Czy one są naprawdę czerwone ?
Dnia 28 lipca 2002 wyruszyliśmy dwuosobową ekipą (ja i mój szwagier) na podbój najłagodniejszych 2-tysiączników w Polsce. Czerwone Wierchy, bo o nich mowa nie są bynajmniej czerwone, jednak nie mogliśmy się o tym przekonać gdyż ,,zatonęliśmy'' we mgle. Natomiast jedno o czym się przekonaliśmy,to fakt że Giewont to miejsce oblegane przez turystów.
Wyruszyliśmy ok. godz. 10. Do Kuźnic dostaliśmy się tradycyjnie Busem (jest to chyba najefektywniejsze rozwiązanie). Na miejscu weszliśmy na niebieski szlak. Minęliśmy Hotel Górski na Kalatówkach i wkroczyliśmy na leśną ścieżkę. Pnie się ona stopniowo i systematycznie do góry, co jest charakterystyczne dla niższych partii górskich. Tak więc zostawialiśmy dolinkę w dolę i szliśmy dalej. Po ok. 1 godz. byliśmy w Schronisku na Hali Kondratowej. Tutaj chwilka przerwy na podbicie pieczątki i szybkie spojrzenie na mapę. Mieliśmy dwa warianty dostania się na Kopę Kondracką. Drogą przez Kondracką Przełęcz z możliwością wejścia na Giewont wydała nam się ciekawsza od drogi przez Przełęcz pod Kopą Kondracką. Ze względu na lekkie zachmurzenie ruszyliśmy szybko. Im wyżej wchodziliśmy tym pogoda była coraz lepsza. Stawialiśmy dzielnie kroki po kamiennych stopniach, a jest to bardziej męczone niż ścieżka po glince. Po naszej prawej stronie wyłonił się Giewont. Spokojnie wdrapaliśmy się na wysokość 1725m. - na Kondracką Przełęcz. Tutaj pierwszy widok to formująca się kolejka do wejścia na Giewont (1894m.). Wejście na ,,Śpiącego Rycerza'' zajęło nam z 30 min. Trzeba wchodzić pojedynczo i czekać na zwolnienie łańcucha. Dodatkowym utrudnieniem jest to, że skały są dosyć wyślizgane (trzeba uważać szczególnie przy schodzeniu). Na szczycie popodziwialiśmy panoramę Zakopanego i zeszliśmy na przełęcz, gdyż kolejni ludzie tłumie wchodzili na szczyt. Z przełęczy udaliśmy się żółtym szlakiem w kierunku Kopy Kondrackiej. Idzie się bardzo przyjemnie bo wchodzimy na 2000m. niemalże spacerkiem. Gdy wchodziliśmy na Kopę mogliśmy się nacieszyć jeszcze widokami, jednak jak znaleźliśmy się na szczycie (2005m.) niestety widoczność spadła do paru metrów. Z tego co wyczytałem w przewodniku jest to niestety dosyć częsta sprawa na Czerwonych Wierchach. Odczekaliśmy jakiś czas, jednak chmura była bardzo gęsta więc musieliśmy dalej przedzierać się we mgle. Początkowo ciężko było docierać do kolejnych czerwonych pasków (bo od tej pory wkroczyliśmy na czerw. szlak.), ale później już jakoś szło. Doszliśmy w tej mgle na Małołączniaka (2096m.). Tutaj bardzo dobry punkt żeby usiąść i odpocząć. Zjedliśmy pół czekolady i w drogę ;). Pogoda się na moment poprawiła lecz nie na długo. Tak więc do trzeciego najwyższego Wierchu - Krzesanicy (2122m.) doszliśmy znowu we mgle. Stąd jakieś 15 min i byliśmy na Ciemniaku (2096m.). Nie doczekaliśmy się niestety na diametralną zmianę pogody. Przy schodzeniu z Ciemniaka jednak musze przyznać, że zauważyłem również urok mgły. Bardzo charakterystyczna w tym miejscu polana we mgle miała bardzo interesujący i tajemniczy wygląd. Teraz pozostało nam już tylko zejść do dolinki. Schodząc dochodziły nas kolejne promienie słońca i zostawialiśmy pogrążone we mgle Czerwone Wierchy. Faktem jest że zejście zajmuje trochę czasu. Nam zeszło na to ok. 2 godz. Znaleźliśmy się w Dolinie Kościeliskiej, chociaż zaraz na początku poszliśmy w złą stronę i musieliśmy się kawałek wrócić. W Kirach moment wytchnienia i busem do Zakopanego.
Eskapada zajęła nam ok. 8 godz. ale tylko dlatego, że naprawdę długo czekaliśmy na poszczególnych szczytach na zmianę pogody. No cóż pogoda nie była łaskawa dla nas i nie mamy z tej wyprawy zbyt wielu zdjęć. Tyle że myślę, że jest to przynajmniej bodziec żeby tu jeszcze wrócić i to nadrobić.
Michał Walusza
All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.



