Babia jak Mount Everest - czyli zdobywanie szczytu na 2 razy
noc 6/7 VII 2007
Podróż zapowiadała się fajnie. Po prostu fajnie, ciężko to wytłumaczyć - już na kilka dni wcześniej czuło się pewne podekscytowanie. Nikt nie był na tyle 'odważny', żeby dołączyć do wycieczki, jedni uciekli przed nami nad morze, ktoś sobie do Zakopca pojechał, tu znowu ktoś ciężko pracujący zasłaniał się zmęczeniem (i dodatkowo wyjazdem gdzieś do Wrocławia). No trudno, przecierać kolejne szlaki przyszło tylko 2ce niestrudzonych wojowników... W dużej mierze podekscytowanie można tłumaczyć pierwszymi nocnymi krokami na Babiej w naszym wykonaniu, tam, bowiem się wybieraliśmy by oglądnąć osławiony wschód słońca.
Zaczęło się trochę dziko. W moim wykonaniu szaleńcza jazda na rowerze z pracy do akademika, zaraz 10 minut pakowania i półbieg na pociąg - wszystko dosłownie, co do sekundy - pociąg odjechał jakieś 8sek po tym jak przekroczyłem jego 'próg'. Michał nie był lepszy - szaleńcza jazda jego super bolidem, zamknięte po drodze rondo, objazd przez pół miasta.
No, ale dotarliśmy na czas. Godzina 16:00 wyjazd z Katowic w stronę Suchej. Dotarliśmy na miejsce całkiem głodni, sprawdziliśmy rozkład, 30min do autobusu do Zawoi, postanowiliśmy wiec skonsumować jakieś tradycyjne, polskie danie, najlepiej niezwykle pożywne - padło na kebaba. Szybko i sprawnie zakupiliśmy owego i wróciliśmy na dworzec. Jazda do Zawoi NIE minęła spokojnie, kierowca wyglądał na nieco podpitego, starym, ledwo trzymającym się busikiem zamiatało na wszystkie strony, nie mówiąc już o jego reakcjach na dziury. Oczywiście pojechaliśmy o 1 przystanek za daleko i w ramach rozgrzewki zeszliśmy sobie trochę w dół... Ostatecznie o godzinie 20:20 kiedy każdy normalny, rozsądny turysta siedzi już czy to w schronisku, czy też u siebie w domu w wannie, wyruszyliśmy czarnym szlakiem ku Markowym Szczawinom, trochę niepokoju wzbudziła tabliczka o remoncie schroniska (a gdzie nasze piwo!, gdzie kiełbacha!), ale czy zwykle schronisko (a raczej jego brak) mogłoby nam przeszkodzić w czymkolwiek? No chyba nie...
Widoki trochę zniechęcały do spacerów, chmury masowo ciągnęły swoimi podniebnymi szlakami. W czasie podróży (jeszcze autobusowej) całkiem mocno dmuchał wiatr. Co się będzie działo na szczycie? Nieważne (przynajmniej na razie) - zobaczy (poczuje) się później. Szczyt raz po raz pojawiał się miedzy drzewami, czasem nawet wychodził z chmur. Jeżeli o sam wschód chodzi nie wróżyło to najlepiej, ale przecież z takiego byle powodu się nie wycofamy, prawda? Podążyliśmy ku górze. Narzuciliśmy sobie dosyć ostre tempo, bez większego oszczędzania się. Ostatecznie po godzinie 22 przybyliśmy na Markowe - remont schroniska okazał się trochę poważniejszą inwestycja niż przypuszczaliśmy - zastaliśmy ruiny i kilka stert materiałów budowlanych. Okazało się, że schroniska na razie najzupełniej nie ma, jesienią 2006 było już w opłakanym stanie, dodatkowo zimą zeszła lawina... no i jest jak jest (aż trochę mnie dziw bierze, że o fakcie tym nie miałem pojęcia ani ja, ani nikt ze znajomych chodzących po górach więcej niż wjazd kolejką na Czantorię). Ludzie pragnący spędzić noc na Markowych tłoczyć musieli się w goprówce, która w momencie naszego przyjścia właśnie była zamykana - został nam posiłek na zewnątrz. Pogoda wciąż nie dawała większych nadziei na obejrzenie wschodu, ale co tu robić... Wiadomo, że Babia nigdy nie była łaskawa pogodą, nam jednak wciąż pozostawała nadzieja na jakąś małą nagrodę od naszej towarzyszki wieczora.
Były ze 3 kwadranse po godzinie 22 kiedy padło hasło wymarszu. Szliśmy już spokojnym tempem (nie było przecież co się forsować czy spieszyć - czasu było przecież bardzo dużo). Szło się bardzo przyjemnie, na podejściu do Brony nie padało, nie wiało, temperatura wręcz idealna do przechadzki (o ile miało się na sobie cieplutki polarek, czy sweterek). Cała drogę towarzyszyło nam morze świateł w dole, za naszymi plecami - gdzieś tam Żywiec (chyba, ale że ja piszę, to postawię póki co na swoim... Bo to się komuś, że za blisko na Żywiec wydawało, to znowu komuś, ze za szeroko...), Prześwietnie wyglądała Zawoja - było, nie było najdłuższa wioska w Polsce - ciągnęła się świetlistą wstęgą gdzieś w dole. Nie obyło się jednak bez mniej przyjemnego przeżycia - pierwszy raz od dłuższego czasu zaliczyłem glebę! A ciągle byliśmy po jednym zaledwie piwku, z którego została już chyba tylko puszka, bo reszta byłaby ze 3 razy dobrze spalona. Nie było to wbrew pozorom takie trudne, po prostu po chwili postoju odwracałem się, Michał również postanowił ruszyć i jakoś się zderzyliśmy... upadłem tyle niefortunnie, że nie zdążyłem zaasekurować łokcia. Jakoś bardziej się tym nie przejąłem rzecz jasna, Michał miał trochę wyrzutów sumienia... ale chyba tez szybko mu przeszły.
Na przełęczy byliśmy przed północą. Trochę nam się miny wtedy skrzywiły - widok na południe wcale nie był pocieszający – spore stado ciemnych asłaniających prawie całe niebo chmur - Diablaka widać nie było (noc była mimo wszystko z gatunku jasnych, księżyc był całkiem jasny - tak w 1/4), a jedynie cześć jego stoków i wiszącą nad nim ciemną chmurę, w dodatku właśnie z tamtej - południowej strony - wiało i to całkiem nielekko. Spotkaliśmy tam również 2 panów, z rozmowy wynikło, że właśnie wracają ze szczytu i pracują w łączności, nie zrobili ponoć wszystkiego, co zrobić mieli (chcieli), za silny wiatr... uciekali jednak ze szczytu przed hipotermia (nie mieli namiotów czy śpiworów, jedynie palnik, na którym ze względu na wspomniany wiatr nie szło jednak nawet zagrzać sobie wody na herbatkę, a już na pewno nie było to łatwe). Zadowoleni jednak byli z tego, że udało im się zrobić cokolwiek, byłoby dużo gorzej gdyby np. spadł deszcz... no właśnie - deszcz. Cały dzień nim straszyło, wyglądało niemiło a ten nie padał, nawet ścieżki na Babiej nie były takie mokre jak by się zdawało, że będą, tzn. ciągle przypominały ścieżki, nie potoki, wielkich kałuż również nie było. Ale co się odwlecze... kiedy ruszaliśmy z Brony zaczęło kropić - taka lekka mżawka z drobna ilością śniegu, postanowiliśmy założyć dodatkowe pelerynki, w super modnym kolorze różu (na szczęście zdjęć z tej wycieczki nie było, nie ma i nie będzie - brak (sprawnych) aparatów). W takim małym deszczyku iść nam nie przeszkadzało, ale w ciągu 5min ciężko już to było nazwać nawet małym deszczykiem, już nie mówiąc o mżawce, a po kolejnych padał już całkiem spory deszcz - nie było w tym przypadku większego sensu iść dalej, bo niestety wodoodpornych śpiworów nie posiadaliśmy, nie mieliśmy również namiotu, czy czegokolwiek, co mogłoby nam pomóc w noclegu w takich warunkach. Zarządzona została chwila przerwy - po odszukaniu w miarę wygodnego miejsca rozłożyliśmy jedną karimatę na kamieniach, drugą okryliśmy nogi i zakryliśmy się dokładnie pelerynkami. Odczekaliśmy 20min, w czasie tym lekko drzemiąc, co mimo zmęczenia (nie tylko dniem poprzednim, ale całym ostatnim tygodniem... miesiącem...) nie było takie łatwe, na domiar złego nasza konstrukcja wcale nie była hotelem Hilton - choć robiła naprawdę solidne i wygodne - jak na te warunki - wrażenie - kamyk na którym siedzieliśmy miał niemałą powierzchnię i usytuowany był prawie płasko - czego więcej potrzeba?. Po górnej karimacie niestety zaczęła ciec woda - prosto na moja nogę.
Nasze nadzieje się nie spełniły i po 20 minutach ani trochę nie przestało padać. Byliśmy już właściwie całkiem przemoczeni - szczególnie od pasa w dół, góra się uchowała pod pelerynkami. Zmuszeni byliśmy zawrócić... trochę to smutne było, ale czasem nawet my wykazujemy się odrobina rozsądku... 10 min. i byliśmy znowu na przełęczy Brona, chwila postoju w celu rzucenia okiem na gasnące powoli miasto (było już po północy). Oczywiście czerwony szlak od Brony w dół był w tym momencie bardziej potoczkiem, niż ścieżką. Schodzenia ciąg dalszy trwał, ale jakieś 5 minut później przestaje padać, a spomiędzy chmur wychodzą jasne, górskie, pięknie święcące gwiazdy, niby te same, co u nas na dole, w miastach, ale jednak jakieś inne, piękniejsze, bardziej świetliste. Zatrzymujemy się na chwilę popodziwiać widok, nawet przez kilka sekund widoczny był nasz niedoszły punkt docelowy... postanawiamy jednak schodzić w dalszym ciągu ku dołowi, posilić się tam i wtedy podjąć decyzje 'co dalej'.
Do Markowych doszliśmy trochę po godzinie pierwszej. Kilka kromek chleba, sławne kotleciki mamy Michała (!), po kubeczku cieplej herbatki i 20min drzemki. Kiedy się obudziliśmy wciąż nie padało... niestety chmury ponownie zasłoniły nam niebo, ale najważniejsze - nie było deszczu. Chwila rozmowy, stwierdzenie, ze nie przyjechaliśmy tam przecież spać, tylko wejść na te pieprzoną górę, nawet, jeżeli mielibyśmy nie zobaczyć słońca w ogóle (tego dnia oczywiście). Wymarsz.
Było chyba gdzieś koło w pół do drugiej - ciągle licząc, że może jednak przez te 2 godziny chmury zostaną trochę rozwiane, ruszamy ponownie z Markowych. Ścieżką już nie płynął potok, było już jednak dość sporo kałuż, ale i tak nie szło się źle. Muszę przyznać, że mimo kocyka podczas drzemki trochę przemarzłem (po raz drugi tego wieczora), ale podejście trochę rozgrzało i po chwili nie było czuć już nic z zimna.
W nocy idzie się jakoś inaczej... nawet nie to, że ciekawiej czy ciężej, może trochę bardziej tajemniczo. Kąt widzenia jednak jest znacznie zawężony, znacznie większa strefa półmroku grozi każdą ruszającą się gałązką, wyobraźnia (szczególnie już trochę zmęczonego człowieka) działa bardzo pobudzona... wokół szlaku jednak raczej nie roiło się, wbrew figlom umysłu, od zwierząt, raz tylko wypatrzyłem 2 święcące się, jasne punkty naprzeciw mnie, zanim zdążyłem się im lepiej przypatrzeć bezszelestnie prawie znikły.
Kiedy powtórnie tej nocy zawitaliśmy na przełęczy Brona, Diablak wciąż tkwił w chmurach, a miasta, które poprzednim razem świeciły jasno i mocno, teraz przygasły już, kładąc się spać. Padać jednak nie padało - postanowione mieliśmy, że jeżeli tylko zacznie znowu lać zawracamy natychmiast. Początkowo droga, już główną granią masywu Babiej Góry była przyjemna, słychać było co prawda wycie wiatru, jednak we znaki dawał się tylko na samej przełęczy. Tym razem nie wiał z południa, jak godzinę wcześniej, ale bardziej od zachodu - wzdłuż drogi. Początkowo skutecznie chroniła nas od niego gęsta kosówka. Pasmo kosodrzewiny jednak nie sięga tu do samego szczytu i kiedy je opuściliśmy przemarsz ze względu na wiatr stał się dużo trudniejszy, wiatr jednak nie był taki zły, wiał najlepiej dla nas - bo w plecy, był jednak porywisty i ze sporą tendencją do nagłych podmuchów z różnych stron. Nie była to oczywiście jedyna niedogodność, bowiem równolegle z końcem pasma kosodrzewiny wkroczyliśmy w chmurę, którą dokładnie otulała Diablak. Całe szczęście nowiutka czołóweczka potrafiła przebić się przez gęstą mgłę nawet na kilka metrów - szło się więc od słupka do słupka próbując pilnować ścieżki. Chodzenie po ciemku w takiej mgle dalekie jest od wygody - snop światła rozbijał się na całej swojej drodze. Na inne światło nie było jednak w tym momencie co liczyć - było dopiero koło 3 i słońce jeszcze nie zaczynało wstawać, a księżyc i gwiazdy nie dawały rady przebić się przez gęstą chmurę. Drogę jednak przebrnęliśmy bez większych kłopotów.
Była godzina 3:30 - już przez dłuższą chwilę oczekiwaliśmy, że lada moment wejdziemy na szeroki szczyt, tak też było, widok święcącej z większej odległości tabliczki sprawił nam ogromną radość. Radość, którą pewnie dobrze rozumieją wszyscy chodzący po górach. Od Markowych Szczawin na szczyt dotarliśmy z czasem prawie mapowym (coś kolo 1:40 - zgodnie ze znakami miało być 1:30), więc nie było z nami tak źle. Źle było rzecz jasna wciąż z pogodą. Postanowiliśmy jednak liczyć na jakiś cud, rozłożyć się na szczycie w jakimś w miarę wygodnym miejscu - cale szczęście ustawione kamienne wiatrochrony skutecznie spełniają swoje zadanie nawet podczas takich wichur jak ta, którą zastaliśmy na szczycie. Pierwszą rzeczą było oczywiście posilenie się - trochę kotlecików (!), jakaś kromka chleba, kawałek kiełbaski... oprócz tego stal się cud! (niestety nie zniknęły chmury i nie wypogodziło się) normalnie aż nie wierzyłem własnym uszom - kiedy zaproponowałem Michałowi piwo... odmówił!
Słońce wschód miało 'zaplanowany' na godzinę 4:38, do godziny 4 mieliśmy jeszcze kilka minut, co było idealną okazją do drzemki. Przez te pół godziny całkiem przemarzłem, po części sam się o to prosiłem - powinienem był się dokładniej wpakować w śpiwór, pozycję przyjąłem pół leżącą - pół siedząca, weszliśmy jak tylko najgłębiej się dało w kamienną osłonę i dzieliliśmy jedną karimatę.
Koło 4 dobudziłem Michała, kolejny cud oczywiście miejsca nie miał - było już co prawda całkiem widno, światło słoneczne przedzierało się gdzieś przez gęstą chmurę, ale ani słońca, ani nic ogólnie, widać nie było. Chmury uparcie wisiały na wysokości około 1650 metrów i ani myślały się rozsunąć, czy wejść wyżej odsłaniając nam widok na doliny. Spełniły się niestety przypuszczenia, które wyszły już z początku wyprawy - na wschód nie było co liczyć... były za to inne ciekawe widoki. Wypiliśmy po kubeczku cieplutkiej wciąż herbaty, pozbieraliśmy się i ruszyliśmy w dół... znów na Bronę i do Markowych... Nie było to jednak tak do końca łatwe - wstałem pierwszy i wyszedłem za linię usypanych kamyków, na rozbudzenie (po całej prawie nieprzespanej nocy i krótkiej drzemce wcale, a wcale nie chciało mi się nigdzie iść) dostałem ostrym podmuchem wiatru, jakoś złapałem równowagę i utrzymałem się na nogach. Mniej szczęścia miał Michał - wyszedł tuż za mną, ja byłem już przygotowany na kolejne silne podmuchy, towarzysz mój chyba nie bardzo - szczerze muszę przyznać, że czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałem, przynajmniej nie na własne oczy i nie z takiej odległości - dmuchnęło tak, że Michała oderwało od ziemi na kilka dobrych centymetrów (!) i cisnęło nim jak jakąś zabawką w bok. Na szczęście nic poważnego się nie stało. Nie inaczej jak śmiejąc się pomogłem mu wstać. Skończyło się na jakimś siniaku. Bardzo ostrożnie ruszyliśmy w dół. Wiatr był o tyle wredny, że w ciągu naszego pobytu na szczycie zdążył się zmienić - wiał nam teraz z prawej strony. Początkowo trzeba było iść w dość pokracznym stylu - prawie na czworaka... łatwo w takich warunkach o kolejne potknięcia czy upadki - osobiście kilka razy musiałem się asekurować rękoma, raz pojechałem po śliskim kamyku co skończyło się otarciem biodra i doprawieniem wcześniej stłuczonego łokcia. Ogólnie nic poważnego. Najgorsze było zejście z kamiennego usypiska przy samym szczycie, oprócz super silnego wiatru dodatkowo przeszkadzała chmura wciąż chowająca szczyt - tak jakby zawisła w miejscu i ani myślała się ruszyć. Po zejściu z kamieniska szło się już względnie łatwo - wiatr co prawda ciągle nami zamiatał, ale mgła była nieco rzadsza, ścieżka mniej stroma no i przede wszystkim lepiej widoczna. Z wiatrem pożegnaliśmy się ponownie wchodząc w pasmo kosodrzewiny, trochę wyżej kończyła się również chmura. Krótki postój urządziliśmy sobie na Bronie, skąd w końcu można było podziwiać wschodzące znad szczytów słońce - zdążyliśmy w sam raz, gdyż właśnie wstawało leniwie znad grani rzucając pierwsze promienie na okolice. Chwilę popatrzyliśmy w ciszy na piękny widoczek i ruszyliśmy ku Markowym. Czuło się lekki niedosyt, ze szczytu nie sposób było wypatrzeć pierwszych promieni światła, ani nawet najbliższej okolicy, nie mówiąc juz wymarzonych Tatrach, no nic... może następnym razem, czuło się i trochę radości tym co się jednak zobaczyło, nawet jeżeli wiele tego nie było, no i samym faktem tego, że mimo silnie broniącej się góry udało nam się wejść i schodziliśmy choć trochę wyczerpani po całonocnej walce, zmęczeni brakiem snu, ale wracaliśmy bezpiecznie i cali. Wycieczka już z zalodzenia była udana, ale z początku nie wiedzieliśmy, co w niej takiego udanego będzie... dalej ciężko mi powiedzieć co w niej takiego udanego było – ale z pewnością przejdzie do naszej małej historii. Przy goprówce na Markowych zrobiliśmy sobie 3ci w tym miejscu podczas tej wyprawy postój, zdrzemnęliśmy się niecałe 20 minutek i ruszyliśmy w dół z zamiarem dłuższej drzemki w szałasie przy czarnym szlaku. Tam korzystając z wszystkich wygód, które oferował - stół na plecaki, żeby nie zamokły, ławki, na których można się jak najbardziej wygodnie ułożyć no i dach osłaniający od wszelkich nieprzyjemności (jak krople lecące z drzew, czy wiatr) przespaliśmy się 3 kwadranse i prawie rześko ruszyliśmy.
W Zawoi ostatecznie byliśmy przez 8mą - trafiliśmy wręcz idealnie, okazało się, że jedzie z stamtąd autobus bezpośrednio do Katowic - i to za niecałe pół godziny. Lepiej być po prostu nie mogło. Osobiście zupełnie już wyczerpany nocnym wędrowaniem (dodam, że przez ostatni ponad miesiąc nie miałem zbyt wielu okazji do wyspania się, a moja średnia noc trwała kolo 5 godzin, nieraz spadając poniżej 4 godzin snu... przeklętą mMedica! przeklętą sesja!), jedyne co udało mi się jeszcze osiągnąć to całkiem niezły wynik w Frets on Fire i namówienie Michała do wypicia podróżniczych żubrów. Otwarte z triumfem szybko zostały wchłonięte, a my zapadliśmy w całkiem głęboki sen. Z chęcią dodałbym, że niezmącony... ale niestety prawdziwe trudy podróży były dopiero przed nami - gdzieś w połowie trasy dosiadła się rodzinka z 3ką wrzeszczących, wrednych, rozwydrzonych, głośnych bachorów... lać kijem to mało, ale cóż takie losy turysty, jak nie rzucający człowiekiem wiatr, jak nie deszcz, to taki kataklizm.
Do Katowic dojechać udało nam się bez rozstrzelania gromadki, nawet udało mi się trochę podrzemać, choć sen był często zakłócany. Komunikacyjne szczęście dopisało nam ponownie – „Drabas” stał już i czekał tylko na nas, wiec szybko znaleźliśmy się w Żorach... pierwsze co zrobiłem to „posłałem totka” mając pewność, że przyjaciel nie okłamałby mnie dając pewne numery na sobotnie losowanie, niestety jednak przyjaciel 'trochę' nawalił...
Potem została tylko kąpiel, solidny posiłek i sen.
Zdawałoby się, że Babia Góra nie może mnie zaskoczyć, że jest 'łatwa', szczególnie gdy wchodzi się na nią latem, nieważne jednak okazuje się ile razy było się na niej, nieważne ile kilometrów przeszło się w górach tych czy owych - Babia, zgodnie ze swoją nazwą, jest strzasznie kapryśna i uparta. Nie odkrywam tym stwierdzeniem z pewnością nic nowego. Patrząc na wyprawę po kilku dniach mogę stwierdzić, że była to lekcja swoistej pokory. Moja stara przyjaciółka pokazała pazury - ostrzejsze niż kiedykolwiek wcześniej, pouwodziła mnie bardziej niż mogłbym się spodziewać, owinęła wokół palca jak małe dziecko, tylko po to by tąpnąć głośno i zostawić nagiego i samego nie dając w zamian nic. No cóż takie 'baby'... wiem, że ten niby nie tak wysoki, nie tak niedostępny masywik nie powiedział swojego ostatniego słowa. Ale i ze mną na upór ciężko wygrać, jeszcze kiedyś trafię tam na dobrą pogodę - choćbym miał rozbić na szczycie obóz i czekać tygodniami (dodam, że podczas 5 czy 6 moich wypraw na Babią raz tylko pogodę miałem... względną). Co mogło dać tak bardzo w kość? brak snu robi swoje, nachodzić może i się 'aż' tyle nie nachodziło - ale jednak... każdy postój wiązał się z wyziębianiem - mimo, że wcale nie było mrozów - szczególnie gdy było się morkym, a wokół wiał silny, zimny wiatr. W całej tej wyprawie było trochę szaleństwa, trochę poetycko rzecz ujmując ikaryzmu... ale daliśmy radę - weszliśmy, pokonaliśmy zmęczenie, daliśmy co mieliśmy w nogach i w sercach - no i przede wszystkim wróciliśmy. Teraz pozostaje nam tylko uśmiech na wszelkie 'potrzebne' wygody życia codziennego... no i oczekiwanie na kolejne, równie szalone, jak i nieco spokojniejsze wyprawy.
No i tak dobiega końca relacja z nocnego wędrowania po masywie Babiej Góry... Każdemu, kto przebrnął przez, jak mi się zdaje, niekrótką lekturę z całego serca pragnę pogratulować.
Jarosław Kożdoń
All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.



