Błatnia – Klimczok końcem października, czyli u podnóża wciąż jesień a na szczycie zimowo
Zobacz też:
Kiedy we wrześniu tego roku wróciłam do szkoły miałam przeświadczenie, że uda mi się co drugi weekend wyskoczyć w góry z przyjaciółmi. Niestety, jak się szybko okazało, moje założenia i nadzieje nie pokrywały się za bardzo z rzeczywistością. Ogrom nauki i brak jakiegoś odpowiadającego większości terminu wciąż i wciąż przekładał naszą pierwszą po wakacjach wycieczkę w czasie. Minął wrzesień, zaczął upływać również październik, a ja jak nie byłam w górach, tak nie byłam. W końcu wraz z Anią zdecydowałyśmy to zmienić. Podczas jednej z lekcji wychowania fizycznego po krótkiej rozmowie postanowiłyśmy: pogoda zapowiada się znośna, więc bez względu na inne okoliczności, my ruszamy w góry.
Jak postanowiłyśmy, tak zrobiłyśmy. Umówiłyśmy się 21 października przed godziną siódmą na dworcu kolejowym w Katowicach. Muszę powiedzieć, że przez chwilę tego poranka miałam wrażenie, że wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. A przynajmniej mój budzik... Ten okrutny przedmiot, który bezlitośnie dzwoni i budzi mnie każdego ranka mówiąc, że już czas do szkoły, nie zadzwonił! Na szczęście przekonałam się wtedy o istnieniu czegoś takiego jak zegar biologiczny (czy jakkolwiek inaczej to nazwać). Owy wewnętrzny zbawienny czynnik wyrwał mnie ze snu o godzinie 6.40, o 40 minut później niż planowałam. Łatwym obliczeniem miałam pół godziny do pociągu, a ostatni autobus właśnie odjeżdżał. Właściwie powinnam schować to straszne wydarzenie za cichą zasłoną milczenia, ale jak już piszę relację, to w całości. Nie poddałam się. W ciągu 10 minut zdążyłam wybrać się i postawić na nogi mojego brata, który miał w tej wyjątkowej sytuacji podrzucić mnie na dworzec (tutaj szczególne podziękowanie dla Michała, który nie poskarżył się ani razu i dla Ani, która zakupiła mi bilet na pociąg). I w ten oto sposób udało się. Mniej więcej o 7.15 wraz z Anią siedziałyśmy już wygonie w pustym przedziale pociągu osobowego, który miał zawieźć nas do Bielska-Białej.
Podróż upłynęła nam całkiem spokojnie. Miałam w końcu okazję poukładać sobie rzeczy w plecaku, zawiązać sznurówki i umyć zęby w toalecie cokolwiek wątpliwego standardu (cóż, ważne że z kranu leciała woda). Gdy dotarłyśmy do Bielska Głównego, udałyśmy się na dworzec autobusowy. Tam kupiłyśmy bilety na PKS do Jaworza Górnego i pozostało nam spokojnie poczekać na autobus. Przyjechał punktualnie, choć zaparkował na innym stanowisku niż powinien, no ale to już znikoma niedogodność. Najważniejsze było, że zawiózł nas do samego końca trasy. Nareszcie mogłyśmy zacząć naszą pieszą wędrówkę.
Znany mi już żółty szlak poprowadził nas w stronę szczytu Błotnego, czy jak kto woli – Błatniej (917 m n.p.m.). Od samego początku napotkałyśmy na swojej drodze bardzo błotniste podłoże, a więc stuptuty okazały się przydatne jak zwykle o tej porze roku. Wszystko wyglądało bardzo jesiennie. Równym tempem podchodziłyśmy w górę, a im wyżej byłyśmy, tym wygodniej i raźniej się szło. Czas przewidziany na tę trasę według mojej mapy to 2h 20min od samego początku szlaku (mogę tu tylko powiedzieć, że my wyruszyłyśmy z ostatniego przystanku PKSu, czyli skróciłyśmy ją już na wstępie o jakieś 15 minut dreptania po chodniku wzdłuż ulicy, no bo co to za przyjemność...). Stopniowo w czasie wędrówki na naszej drodze pojawiały się coraz większe płaty śniegu, a w miarę zbliżania się do szczytu otaczał nas on już z każdej strony. Tak oto odkryłyśmy tą piękną zimową krainę w samym środku jesieni. Na gołych gałęziach drzew szron i śnieg układał się w tysiące maleńkich sopelków sterczących zgodnie z kierunkiem wiejącego wcześniej wiatru. Poczułyśmy się jak w bajce. Wszędzie leżał biały puch, którego nie sposób było jeszcze spotkać w mieście. Oczarowane roztaczającym się wokół widokiem dotarłyśmy do schroniska by wypić ciepłą herbatę. No, w zasadzie to nie tylko to nas tam czekało. Wspomniałam na początku, że postanowiłyśmy pojechać bez względu na inne okoliczności. Inną okolicznością był czekający nas dnia następnego sprawdzian z matematyki. Brzmi śmiesznie? Być może, ale nauczyć się trzeba było. Tak więc spędziłyśmy godzinę w schronisku na Błatniej rozwiązując stertę zadań. Co zabawne, muszę nadmienić, że w tym miejscu nauka przestała być straszna.
W końcu przeliczyłyśmy pozostały nam czas i zgodnie z planem ruszyłyśmy dalej. W dalszym ciągu podążałyśmy żółtym szlakiem. Jeszcze fotka na szczycie kawałek ponad schroniskiem i znów równo maszerowałyśmy w stronę Klimczoka (1117 m n.p.m.). Cóż, będąc już na pewnej wysokości wędrówka staje się czystą przyjemnością. Na szlaku nie spotyka się o tej porze roku za dużo ludzi, no a tak bliżej prawdy będzie jeśli powiem, że spotyka się ich zaledwie kilku. Doszłyśmy na szczyt, skąd pięknie widać schronisko. Krótkim stokiem, na którym zimą otwierany jest wyciąg narciarski dotarłyśmy pod dach. Kilka minut na postój i spowrotem byłyśmy na trasie. W dół poprowadził nas szlak niebieski. Przewodnikowo to jakieś dwie godziny marszu, ale moim skromnym zdaniem, jest to cokolwiek przesadzone. Przekonałam się nawet na własnej skórze. Jako porządnie przygotowana turystka, miałam zapisane możliwe pociągi powrotne. Wychodząc ze schroniska pozostało nam jakieś 2h 10min do naszego.
Oczywiste dla mnie było, że pomimo błota, które pojawiło się niżej będziemy na dole dużo szybciej, ale nasza prędkość nawet mnie zaskoczyła. W połowie trasy zorientowałam się, że takim tempem mogłybyśmy zdążyć nawet na poprzedni pociąg, który jechał około godzinę wcześniej. Przyspieszyłyśmy jeszcze maszerując po ulicach Wilkowic Bystrej. Od kiedy wkracza się na pierwsze oznaki cywilizacji, czyli asfaltowe drogi, trzeba jeszcze iść równo z pół godziny do 40 minut. No i szłyśmy z nadzieją na to częste zjawisko, które zwykle tak denerwuje podróżnych – spóźniony pociąg. No niestety, tym razem jak na złość przyjechał punktualnie. Byłyśmy o 15 minut za późno. No ale nic straconego. Wprawdzie było trochę chłodno, a w niedzielę ciężko spotkać w tej mieścinie żywego ducha, ale i tak dobrze się bawiłyśmy. W ruch poszedł aparat. I tak, ciesząc się po prostu wspólnie spędzanym czasem, doczekałyśmy się naszego pociągu.
Wszystkie wagony wypełnione były po brzegi, ale udało nam się znaleźć dwa miejsca. Ciepłym pociągiem dojechałyśmy do celu. Rozstałyśmy się w dobrych humorach na katowickim dworcu. A to dobrze, w końcu czekał nas sprawdzian.
Ania Pawełczyk
All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.



