Babia Góra - magia, która oczaruje każdego
Okej, po kolei. Domyślam się, że dla większości z was, psycholi, którzy po Himalajach zasuwają na swych rowerach z napędem odrzutowym, artykulik niniejszy będzie o kant dupy potłuc. No bo: co to za ekscytacja, Babia Góra? Mniej niż siedem tysięcy to nawet nie pagórek, nie?
Otóż, droga braci turystyczna, być może. Ale dla mnie, entuzjasty sportów tak wyczynowych jak szachy, brydż czy Warcraft 3 po sieci była to wyprawa w całkowicie nieznaną krainę. I, śmiem dodać, wyprawa udana.
Ale do rzeczy, zacznijmy od początku, bo my tu gadugadu, a tam mi burdel płonie, jak mawiał marszałek Radetzky. Znaleźliśmy się, to znaczy ja i dwie cudowne istoty płci lepszej, których personaliów wolę dla ich dobra nie podawać, w Zawoi z jednym jedynym celem - wleźć na tem Babiom Gurem. Aliści, zdawało się, że wszyscy bogowie deszczu, o których w życiu słyszeliście, i jeszcze paru, o których nie macie nawet bladego pojęcia, zawiązali odrażający potajemny spisek, by nas od tego szczytnego dokonania odwieść. Dni mijały, a my, strwożeni górską aurą, która bywa kapryśna i nierzadko śmiertelnie groźna, ledwie nosy wyściubialiśmy z naszej przytulnej kwatery. Siedzielibyśmy zresztą tam ukontentowani i wszystko w zadzie mający, lecz zbliżała się nieuchronnie data powrotu do domów naszych, a jednak wrócić nie wypełniwszy misji - toć hańba, mocium panie.
I nadszedł wtorek. Lepszy kronikarz odnotowałby go słonecznym, radosnym i promiennym, lecz ja, nędzny zaledwie sługa Prawdy, nie dam wam takiego opisu. Było zimno. Były chmury. Było, krótko rzekłszy, ciulato. Ale nie padało, a na biletach do miasta naszego stołecznego widniała data dnia następnego, a pani właścicielka kwater też chyba coraz to nieprzychylniej na nas spode łba spozierała. Sztacheta jej w zęby, powiadam, gdybyście widzieli, co to była za raszpla, w nocy byście nie usnęli, opisu wam oszczędzę w trosce o zdrowie wasze psychiczne.
Więc, niebaczni na wszelkie ryzyko, pojechalim ku podnóżom góry owej.
Zacznę sie tera streszczać, bo tym kwiecistym stylem mógłbym bajdurzyć do świtu, a i tak gówno bym ciekawego powiedział. Babia jak to Babia - najpierw spacerek do schroniska na Markowych Szczawinach czy jak toto się nazywa. Mijaliśmy Morderców Drzew, znaczy się drwali. Są to tacy mili i przystojni kolesie, co biją wychudzoną szkapinę kijem po grzbiecie, żeby ciągnęła wóz z drewnem pod górę po stoku o kącie nachylenia coś koło sześćdziesięciu stopni. Wkoło rósł sobie i pachniał las, ni cholery nie wiem jaki, ale na pewno iglasty. Tu i tam błoto, ale do kostek nie sięgało, więc nawet nie zauważyliśmy. Potem było podejście po takich niby schodkach, które wcale nie są dla wygody turystów, tylko wręcz przeciwnie, a służą zbożnemu celowi, coby mianowicie aryjscy blondyni-turyści w glanach za pierdyliardy euro nie rozdeptywali górskiej ścieżyny, formacji skalnych i inszych takich. Robiło się chłodniej i wilgotniej, a do tego pocilim się jak diabli. Moje towarzyszki niedoli momentami wyglądały na bardzo cierpiące, a ja nadrabiałem miną i tempem marszu, ale też mnie brało. Mówiłem, że będzie pośmiewisko?
Ale prawda jest taka, że dojście na Szczawiny było w zasadzie małym piwem. Przywitał nas widok mgły choć oko wykol, ścielącej się niby miękka kołderka na szlaku prowadzącym na wysokości. Ale rozważenie zaistniałej sytuacji pozostawiliśmy na po herbatce. Pracująca w schronisku raszpla (one są wszędzie, zaprawdę powiadam wam) obsłużyła nas szybko i opryskliwie, herbata była w takich zajebistych pastelowych kubkach. No full obieżyświat mode normalnie.
Nastąpiła ożywiona (cały czas, swoją drogą, koloryzuję jak cholera) dyskusja, w wyniku której podjęliśmy jednogłośnie decyzję. Idziemy na Perć Akademików i nie ma że boli.
Niewtajemniczeni, słuchajcie: Perć Akademików to żółty szlak na wierzchołek Babiej, jedyna alpejsko-tatrzańska trasa w Beskidach. Jest niesamowicie piękna. Widoki (o których za sekundkę) zapierają dech w piersiach, poza tym można sobie obejrzeć to, przy czym się spało na geografii w szkole, czyli zmiany pięter klimatycznych i odpowiadającej im roślinności. No i idzie się kawałek przy łańcuchach. Pełna ekstrema i czadzior.
Do rzeczy. Herbatka wypita, buty zawiązane, kurtki założone, modły do Cthulhu zmówione, można iść. Początek był wręcz spoko - idzie się tam po płaskich głazach i/lub odcinkach płaskiej ścieżki, wśród paproci, krystalicznie czystych strumyków spływających z góry i innego badziewia, i gdyby nie ta mgła, to przeżycia estetyczne porównywalne z pierwszym obejrzeniem Fellowship of the Ring gwarantowane. Właśnie, mgła. Nie była supergęsta. Nie właziła za kurtki. W zasadzie nie przeszkadzała. Ale gdy dotarliśmy już w takie rejony, gdzie można obejrzeć się i podziwiać tą niezrównaną panoramę, obejrzeliśmy się. Po czym podziwialiśmy cholernie wielką białą połać, występującą w charakterze tła dla kosodrzewiny. Nie, przesadziłem, kosodrzewina to jeszcze trochę dalej, ale wiadomo, o co chodzi. Po lewej lub za plecami biało. Po prawej lub przed mordką skała w różnych formach. Wrażenie bycia hardkorowym trochę ucierpiało, przyznaję, ale przynajmniej nie przekonałem się, czy wciąż miewam nawroty lęku wysokości. Pojawił się też lekki wiaterek, który odegra niebagatelną rolę w dalszej opowieści.
Jeszcze dalej ścieżka stała się perfidną, stromą, skalistą i niemal pozbawioną zarośli. Powolutku robiło się zimno jak cholera. A za którymś zakrętem oczekiwało to, czym wszystkie mamusie straszą swoje dzieci, to, o czym silni mężczyźni rozmawiają tylko przyciszonym głosem, to, czego nie powinno się nazywać po imieniu. Znaczy się te całe łańcuchy, o których wszyscy mi tyle mówili.
Jak to działa? Po prawej masz zwykle pionową ścianę. Pod stopami masz oparcie - przeważnie tyle, że jak się gdzieś stanie, to drugiego buta już nie ma jak dostawić. Po lewej masz przepaść - w zasadzie niewielką, ale to żadne pocieszenie, bo potem jest następna i następna, a potem drzewa, idealne do zahamowania upadku turlających się zwłok. Czasem łańcuchy przybierają też formę drabinki, czasem musisz iść przykucnięty, trzymając się łańcucha na poziomie twojego buta, po piekielnej stromiźnie. Ogólnie jest fun po pachy.
Okazało się, że to nie żaden samobój, łańcuchy da się przejść, nie były ekstremalnie mokre (deszcz, jak widać, poprzedniego dnia lał tylko w dolinie), ślisko tylko czasami, a przy tym męskie (i żeńskie w sumie też, sądząc z moich towarzyszek) ego zostaje mile połechtane świadomością dokonania czegoś, do czego niezdolnych jest gdzieś ponad 50% dorosłych Amerykanów. Naprawdę polecam, ale raczej w słoneczny dzień. Rada kumpla dla psycholi - schodźcie Percią Akademików w dół. Stwierdzam, że jest to zapewne wykonalne, a nadnercza muszą wtedy rozkosznie pompować adrenalinę. Co kto lubi.
Dalej, proszę gawiedzi, było gołoborze. Czyli cholernie wielkie pole pełne pogruchotanych przez erozję (Erozja to był taki olbrzym, który nie bardzo radził sobie z rzeźbiarstwem) kamieni, po którym idzie się pod górkę i usiłuje nie zgubić szlaku. Niby głazy chwiały się pod stopami, ale to pół biedy. Coraz ciekawszy zaczynał być wiatr. Miałem całkiem uzasadnione podejrzenia, że to nie jest przelotny zefirek. I słusznie - im wyżej, tym bardziej duło. Na ostatnich kilkudziesięciu metrach wiało jak, pardon, niegolony skurwysyn. Myślałem, że pofruwam sobie radośnie, ale tarcie powierzchniowe, masa ciała i inne wielkości znane fizykom nie zawiodły. Parę minut zasuwania pod tę piździawicę i bylim na szczycie.
Na szczycie wiało jeszcze bardziej. Wspominałem o mgle? No więc o ile przed łańcuchami wyglądała przyjaźnie, to tak gdzieś koło gołoborza nabrała gęstości i konsystencji babcinej zupki, a na samej górze widziałem na przybliżoną odległość dwóch wyciągniętych prostopadle od tułowia nóg. Mówiłem, że wiało? Było tak kurewsko zimno, że mimo rękawiczek mało mi palce nie odpadły. Usiedlim za taką ścianą usypaną z głazów, która była słabą bo słabą, ale zawsze jakąś osłoną przed wichurą, zjedlim ciasteczka (nie poczułem smaku, ale był w nich cukier), zrobilim zdjęcia, po czym wziąłem się do wysyłania tryumfalnych esemesów do znajomych. Po drugim zziębnięte palce odmówiły posłuszeństwa.
Schodzimy - zakomenderowałem zatem.
Następne dziesięć czy piętnaście minut to najbardziej fascynujące spotaknie z nieuchronnym zgonem, jakie miałem okazję przeżyć. Ciężko będzie oddać na piśmie, ale spróbuję. Było tak: Idę po cholernie stromej ścieżce z chybotliwych głazów. Widzę mgłę, oprawki okularów, i głaz, na którym stoję. Wieje tak, że zaczynam się zastanawiać, czy pamiętam jeszcze jakieś katolickie modlitwy. Przede mną jedna z dziewczyn zasuwa i prawie tracę ją z oczu. Za mną druga idzie tak jak ja, tylko wolniej. Mija dziesięć sekund i moje okulary pokryte są mgiełką i kropelkami wody. Stojąc na chybotliwym głazie, przytrzymując się ręką, zaczynam je ściągać i chowam do kieszeni. Dziewczyny coś krzyczą. Odkrzykuję coś - chyba o wracaniu, ale wiem dobrze, że wiatr i tak nie zelżeje, a może jeszcze nadejść burza. Wieje jak diabli. Wiatr wyje mi w uszach, nie słyszęnic innego. Idę żółwim tempem. Kinga, niech jej chwała będzie, zawraca kawałek i niemalże prowadzi mnie za rękę. Idę. Za mną Aga też przyspiesza trochę, bo zdjęła już okulary. Zaprawdę powiadam wam, zaszły nam obojgu praktycznie w pół kroku, porządny podmuch i poszlibyśmy papa. Kiga, cwana, nosi soczewki, więc zasuwała.
Po paru minutach było to za nami. Wiało dalej, mgła chyba zrobiła się jeszcze gorsza, ale szliśmy po płaskim, miejscami trochę w dół, granicą polsko-słowacką. Wiatr złagodniał mniej więcej w momencie, w którym zaczęły się pojawiać pierwsze roślinki, znaczy te karłowate sosenki.
Dalej nuda - we mgle na przełęcz Brona bodajże. Sprawdźcie sobie sami, szliśmy granicą, z grubsza na zachód. Kawał czasu i dokładnie żądnego ciekawego zdarzenia, tylko turystów nawet sporo. Ale słuchajcie.
Na przełęczy, dokładnie w momencie, w którym rzuciłem plecak na ziemię, poddając się z rezygnacją rytuałowi robienia zdjęć, mgła pod nami ustąpiła. Widok, który wciąż pamiętam, nie daje się opisać. Przez moment zamajaczyła nam spowita chmurami Babia i z drugiej strony Mała Babia, ale dolina...
Dolina, proszę państwa, calutka, z drzewkami, malutkimi domkami i tak dalej, została na parę minut skąpana w złocistym blasku. Nie przesadzam. Jakby Panu Bogu wylał się miodzik albo syrop, a w oddali, na idealnym błękicie, płynęły mleczne chmurki.
Potem kapnęliśmy się, że to, co na nas idzie znad Małej Babiej, to najpewniej burza. Do schroniska schodziliśmy z niezwykłym zapałem, i bardzo dobrze, bo żaden deszcz, poza mżawką, nas nie dorwał. Wtrząchneliśmy niezbyt sycący obiad i napawaliśmy się zwycięstwem. Po czym, oczywiście, zleźliśmy na dół tą samą trasą, wsiedliśmy do pekaesu, pojechaliśmy na kwatery, a nazajutrz do Wawy, gdzie dziesiątego lipca, w czwartek, miał się odbyć koncert jedynej i samopowtarzalnej grupy R.E.M. Zaszczyciłem Michaela Stipe'a swoją obecnością na Torwarze, ale to już jest całkiem inna historia...
Przemek Grzegorczyk
All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.



