Odnaleziona zima - Pilsko i Babia Góra
15.12.2006 – Polana Górowa
Druga menażka z wodą stoi już na piecyku, palą się cztery świeczki. Na wieczór starczy. Idealna cisza. Jedyny ślad człowieczeństwa po drodze to odciski dwóch czy trzech par butów na ostatnich 20 minutach szlaku. Pomieszczenie wypełnia narkotyzujący zapach dymu. Źródełko z krystalicznie czystą wodą niespełna 50 metrów od chatki. A za drzwiami prawdziwa zima. Mróz, śnieg i bezchmurne niebo sprawiają, że człowiek chciałby tam siedzieć godzinami gapiąc się w górę. Trzeba jednak wracać, zaparzyć herbatę we wspaniałej uwędzonej wodzie, dołożyć do ognia.
Zobacz też:
W zasadzie nie ma już nic do roboty. Szanse na jakąś rozmowę są nikłe, chyba że ktoś jeszcze przyjdzie. Całkowita ciemność i świeczki oświetlające pomieszczenie dają mylne wrażenie, że jest noc, chociaż nie ma nawet 19.
Herbata musi teraz naciągnąć, może zagotuję sobie jeszcze jedną. Zawsze będzie to pretekst do wyjścia do źródełka. A póki co z kubkiem grzejącym w dłonie rozkoszuję się ciszą.
Nie wiem która to już herbata, chyba piąta. Pełny termos czeka na poranne wyjście. Robi się coraz zimniej, znośnie jest już tylko przy piecyku stojącym w rogu pomieszczenia. Kolejny łyk, wokół wciąż panuje wspaniała cisza zakłócana jedynie przez szum ognia i wiatr uderzający co chwila w chatę.
Szedłem tu około dwóch godzin, wliczając w to kilka postojów. Ostatnio miałem chyba zbyt mało ruchu. Może jutro się wyśpię, dzisiaj przespałem połowę drogi do Żywca. Wysiadłem w Korbelowie o 14.30 i nie czekając na nic poszedłem żółtym szlakiem w stronę Hali Miziowej. Jedynymi napotkanymi na szlaku żywymi istotami były sarny, które przebiegły przede mną całym stadem.
Chyba już można iść spać. Została mi do wypicia prawie pełna menażka herbaty, stojąca na krawędzi pieca, żeby zbyt szybko nie wystygła. Warto wypić coś gorącego przed spaniem, powinno być trochę cieplej.
21.16. Leżę już w śpiworze, jest dosyć ciepło. Piecyk jeszcze grzeje, powinien trzymać jeszcze jakiś czas. Zostawiłem kilka mniejszych kawałków drewna do rozpalenia i ogrzania się przed wyjściem. Planowana pobudka między 4.45, a 5. Pewnie jak zwykle nie będzie mi się chciało, jednak zawsze udawało mi się zebrać w sobie i jednak wstać.

Wszystko pachnie dymem, a cisza przestała już cieszyć. Przekonuję się o tym każdego wieczora na wszystkich samotnych wyjazdach. Jedzenie i herbata w termosie na rano są już gotowe. Chciałoby się teraz do kogoś odezwać, usłyszeć parę słów w odpowiedzi. Usłyszeć czyjś głos. Jedyne co pozostaje to patrzenie w płomień świeczki dający odrobinę światła, jednak wystarczająco, aby oświetlić kartki zeszytu. Pora spać. 21.32… ogień zgasł.
16.12.2006 – Wyścig z czasem i ze słońcem
Kolejny krok. Wyjąć nogę ze śniegu, podnieść najwyżej jak się da i wbić w śnieg. Krok do przodu. Upadek. Trzeba wstać, pokonać wycieńczenie i głód i iść dalej, pod górę. Zaczyna się robić jasno, chyba wyszedłem za późno. Można już zdjąć czołówkę. Buty co chwila ślizgają się po kamieniach i lodzie ukrytym pod śniegiem. Nie chcąc tracić czasu, wyszedłem bez śniadania, co szybko dało o sobie znać. Upadłem przy górnej granicy lasu. Wstając przeoczyłem skręt szlaku w prawo. Droga był nieprzetarta i przez pomyłkę skręciłem w lewo. I zaczęło się brnięcie na przestrzał przez kosodrzewinę, której opór miejscami był nie do zniesienia. Z pustym żołądkiem i po jednym kubku herbaty było to dla mnie zbyt wiele.
Po 20 minutach przedzierania się przez krzewy zrezygnowałem. Miałem trudności w ustaniu na nogach, brakowało mi tchu. Było to tym gorsze, że cały czas widziałem szczyt przede mną, który wcale się nie zbliżał. Rzuciłem plecak na ziemię, usiadłem na nim i zrobiłem kilka kęsów chleba z pasztetem. Było już całkiem jasno, jednak słońce jeszcze się nie pokazało. Byłem tak zmęczony, że postanowiłem już wracać przez Lipowską do Rajczy. Po kilku minutach odpoczynku odwróciłem się i zobaczyłem żółty pasek na samotnie stojącym drzewie. Żółty szlak. Opadłem z sił 5 metrów od szlaku. W kilka sekund wrzuciłem do plecaka termos i resztę kanapki. Ruszyłem.
Zaczął się wyścig ze słońcem. Szedłem już wolniej. Ostatni wysiłek, ostatnie metry. Jestem na szczycie. Pierwszy raz zrezygnowałem z celu, który był praktycznie w zasięgu mojego wzroku, od którego dzieliło mnie kilkadziesiąt metrów. Wygrałem ze słońcem, przede wszystkim pokonałem własne zmęczenie. Osiągnąłem swoją granicę i chyba przesunąłem ją parę metrów dalej.
Siedziałem na szczycie ponad godzinę dojadając kanapkę, pijąc dopiero co zagotowaną na gazie herbatę i gapiąc się na słońce, które wychyliło się spoza gór kilka minut po moim wejściu na szczyt Pilska. Czas uciekał, mocno wiało i postanowiłem wracać. Zjadłem jeszcze trochę czekolady, dopiłem herbatę, spakowałem się i włożyłem plecak. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na słońce i można schodzić. Od Korbielowa nie widziałem po drodze nikogo. W chacie słyszałem tylko głosy grupy, która przyszła na Górową koło 23.
Przy schronisku na Miziowej przebrałem się w suche rzeczy i poszdełem czerwonym szlakiem w kierunku Przełęczy Glinne. Doszedłem do przełęczy dość szybko. Za przełęczą było już dość ostro pod górę. Było wcześnie, więc nie musiałem się spieszyć. Mogłem spokojnie i stopniowo piąć się w górę. Niektóre podejścia były męczące. Lewa noga – wdech, prawa noga – wydech. Bez pośpiechu. Kiedy skończyła się woda stopiłem trochę śniegu na herbatę, zjadłem kilka kromek chleba z pysznym smalcem od mamy. I dalej, pod górę.
Kiedy doszedłem do schroniska, było już całkiem ciemno. Przebrałem się w suche rzeczy i wszedłem do bufetu. Kiedy stałem przy ladzie i płaciłem za nocleg, zagadała do mnie Grażyna z Bytomia, która szła tego dnia z Krzyśkiem i Rafałem z mojego akademika Rafała znałem wcześniej, Grażyna też podobno gdzieś mnie widziała, ale nie możemy ustalić gdzie. I w ten oto sposób przestałem być sam i poznałem trzy nowe osoby. Spodobał im się pomysł wyjścia na szczyt nad ranem, umówiliśmy się na piątą.
Dobrze było po dwóch dniach odezwać się do kogoś. Było to warte tych 19 zł. Nie starczy mi na powrót, ale jakoś to będzie. Przeszedłem kawał drogi, przynajmniej tak mówiło mi większość osób, z którymi rozmawiałem. Latem 2004 roku podzieliliśmy ten odcinek na dwa dni.
Idę spać. Wszystko na rano przygotowane. Śpię pod dwoma kocami, śpiwór jest w plecaku. W małym pokoju śpi osiem osób, nie będzie zimno. No to do jutra. 20.35.
17.12.2006 – Zamieć i oranżada na szczycie
4.23. Budzik jeszcze śpi, ja już nie chcę spać. Złożyłem koce, wziąłem plecak i buty i wyszedłem z pokoju, żeby nie narobić hałasu. W holu odpoczywało dwóch gości, którzy akurat zeszli ze szczytu. Ostrzegli mnie, że na szczycie nic nie widać i pada śnieg, jednak decyzja zapadła wczoraj, więc udałem, że nie słyszałem co mówili. Po kilku minutach doszła Grażyna z chłopakami, zrobiłem parę gryzów chleba z pasztetem, popiłem ciepłą herbatą i wyszliśmy. Zgodnie z planem, o piątej.
Przed schroniskiem prószyło, ale było dość ciepło. Nie chcieliśmy marnować czasu, więc zaczęliśmy iść w górę. Pierwsze minuty były ciężkie, dopasowałem jednak oddech do tempa moich kroków i mogłem spokojnie iść do góry. Jest to jednak niezawodna metoda przy każdym podejściu. Ok pół godziny zajęło nam dojście na Przełęcz Brona, gdzie można było odczuć, że jesteśmy na Babiej Górze. Wiało i padało coraz mocniej, widoczność stawała się coraz gorsza, a koło Kościółków panowała już prawdziwa zamieć. Po kilku minutach plecaki i kurtki pokryte były warstwą śniegu i lodu, ciężko było ustać w walce z wiatrem. Trudno było mi uwierzyć, że jeszcze wczoraj siedziałem sobie pod bacówką w krótkim rękawku w pełnym słońcu.
W okolicach Przechodniego Szczytu można już było zdjąć czołówki, których światło odbijało się od padającego śniegu i ograniczało widoczność. Było wystarczająco jasno, żeby zobaczyć następną tyczkę i to co się ma pod nogami.
Pośliznąłem się tylko raz i uderzyłem piszczelą w krawędź kamienia. Na szczęście kalesony, ortalionowe spodnie i stuptuty wytłumiły trochę uderzenie, było ono jednak na tyle mocne, żeby rozciąć skórę i spowodować dość dużą opuchliznę. Grażyna upadając na ostatnim kamiennym odcinku przez szczytem, uderzyła nosem w kamień, na szczęście wszystkie chrząstki i kości pozostały nienaruszone i skończyło się na lekkim krwotoku.

Stanęliśmy na szczycie. Było jeszcze szaro, a my założyliśmy na siebie wszystkie suche ubrania jakie jeszcze nam zostały i usiedliśmy pod wiatrochronem. Zaraz wyjąłem palnik i zacząłem gotować wodę na herbatę. Na szczycie panowała prawdziwa wichura, śnieg sypał poziomo, a woda jakoś nie chciała się zagotować. Może to przez to, że gaz kupiony w sierpniu 2005 roku w Szkocji, mimo oszczędnego eksploatowania, powoli się kończył. A może przez wiatr, który przedostawał się przez kamienny wiatrochron i rozganiał ogień. Zdjąłem na chwilę kaptur, a kiedy po kilku minutach go założyłem, był już sztywny.
Zrobiło się już całkiem jasno, wciąż wiało, a widoczność nie przekraczała kilku metrów. Nie czekaliśmy już aż woda zacznie wrzeć, wrzuciłem do niej trzy tabletki musującej oranżadki pomarańczowej. Podzieliliśmy się jednym kubkiem, resztę wlałem do termosu. Zaczęliśmy się pakować. Rękawice miałem od dawna przemoczone, ogrzewałem je cały czas schowane pod polarem. Zamek w klapie całkiem zamarzł i przestał się zapinać, więc skostniałymi rękami zacząłem go odpinać i zapinać. Palce miałem tak skostniałe, że jedyne co byłem w stanie robić to szarpać go z nadzieją, że nie rozwalę go jeszcze bardziej. Po kilkuminutowej walce udało się, a ja mogłem wreszcie ogrzać dłonie pod pachami.
Zaczęliśmy schodzić na Przełęcz Krowiarki. Na szczyt doszły trzy osoby, ale dość szybko zeszły z powrotem w stronę Słowacji. Po drodze minęliśmy jeszcze kilka osób, mniej więcej na poziomie granicy kosodrzewiny wiatr zdawał się ustawać, a po przekroczeniu granicy lasu było już całkiem spokojnie. Ciągle jednak panowała mgła i było dość mroźno, co szybko mogłem odczuć na każdym postoju przez wilgotną kurtkę i spodnie.
Doszliśmy na przełęcz. Usiedliśmy pod daszkiem i zaczęliśmy dojadać resztki naszego jedzenia, którego jakoś nie chciało nam się zawozić z powrotem do domu. Pojedliśmy i mogliśmy się zbierać. Chcieliśmy iść niebieskim szlakiem w kierunku Zawoi, spotkaliśmy jednak chłopaka schodzącego z Kępy, który podwiózł nas wszystkich do centrum Zawoi, skąd dostaliśmy się busem do Krakowa i potem pociągiem do Gliwic.
Wojtek Lortz
All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.



