Bacowanie w Gorcach
A miało być tak pięknie... I było, do czasu. Ale po kolei:
Cel: Polana Pod Skały, gdzie czekała ekipa z "Watry". Odbywała się tam coroczna "Wiosna Gorczańska".
To był znak, jak tylko weszliśmy z Danym na dworzec, urwało mu się ramię w plecaku. Udało się je jednak naprawić. Drugi znak: Pociąg jechał przez Kraków, co w rezultacie pochłonęło po 3 zł więcej. Znak trzeci: Pociąg był spóźniony ok. 20 minut. W pociągu było trochę niewygodnie, ale przynajmniej do Krakowa jechaliśmy sami. W Krakowie dosiadł się jakiś koleś, który już w drzwiach dodał nam otuchy:
- Mogę się przysiąść? Boję się jeździć samemu. Tyle się dziś słyszy o kieszonkowcach.
- W jednym pociągu gościa zabili! - dorzucił Dany, który nie wiem co chciał tym przez to osiągnąć, ale przynajmniej podtrzymał rozmowę - na trasie Katowice - Żywiec.
I tak zaczęła się niezwykle pasjonująca rozmowa o kieszonkowcach i mordercach. Nagle wszedł jakiś facet z siatką i zapytał, czy chcemy kupić piwo. Odpowiedzieliśmy zgodnie, że nie. Handlarz poszedł, a nasz nowy kompan ciągnął dalej:
- Lepiej nic od nich nie brać. Nie wiadomo, co tam dodają.
Nie pamiętam co działo się dalej. Pamiętam tylko, że urwał mi się film (bo było to późno w nocy). Ale wcześniej sprawdziłem, czy mam pełne kieszenie, a buty schowałem za gitarę. Zawsze jestem taki czujny? Spałem. Obudziłem się w Suchej Beskidzkiej, kieszenie miałem dalej pełne. Więc było dobrze. W Chabówce miała być przesiadka do Rabki. Planowo mieliśmy mieć dziewięć minut na przejście z jednego peronu na drugi, ale w wyniku opóźnienia pociągu, które w Chabówce wyniosło ponad pół godziny, czas ten rozciągnął się do dwóch godzin. Kolejny znak? Może, ale się nie poddaliśmy. Wyszliśmy z Danym z dworca, stanęliśmy przy drodze i zaczęliśmy machać rękami. Po drodze minęliśmy kilka sklepów. Zaskoczył mnie pewien obrazek: Przed każdym sklepem stały kosze z dostawą a na nich leżała faktura. Ciekawe, jak długo postało by coś takiego u nas i czy zabrałby to sprzedawca czy ktoś inny...
- Idźcie na autobus, tam jest przystanek - Krzyknął jakiś dziadek - tu nikt się nie zatrzyma
- Może jednak spróbujemy, ale dziękujemy za radę. A nie wie pan ile kosztuje autobus do Rabki? - Spytałem z czystej ciekawości
- Jakieś dwa złote - Dziadek nie zastanawiał się długo, co nam odpowiedzieć - zaraz coś pojedzie
W końcu po długich staraniach zatrzymał się jeden gość. Jechaliśmy z nim niewiele ponad pięć minut, więc jeżeli dziadek mówił prawdę co do ceny, to potraktowałbym dwójkę jak wyrzuconą w błoto. W Rabce zrobiliśmy zakupy, przytroczyłem gitarę do plecaka (jak ja tego nie cierpię) i ruszyliśmy w drogę. Droga nie była zbyt ciężka (na początku), ale plan był ambitny: Rabka -> polana Pod Skały. Godzinę przed Maciejową zaczął nam doskwierać głód, zaczęło się robić zimno i, co najgorsze, tak chciało się pić!
- Te, Wojtas, chcesz pomarańczę? - spytał Dany, chyba dostrzegając mój stan.
- Dawaj! - odpowiedziałem bez zbędnego namysłu.
Zjedliśmy po jednej i ruszyliśmy dalej. O 8.50 doszliśmy na Mociajową. Po drodze minęliśmy kierownika, który powiedział, że schronisko jest zamknięte, bo jedzie po dostawę. Było zimno. Z Maciejowej poszliśmy dalej, w kierunku Starych Wierchów. Po drodze noga zapadła mi się w śnieg, którego wszędzie leżała dość gruba warstwa. Aby nie wylądować na gitarze podparłem się ręką, ale nie wiedzieć dlaczego wylądowałem na pięści. W rezultacie trochę wygiął mi się nadgarstek i naciągnął mięsień (znak?). Ale powoli przechodzi. Doszliśmy na Stare Wierchy o 10.22. Zjedliśmy parę kromek z paprykarzem, popiliśmy herbatą (gorzką) i o 11.06 wyszliśmy dalej. Szliśmy po śniegu, po drodze przedyskutowaliśmy wszystkie możliwe tematy. Nagle naszą uwagę przykuł dziwny pomnik: fragment samolotu lub śmigłowca. W 1973 wydarzyła się tam katastrofa lotnicza.
Szliśmy dalej, najgorsze było podejście na Turbacz.
- Wojtas, ile ta góra ma szczytów? - słyszałem to co chwilę od Danego i coś w tym było, bo ilekroć wydawało nam się, że już wyżej się nie da, wyłaniało się nowe wzniesienie.
- Pojęcia nie mam. To już ostatni.
Trzeba przyznać, że wspaniale radzę sobie z pocieszaniem ludzi. Ale w końcu się udało. Było ciężko, ale o 13.22 usiedliśmy w schronisku na Turbaczu. Tam się przebrałem, zjedliśmy kawał chleba, popiliśmy barszczem i uświadomiliśmy sobie, że połowę już mamy za sobą. Dopiero połowę? Trzęsąc się z zimna spakowałem się i ubrałem. Wyszliśmy. I zaczęło się piekło. Polana Turbacz była kompletnie przysypana śniegiem i nieprzetarta. Więc szliśmy czasami do pasa w śniegu, po drodze zgubiliśmy żółty szlak, ale szybko udało się go odnaleźć. Gnaliśmy dalej, po drodze czasem siadaliśmy. Było coraz trudniej, zmęczenie coraz bardziej dawało nam się we znaki. Ale było jeszcze wcześnie. Na Przełęczy Borek zatrzymaliśmy się na kawę. Ale postój nie trwał zbyt długo. Humory nam dopisywały, mieliśmy jeszcze siły. Zaczęło się. Zaczęliśmy podejście na Przysłopek. Nikomu nie chciało się wyciągać mapy i to był błąd, bo byliśmy święcie przekonani, że to Kudłoń. Jakże się zdziwiliśmy kiedy stanęliśmy na szczycie, uświadomiliśmy sobie, że Kudłoń jest przed nami.
- Dany, co tam namazane jest?
- Kudłoń: 30 minut
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!
Latem byłoby to do przejścia, ale gdy brnie się do połowy ud w śniegu przejście paru metrów pochłania niewyobrażalnie dużo siły i czasu. Ale szliśmy dalej. W końcu zacząłem przeklinać gitarę, która przytroczona do plecaka chaczyła o każdą gałąź. W rezultacie byłem cały obsypany śniegiem. Wreszcie stanęliśmy na Kudłoniu. Ale to jeszcze nie koniec trasy. Trzeba było jeszcze z niego zejść i to po polanach przysypanych śniegiem.
Połowę drogi przeszliśmy na oko, bo nie było widać szlaku. Pierwsza polana: dwie bacówki, ale bez dachów. Więc to nie tu. Przejście tej polany zajęło nam prawie pół godziny. Wreszcie las, ale nie było łatwiej. Druga polana: jedna bacówka, również pusta, ale zatrzymaliśmy się w niej na parę minut. Zagrzaliśmy wodę, zrobiliśmy herbatę. Postanowiliśmy szukać dalej, mimo że było już ciemno. Przemoczeni i wyczerpani brnęliśmy w śniegu, w końcu za kawałkiem lasu zauważyłem światła. Byliśmy pewni, że to ta polana, że tam już czekają znajomi. Mieliśmy do wyboru albo obejść kawałek lasu, albo przejść na przestrzał. Z gitarą było to niewykonalne, więc zaczęliśmy obchodzić kawałek lasu. Aż tu nagle:
- Patrz, ścieżka! - krzyknął Dany
- Idziemy - odparłem i ruszyliśmy
Droga była długa, weszliśmy głęboko w las.
- Dany, myśmy już chyba przeszli tą polanę
- Możliwe, to skręcamy w prawo.
Weszliśmy w pierwszą drogę w prawo, ale okazało się, że jest to koryto rzeki. Nie było nic widać i co chwilę wpadaliśmy w śnieg. Zrezygnowaliśmy już z szukania polany i postanowiliśmy schodzić wzdłuż rzeki w dół. W pewnym momencie Dany poleciał z plecakiem na brzuch, a nogawką zahaczył o wystający ze śniegu gruby kawał drzewa, który przerwał mu spodnie na długości całej łydki. Zmęczenie nie pozwalało nam już trzeźwo myśleć, Dany chciał schodzić dalej. I szedł, znów co drugi krok lądując po pas w śniegu. Mieliśmy mokre dokładnie wszystko, więc postanowiłem, że szukamy równego obszaru i śpimy. Trochę to trwało. Nie wiem, czy była to dobra decyzja, ale cóż, stało się. Znaleźliśmy kawałek placu, rozwinęliśmy karimaty i przebraliśmy się szybko. Jeszcze tylko zagotowaliśmy dwie menażki wody, zrobiliśmy herbatę i wypiliśmy po menażce. Wszystkie mokre rzeczy wpakowałem do śpiwora, reszta została w plecaku. Parę razy w nocy się budziłem, żeby podciągnąć się do góry. Rano obudził mnie Dany:
- Wojtek, jak zaraz nie wstaniemy to nas zasypie!

Wychyliłem się ze śpiwora, otrząsnąłem ze śniegu i możliwie szybko spakowałem. Nie jedliśmy już nawet śniadania, tylko jak najszybciej wyszliśmy.
Cały wieczór szukałem zasięgu, żeby zawiadomić ekipę na polanie, żeby na nas nie czekali. Na Starych Wierchach napisałem znajomemu, który najprawdopodobniej tam był, że będziemy wieczorem. Zasięg złapałem dopiero po drodze i zawiadomiłem go, że nie przyjdziemy i że musimy wracać. Nie chciałem, żeby powtórzyła się sytuacja studenta, który zgubił się na Kaukazie.
O 8.15 doszliśmy do jakiejś wioski, szliśmy dalej i po ok. godzinie weszliśmy do sklepu, żeby spytać, gdzie jesteśmy. Okazało się, że jesteśmy w Lubomierzu i że musimy dostać się do Mszanej Dolnej, gdzie jest najbliższy dworzec PKP. Udało nam się złapać okazję do Mszanej, z Mszanej do Myślenic, skąd dostaliśmy się do Krakowa. Po jakimś czasie znaleźliśmy dworzec, kupiliśmy bilety i wsiedliśmy do pociągu.
Co zapamiętałem z tego wyjazdu? Przede wszystkim lekcję pokory. Wprawdzie Mickiewicz napisał: "Mierz siłę na zamiary, nie zamiar podług sił", ale czasem warto też zastanowić się, czy da się radę. Może gdyby nie śnieg, doszlibyśmy bez problemu. Ale gdybać można. Postanowiłem, że już nigdy nie wybiorę się zimą w dżinsach.
Gdy już usiadłem w domu, rozwiesiłem mokry śpiwór i wszystkie ubrania, zerknąłem na mapę. I wybuchnąłem śmiechem. Zamiast iść w las, trzeba było skręcić w prawo i w ciągu piętnastu minut bylibyśmy na Polanie Pod Skały, gdzie już wszyscy czekali. Ale co tam, cieszę się, że żyję, że skończyło się tylko na lekkich odmrożeniach, grypie, naciągniętym mięśniu i zgubionym nożu (chyba mi wypadł wieczorem, a w nocy przysypał go śnieg). To była prawdziwa lekcja pokory. Miałem wątpliwości, czy opisać ten wyjazd. W końcu nie można go było zaliczyć do udanych. Ale wiem, że nie popełnię już takich błędów, mam nadzieję, że nikt ich nie popełni.
25.05.2003 - Nóż jednak jest. Schował się do tajemnej kieszeni mojego TOTEMA (ci, co go mają, wiedzą o co chodzi). Przeżyłem coś wyjątkowego i nie mogę już doczekać się zimy i kolejnego bacowania. A póki co mamy wiosnę, więc jazda w góry!!
Wojtek Lortz
All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.



