odciąłem kawałek chleba, nabiłem mielonkę na nóż i siedziałem na ławce obok sklepu z pamiątkami do 12. Dokładnie w południe ruszyłem w kierunku Wielkiej Raczy. Kończyła mi się już woda, ale po drodze było kilka źródełek, więc nie stanowiło to problemu.

Przed Beskidem Wrzeszczem pozdrowiłem parę starszych ludzi. Nie miałem z kim gadać, więc zaraz wywiązała się z tego dość długa rozmowa. Okazało się, że są z Chorzowa (jakieś 5 km od Siemianowic), on jest przewodnikiem. Porozmawialiśmy o drogich schroniskach, o planach na najbliższe dni. Trwało to jakieś pół godziny. Szedłem dalej.

Popełniłem pewien błąd - starałem się iść cały czas jednym tempem, co gorsza szybkim. Gdy chodzę dostosowuję oddech do tempa marszu (nie tylko ja). Szedłem na tyle szybko, że mogłem iść pod górę nawet tempem 1:3 (taka moja numeracja (jeden wdech w czasie trzech kroków, wydech w czasie następnych trzech kroków). Czasami udawało mi się iść nawet 1:4. Ale to szybko dało o sobie znać. Pod Przysłopami byłem już tak zmęczony, że myślałem, że nie wejdę. Samo podejście na Raczę musiałem podzielić na kilka odcinków, pomiędzy którymi robiłem po ok. 5 minut przerwy.

Wreszcie stanąłem na Raczy. Nie pamiętam, która była godzina, byłem zbyt zmęczony, żeby to sprawdzić. O wieży widokowej już zapomniałem, ale zobaczyłem coś niecoś ze szlaku. Kupiłem sobie litr wrzątku, zrobiłem barszcz, otworzyłem kabanosy (w końcu niedziela), wypiłem litr barszczu, zjadłem parę kawałków chleba. Było wspaniale - siedziałem. Ale słońce już było nisko, wiec trzeba było się zbierać, żeby po ciemku nie szukać miejsca do spania. Spakowałem się i z wielkim trudem wyszedłem. Po jakimś czasie (do godziny, bardziej pół) doszedłem do polanki, zszedłem paręnaście metrów w dół, żeby znaleźć miejsce do spania, obok płynął na wpół wyschnięty strumyk.

Byłem wyczerpany, zaczęło mnie łapać jakieś załamanko drobne. Jak się chodzi to jest dobrze, bo i tak się z nikim nie gada. Ale jak już przyjdzie usiąść przed spaniem to chciałoby się do kogoś coś powiedzieć. Byłem tak zdołowany, że chciałem wracać następnego dnia. Otarcia na stopach (obu) nie pomagały mi za bardzo. Ale powtarzałem sobie, że jak się wyśpię to mi przejdzie.

Na Raczy jednym uchem usłyszałem jakąś rozmowę i wpadło mi w ucho jedno zdanie "Sztuką jest chodzić cały czas powoli, wtedy można iść cały czas i nie jest się zmęczonym". Wziąłem sobie to do serca i postanowiłem dostosować się do tego następnego dnia. O 20 już spałem.

Miałem rację - przeszło mi. Obudziłem się w świetnym humorze, tylko nogi dalej miałem poobdzierane. Ale to nic, spakowałem się, zjadłem resztę kabanosów, uzupełniłem zapas wody (miałem jedną butelkę na zewnątrz plecaka, a drugą awaryjnie schowaną) i ruszyłem w kierunku Przegibka. Było po 9. Szedłem spokojnie, nie szybciej niż 1:2, a pod górę tylko 1:1. I faktycznie podziałało. Gdyby nie pragnienie to w ogóle nie musiałbym się zatrzymywać.

Ludzie mają chyba jakiś wstręt do niedźwiedzi. Z kimkolwiek nie rozmawiałem (a w tych dniach byłem niezwykle rozmownym człowiekiem), jak wychodziło na jaw, że spałem w lesie, słyszałem coś w stylu "I nie bałeś się niedźwiedzi?". Co się dzieje??

Na Przegibku zjadłem coś, wypiłem dwie herbaty (nie musiałbym kupować wrzątku w schroniskach, ale nie udało mi się załatwić gazu przed wyjazdem) i spotkałem parę ludzi, których wyprzedziłem pod Przysłopami (potem przy podejściu na Raczę to oni wyprzedzili mnie). Podobnie jak dzień wcześniej porozmawialiśmy dłużej i pochwaliłem się im moim postanowieniem. Przyznali mi rację, podobno wyglądałem w niedzielę jak trup. I tak też się czułem. Ale było już dobrze. Jak brałem wrzątek, zapytałem w okienku o pogodę - miało lać i trzaskać piorunami na wszystkie strony. Więc przepakowałem się, wkładając wszystkie ubrania i śpiwór do worków. Worek z kurtą i spodniami "nieprzemakalnymi" poszedł na wierzch. Wyszedłem, szedłem dalej powoli, ale otarcia na stopach i swędzenie (czasem przechodzące w pieczenie) na plecach (coś mi się zrobiło (chyba od plecaka)) coraz częściej dawały o sobie znać. Ale cóż mogłem począć?

Chciałem spać gdzieś w dolinie Danielki, ale szlak wyrzucił mnie kilkaset metrów przed skrzyżowaniem (sam się dziwiłem, że nie zauważyłem tego na mapie), więc szedłem dalej. Nie było za późno, nie byłem bardzo zmęczony. Wszedłem na czarny szlak i zacząłem wspinać się w stronę Hali Redykalnej. Za kapliczką, przy której kończył się czarny szlak zszedłem do gospodarstwa po wodę.

Paręnaście minut od kapliczki, już na żółtym szlaku, znalazłem kawałek płaskiej polanki, schowanej za drzewami. Znów byłem spragniony rozmowy z kimś, więc zadzwoniłem do taty (niech żyją darmowe minuty w weekendy i po 18!!). Trochę mi mina zrzedła jak usłyszałem co ma się dziać w nocy. W wiadomościach ostrzegali, że na południu Polski mają być straszne ulewy i burze, do tego miało strasznie wiać. Było już po siódmej, więc zacząłem rozwijać folię. Nie chciałem, żeby wwiało mi wodę pod folię, więc zrobiłem coś w rodzaju namiotu. Okazało się jednak, że jest trochę za wąska i że mój "namiot" będzie trochę niski. Ale wystarczyło, żeby się położyć i nie dotykać folii, która po paru minutach zaparowała od środka i zrobiła się mokra. Boki wyłożyłem kamieniami - spodziewałem się naprawdę strasznej wichury, a lepiej było zrobić to niepotrzebnie wieczorem, jak było jeszcze jasno i sucho, niż po ciemku i w deszczu. Zjadłem coś, jeszcze raz wszystko sprawdziłem i położyłem się spać. O 20.10 zaczęło padać.

Parę razy się w nocy budziłem, za każdym razem padało. Miałem przy głowie latarkę i przy każdej zmianie pozycji świeciłem i sprawdzałem, czy gdzieś folia nie przylega do śpiwora.

Rano byłem suchy, znów miałem dobry humor. Kropiło trochę, ale nie wiem, czy w nocy działo się to, co zapowiadali. Nie chciało mi się wychodzić ze śpiwora, ale jak mus to mus. Jak przestało padać (mocno) wyturlałem się, spakowałem szybko, zjadłem coś i wyszedłem. Po drodze uzupełniłem zapas wody. Padała mżawka, zaczęło wiać, więc założyłem kurtkę. Na Redykalnej przystanąłem na chwilę, ruszyłem dalej na Lipowską. Przeklinałem te chmury, które przysłaniały mi widok na Tatry ze szlaku.

Na Lipowskiej zjadłem coś, wypiłem znów dwie herbaty, posiedziałem chwilę z cieple, tradycyjnie wypytywałem o pogodę - miało być tak jak jest.

Zaczęło lać jak byłem w schronisku, więc miałem parę minut, żeby się na to przygotować. Wyszedłem. Najpierw przemokła mi kurtka (podobno Gore-Tex), potem buty. Spodnie trzymały najdłużej, ale na Miziowej byłem już cały mokry. Martwiłem się tylko o rzeczy w plecaku, a najbardziej o śpiwór. Byłem w schronisku o 14, posiedziałem chwilę i wyszedłem na Pilsko. Cóż, na szczycie znów przeklinałem chmury, ale to przecież są uroki gór. W trakcie schodzenia zjechałem razem z błotem półtora metra, ale deszcz szybko zmył ze mnie cały bród. Tylko strasznie wiało.

O 15 siedziałem z powrotem w schronisku, wszamałem wafelka i ruszyłem zielonym szlakiem. Chciałem spać tym razem pod jakimś dachem, żeby mieć gdzie wysuszyć ubrania, a przynajmniej je przechować do rana, żeby bardziej nie zmokły (mimo że już bardziej się nie dało). Przypomniałem sobie, że na Polanie Górowej jest baza namiotowa. Więc szedłem zielonym szlakiem w Kierunku Sopotni. Po drodze zauważyłem odbicie żółtego szlaku w lewo do schroniska PTTK "Chata baców". Trochę się zdziwiłem, bo na mojej mapie tego nie było. Ale to pewnie dlatego, że jest trochę stara (1982).

Cóż, na Górową nie trafiłem, podobno były po drodze jakieś oznaczenia, ale widocznie je przeoczyłem. Robiło się późno, więc postanowiłem już nie błądzić, tylko wydać trochę kasy i przespać się pod dachem. Zacząłem wracać. Gdy doszedłem do wcześniej wspomnianego odbicia szlaku zacząłem rozważać dwie opcje: albo idę na Miziową, albo schodzę do '"Chaty baców". Na Miziowej najtańszy nocleg kosztował 20 zł, ale przynajmniej wiedziałem gdzie to jest. Byłem tak zdesperowany, że zacząłem iść na Miziową. Ale w pewnym momencie zawróciłem myśląc, ze na dole może będzie taniej. W końcu zacząłem schodzić żółtym szlakiem. Fajnie się szło, mimo że byłem mokry i było ślisko.

Doszedłem do asfaltowej drogi i zacząłem się obawiać, ze minąłem zejście do schroniska. Spotkałem po drodze dwoje ludzi, znów sobie pogadałem., opowiedziałem jak było na Pilsku (też mieli iść, ale coś ich powstrzymało), a oni opowiedzieli mi o tym, jak szukali bazy namiotowej na Polanie Górowej (czyli nie jestem sam). Okazało się, że schronisko jest w Korbielowie, przy głównej drodze. Tego się nie spodziewałem. W schronisku okazało się, że nie mają wolnych miejsc. Spytałem więc, czy można spać na karimacie w holu. Nie można. Zaskoczyło mnie to, bo raczej w schroniskach nie powinno się odmawiać schronienia, wieczorem, w czasie deszczu pod pretekstem braku miejsc. To spytałem, gdzie w pobliżu jest jakaś noclegownia albo coś w tym rodzaju. Kierownik powiedział, żebym poszedł do jakiegoś domu, bo tu każdy wynajmuje pokoje turystom. To poszedłem.

Nie miałem pojęcia gdzie jestem, więc jedyne co mi pozostało to zapukać do pierwszego domu. Zapytałem, czy są jakieś wolne miejsca i ile kosztuje nocleg. Miejsca były, spanie kosztowało 18 zł. Spałem w dwuosobowym pokoju (sam), na korytarzu stał czajnik, więc w każdej chwili mogłem mieć wrzątek, był też do dyspozycji ciepły prysznic i sznury na strychu.

Zaraz po przyjściu wziąłem prysznic, potem rozwiesiłem rzeczy - okazało się, że śpiwór też mi zamókł, więc dobrze wybrałem idąc do Korbielowa. Poza tym było taniej.

Koło 19 położyłem się na chwilę, obudziłem się w nocy, spojrzałem na zegarek - było 30 minut po północy. Dalej lało. Władowałem się pod kołdrę i momentalnie zasnąłem. Było wspaniale.

Nie pamiętam o której się obudziłem, ale o 10 byłem już gotowy do wyjścia. Zapłaciłem i poszedłem w świat. Spodnie wyschły, buty wcale, a kurtkę wpakowałem do worka i założyłem ortalion. Trochę grzało, ale przynajmniej byłem suchy. Szedłem najpierw niebieskim szlakiem, który w pewnym momencie się skończył. Wg mapy szedł tamtędy żółty szlak, ale nie było go widać, były tam jakieś tabliczki, ale połamane. Od drogi odchodziła droga pod kątem 90 stopni w lewo. Z mapy wynikało, że żółty szlak idzie prosto, więc szedłem prosto. Doszedłem do Sopotni (tak myślałem), usiadłem na przystanku i zacząłem jeść. Szedł tamtędy pewien koleś z plecakiem, który również wybrał przystanek jako miejsce odpoczynku. Widziałem z której strony idzie, więc spytałem jak długo schodzi z Romanki. Szkoda, że nie widziałem swojej miny kiedy gość powiedział, że idzie z Babiej. Nie wiedziałem, czy mam się śmiać czy płakać. Okazało się, że tam, gdzie się kończył niebieski szlak, trzeba było skręcić w lewo, a nie jak to wynikało z mapy, prosto, bo droga, która szła prosto to droga, która wg mapy w miejscu, gdzie kończył się niebieski szlak, skręcała ostro w prawo, wręcz zawracała. Najważniejsze było to, że byłem z powrotem w Korbielowie, tylko 1,5 km na północ drogą. Ale to nie było w stanie zepsuć mi humoru, wręcz jeszcze bardziej mnie to rozbawiło. Straciłem na tym ponad godzinę, ale przynajmniej doszedłem do Sopotni (poznałem po wodospadzie). Tym razem miałem pewność. Bo tam w Korbielowie to mi się od początku jakoś szlaki nie zgadzały, a przede wszystkim brakowało mi tego wodospadu.

Ale co tam, ruszyłem na Romankę. Droga szła ciągle pod górę, plecy piekły coraz częściej, na Katarnicy mgła była tak gęsta, Nie było widać drzew odległych o 4 metry.

Szedłem dość wolno, więc zdziwiłem się, jak stanąłem na szczycie Romanki, bo było to 30 minut przed czasem. Może to nie Romanka? Na Romance zobaczyłem coś pięknego - mgła się w pewnym momencie rozwiała i słońce zaświeciło mi w oczy. Jakie to było piękne. Po paru minutach się powtórzyło. Dostałem od tego takiego kopa, że po godzinie byłem na Lipowskiej. Z bananem na twarzy kupiłem wrzątek, zjadłem chleb z mielonką (cały czas jeden, drugi ciągle leżał w plecaku nietknięty) i wyszedłem na Boraczą, a potem do Milówki, do naszej stanicy (hufca ZHP Siemianowice Śląskie). Spotkałem tam paru znajomych, załapałem się nawet na końcówkę kwaterki, już mi się mało chciało chodzić, a była tam robota, więc zostałem tam następny dzień. Przynajmniej uprałem rzeczy.

Rano wyszedłem wcześnie, bo zaraz po 6. Pożegnałem się z komendantem wieczorem. Ubrania nie wyschły, więc zapakowałem je do worka. Mgła była gęsta jak mleko.

Próbowałem złapać stopa do Głębców, albo przynajmniej do Istebnej, ale cienko jakoś szło. Na skrzyżowaniu, parę metrów ode mnie strzeliła opona w przejeżdżającej ciężarówce. Myślałem, że mi bębenki popękają. Nigdy w życiu nie słyszałem takiego huku. Jeszcze dostałem czymś w łokieć. Szybko jednak doszedłem do siebie.

W końcu ktoś się zatrzymał. Nie chciało mi się wyciągać mapy, więc próbowałem mu z pamięci wytłumaczyć gdzie chcę dojechać. Okazało się, że źle. Chciałem dojechać do żółtego szlaku i dojść przez Karołówkę do Głębców, ale wysiadłem koło mostu w Złatnej. W rezultacie musiałem tłuc się przez Baranią. Gdy już zaczęło się bezpośrednie podejście na Baranią, doszedłem do polanki. Zapatrzyłem się chyba gdzieś, bo stracił mi się szlak. Szedłem dalej, w pewnym momencie się odwróciłem. Mało nie upadłem z wrażenia. Nawet nie zauważyłem kiedy mgła znikła. Okazało się, że jest kilkanaście metrów pode mną. Piękny widok - mgła gęsta dosłownie jak mleko, a gdzieś na horyzoncie wyłaniają się z niej szczyty.

Kolejna wada chodzenia samemu - piękne widoki nie są piękne, jeżeli nie masz się nimi z kim podzielić. Szkoda mi było, że muszę to zachować dla siebie.

Szedłem dalej, nie chciało mi się już szukać szlaku, wiec poszedłem prosto, przez las. Było dość stromo, ale po pewnym czasie wszedłem z powrotem na czarny szlak. Doszedłem do końca czarnego szlaku, zaraz skręciłem w lewo i pognałem na Przysłop. Już nie zwracałem uwagi na tempo, szedłem najszybciej jak tylko się dało. Potem tylko Stecówka, Kubalonka i wreszcie Wisła Głębce, gdzie czekała na mnie miłość mojego życia i tygodniowe wczasy.

Co zapamiętam? Wszystko. Przede wszystkim to, że nie warto biegać, bo to się odbije na nas następnego dnia, albo nawet tego samego wieczorem. Zapamiętam na pewno moje wieczorne dołki, na które już drugiego dnia nie zwracałem uwagi, bo wiedziałem, że rano przejdzie. Na pewno zostanie mi w pamięci nocna ulewa, potem dzienna ulewa, mokre ubrania.

Parę rzeczy zawaliłem, ale wiem, że w przyszłości nie popełnię już tych błędów. Więc mówię sobie "Do następnego razu". Oby jak najprędzej.

Wojtek Lortz

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.