Wspomnienie prawdziwej zimy - Barania Góra

15.02.2006

Zima 2006 roku lekka z pewnością nie była. Opady śniegu były dość spore i kilkukrotnie paraliżowały miasta. W górach - jak to w górach śniegu było najwięcej, warunki do wędrówek pieszych nie najłatwiejsze. Po serii styczniowych mrozów (temperatura spadała poniżej -20 stopni) przyszły czasy dni cieplutkich (mam na myśli temperatury koło -10 rzecz jasna). W każdym razie - w domu siedzieć przecież nie będę - ale kto by miał chęć (i odwagę, odrobinę szaleństwa i kilka innym przydatnych w tych warunkach cech) pchać się w góry w takie warunki... na szczęście znam jedną taką osobę. Krótka rozmowa - odpowiedź oczywiście "no jasne" i plan zaraz sam się ułożył - cel: ot! Barania Góra... bo blisko, małe jeszcze doświadczenie zimowe w górach, śniegu wszędzie ogrom, więc wyżej i ciężej nie ma się co pchać - trochę rozwagi czasem też się przydaje. Wędrówka trwać miała 2 dni - pierwszy z Wisły na szczyt Baraniej i do chatki AKT na Pietraszonce. Dzień drugi - powrót.

Dwa czy trzy dni później nie pozostało nic innego jak wsiąść w autobus. Jeśli mam być szczery nie do końca spodziewałem się, że uda nam się gdziekolwiek zajść - pogoda co prawda była całkiem dobra, ale nie mieliśmy na dobrą sprawę żadnej gwarancji czy droga będzie możliwa do przejścia po tak obfitych opadach śniegu, wydeptana choć trochę, że mimo niezłej pogody nie przyjdą jakieś opady - ale przecież nie o to chodzi, żeby było łatwo, ale żeby było pod górkę!

przepak plecaka na śniegu

Humory od samego początku jak najbardziej dopisywały, zresztą jak zwykle. Michał wsiadał oczywiście w Rybniku, ja dosiadłem się w Żorach. W Wiśle przesiadka - i za zaporę, a potem już tylko o własnych siłach w górę. Na początek - odetchnęliśmy z ulgą - WYDEPTANE. Kilka zdjęć, żeby pokazać, że śniegu było DUŻO i ruszamy wzdłuż "Źródeł Polski" szlakiem niebieskim. Szło się bardzo przyjemnie, widać było, że przechodziło więcej ludzi, więc wydeptane korytko było wystarczająco głębokie i było całkiem łatwo, z góry nic na nas nie padało, nie wiało za mocno, temperatura całkiem w porządku - tym niemniej postoje były raczej króciutkie... Jedyne przeszkody to dwa czy trzy zwalone drzewka, które zapewne nie wytrzymały naporu śniegu.

Oczywiście - wszystko co dobre szybko się kończy. W pewnym momencie wydeptany ślad się skończył. Po prostu. Rozgałęził się na 2 odnogi, każda jakieś 20m i ani śladu dalej nie widać. Mimo usilnych prób wypatrzenia choćby najmniejszego śladu, nie udało się. Chwila narady - postanowienie - godzina przecież jeszcze młoda (wybijała właśnie 12), więc czasu sporo; warunki całkiem dobre; jak dobrze pamiętam jesteśmy juz całkiem niedaleko szczytu - nie dalej jak jakieś pół godzinki - latem rzecz jasna; w razie czego możemy po własnych śladach zejść w dół. Niestety szlaku wypatrzeć również nie szło - początkowo gdzieś, czasem mignął... ale że szliśmy 'jedyną słuszną', bo wydeptaną, drogą nie pilnowaliśmy niebieskich znaczków zbytnio.

Tak, czy owak... Ruszamy! Byle w górę, szczyt przecież zawsze jest na górze. No i zaczęła się zabawa na dobre. Śnieg po pas i wyżej, zapadanie się w zaspy po pachy i takie właśnie przyjemności zimowych wędrówek. Prowadziłem głównie ja (jestem wyższy od Michała, więc miałem łatwiej), czasem tylko - przy rejonach mniej zaśnieżonych odpoczywałem idąc jako drugi. Czułem się trochę jak jakiś lodołamacz, lokomotywa, czy pług śnieżny - pracowały wszystkie chyba mięśnie - nogi, ręce, brzuch, ramiona... sapiąc jak parowóz powtarzałem z uporem maniaka jedną sekwencję - krok, odgarnięcie śniegu ręką, druga noga, odgarnięcie śniegu... nic wielkiego, nic trudnego, o ile idzie się grupą kilkuosobową i ze zmianami - u nas nie było niestety tego komfortu.

W tym szaleństwie była jednak metoda! Po około 2 godzinach wypadamy z lasu na szeroką ścieżkę - latem zawaloną ludźmi - dziś wyjątkowo pustą. Obrót w prawo, 50 metrów i polana! W takich sytuacjach zawsze gdzieś wewnątrz, nikt nie wie skąd biorą się siły. Jeszcze tylko kilka kroków i wyłania się również wieża widokowa. W takich przypadkach czuje się radość - taką czystą, wręcz dziecięcą radość - bo chyba wcześniej tak bardzo cieszyłem się na widok wspomnianej wieży jakieś 15 lat wcześniej, gdy widziałem ją po raz pierwszy. Obowiązkowe wejście na wieżę również sprawiło nam trochę kłopotów - głownie ze znalezieniem miejsca, w którym zacząć - śnieg skutecznie to utrudniał - napadało go tyle, że ledwo udało się przecisnąć między podłogą 'pierwszego piętra', a barierką schodów.

Widoków oszałamiających niestety nie było - niebem przemieszczało się całkiem sporo chmur, no i całkiem mocno już tutaj wiało. Kilka dłuższych chwil odpoczynku i trzeba było ruszać - w stronę Przysłopu. Na szczęście w tamtą stronę było już łatwo - szeroka ścieżka, ślady nart i butów, a nawet 2ka narciarzy. Szło się bardzo lekko łatwo i przyjemnie, droga do schroniska szybko zleciała, na miejscu wypiliśmy po grzanym piwku, przekąsiliśmy coś i wyszliśmy. Niestety realizacja planu zajścia do Pietraszonki znowu natknęła się na utrudnienie - tym razem szlak bezpośrednio łączący schroniska nie był przebyty w ogóle, co prawda gdzieś w oddali wypatrzyłem jeszcze sylwetki 2 znajomych narciarzy, ale to nie dawało absolutnie żadnej pewności o możliwości przejścia tej drogi na nogach. Po kilkudziesięciu metrach (w czasie których zdążyłem się całkiem niemało namęczyć) zawróciliśmy - od Przysłopu była jeszcze jedna droga czerwonym szlakiem w dół i kilka metrów czarnym.

Kiedy doszliśmy do rozejścia szlaku czerwonego (prowadzącego w stronę Kubalonki) i czarnego (w dół do Wisły) odbyć musieliśmy kolejną debatę. Nie wiedzieliśmy do końca jak wygląda szlak czerwony, czarny to droga w dół - prosta, ubita, wyjeżdżona. Pora tym razem nie była już wcale wczesna, biorąc pod uwagę brak dobrego sprzętu oświetleniowego i zimowy krótki dzień czerwona droga do "Watry" była co prawda kusząca, ale trochę i niepewna... bo w końcu co jeżeli natrafimy na większą liczbę zasp... sypnie śniegiem, czy z pozoru wydeptana ścieżka zaskoczy nas jak ta na Babią? Jeden z niewielu razy w życiu wykazaliśmy się czymś na kształt zdrowego rozsądku i lekkim niedosytem spowodowanym brakiem skorzystania z prześwietnej atmosfery chatki AKT stoczyliśmy się w dół... a tam, z Głębców do Wisły i pociągiem do Pszczyny.

Wycieczkę tym niemniej wspominamy bardzo miło - szczególnie w kontraście dla ubiegłej zimy 2006/2007, która nie obdarzyła nas raczej śniegiem w nadmiarze. No i sam fakt, że udało się wejść był dość radosny. Równie radosne były dla mnie zakwasy dzień później - po torowaniu drogi nie bolały mnie chyba tylko mięśnie uszu. Barania Góra pokazała, że na spółkę z zimą potrafi okazać się szczytem co najmniej niełatwym, ale jakże przyjemnym, bo kto nie lubi się porządnie zmęczyć, czy nabawić solidnych zakwasów?

Jarosław Kożdoń

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.