Nurkowanie w Dahab (Egipt) i zwiedzanie w Petrze(Jordania)
(14.10.2008 - 28.10.2008)

Marzec 2008

Rezerwujemy samolot, hotel, szkolenia na wyjazd październikowy. Szok cenowy, ale damy radę.

Czerwiec 2008

Sesja, wakacje, żyć nie umierać. Powoli zaczynamy się cieszyć z wyjazdu

Sierpień 2008

Wakacje się kończą. W Polsce coraz zimniej. Fajnie że w październiku lecimy do ciepłego Egiptu.

Wrzesień 2008

Stres związany z pracą magisterska. W Polsce koło 20 stopni.

Październik 2008

Właściwie to trzeba by zaopatrzyć się w deklarację lekarza iż mogę nurkować. W Polsce kolo 15 stopni, sprawdzam na stronie.. w Dahab 29 ;)

14 Październik (wtorek)

Wylot z Pyrzowic o 21:45. Na bezcłowym zaopatrzyliśmy się w parę litrów Absoluta do „odkażania” od egipskiej flory i fauny ;]. Wylecieliśmy. Za oknami ciemno, ale Kair poznaliśmy. Pełno świateł, wielkie miasto!! Ale my nie do przytułku turystów, ale na półwysep Synaj do Sharm El Sheikh. W Egipcie ten sam czas co u nas więc nie trzeba przestawiać zegarków. Lot trwał koło 4 i pół godziny, na lotnisku w Sharm byliśmy koło 2 nad ranem. Tam tłum zdezorientowanych turystów z innych biur podróży. Spokojnie wypełniliśmy dokumenty wizowe, kupiliśmy wizę (15 $), znaleźliśmy bez problemów nasz bagaż i wyszliśmy z lotniska. Lotnisko duże, piękne, widać że nowe. Inni turyści zostali powychwytywani przez biura podróży, zostaliśmy tylko my i jakiś facet na lotnisku. Spokojnie czekałyśmy przed budynkiem z mamą, a tata poszedł się rozejrzeć. Temperatura pewnie koło 25 stopni. Po chwili podchodzi do nas facet z pytaniem „Planet divers” my na to „yes ;)”. Wołamy tatę i idziemy za gościem do wana. Razem z nami przyleciała jeszcze czeska instruktorka, ale wcześniejszym samolotem z warszawy. Jak na razie nieźle, przylecieliśmy bez szwanku, są bagaże, jest transport – jest o.k. Zapakowani wyjeżdżamy z lotniska, przejeżdżamy przez bramkę, a tu... pierwsza niespodzianka. Bramki pilnują uzbrojeni żołnierze, sobie pomyśleliśmy „no nieźle”. Wyjeżdżamy z Sharm, mijamy kolejną uzbrojoną bramkę. Takie bramki są na każdym wjeździe i wyjeździe z miast, tak zwane „check point”, oczywiście dla ochrony turystów. Przyjeżdżamy do Dahab o 4 w nocy, kierowca nas odstawia pod szkołą nurkową. Rozglądamy się... wszędzie brud, śmieci, o kurde..... niezłe wakacje. Pukamy w bramę, bramka się otwiera. Gość w bramce mówi, że owszem do naszego hotelu możemy tędy iść. Idziemy za nim i.... niczym fatamorgana wyłania się czysty hotel z pięknie oświetlonym basenem, no i morze!!. Cóż za ulga. Idziemy na recepcję, dostajemy kluczyk do pokoju. W myślach tylko jedno „spać!!”. Szybko oglądamy pokój: tv jest, klima jest, ręczniki są, lodówka działa. Pierwszy nocleg w Dahab udany ;]

15 Październik (środa)

Leniuchowaliśmy do 8 rano ;) Rodzice od razu sprawdzili basen. Ja niestety zmarzłam od klimy w nocy więc się nie zdecydowałam na taki krok. Po baseniku posiedzieliśmy na werandzie i rozkoszowaliśmy się zupełnie innym widokiem niż ten w nocy. Później na śniadanko i ruszyliśmy na „miasto” głodni wspaniałych, egzotycznych widoków. Poszliśmy deptakiem w lewo, co się później okazało błędem, gdyż całe miasteczko turystyczne było po prawej ;) Trochę się dziwiliśmy, iż jest tak mało ludzi, no ale nie znaliśmy Dahab... może tak jest... Zeszliśmy z deptaka na „miasto” z lekka obawą o nasz strój. W końcu kraj muzułmański, a my z krótkimi spodenkami i koszulkami na ramiączkach. Zobaczyliśmy podobne widoki jak w nocy: pełno śmieci, pełno bezpańskich (a może pańskich) kóz, które żywiły się śmieciami i wywalały kosze i kontenery. Żadnych turystów, sami „tubylcy”. Szybkim krokiem szliśmy w kierunku naszej bazy nurkowej. Trzeba stwierdzić, iż trochę strachu się najedliśmy, ale całkowicie niepotrzebnie. Doszliśmy do bazy z tej samej strony co w nocy, czyli od strony miasta. Może wyglądało to lepiej, może nie. Ale w bazie było spoko, czysto i mówili po polsku ;] Chcieliśmy się zapytać o kurs, ale zaatakowała nas nasza instruktora i tak jak staliśmy zaczęliśmy kurs OWD, czyli Open Water Diver ;D. Wybraliśmy sprzęt, obejrzeliśmy filmik, wypełniliśmy jakieś papierki i kolo 13 poszliśmy na plażę z całym ekwipunkiem. Nurkowaliśmy do 16. Wykończeni wróciliśmy do pokoju, prysznic i poszliśmy na obiadek. W ten sposób miały wyglądać następne 3 dni kursu... a przecież przyjechaliśmy odpocząć!!!! W pierwszym tygodniu mieliśmy wyżywienie w hotelu. W menu hotelowym stety i niestety samo europejskie żarcie. Stety bo żarcie znane i bezpieczne, niestety bo przyjechaliśmy odkrywać ;) Pierwszy styk z egipskim luzem: rodzice zamówili rosół, dostali zupkę pomidorową. Tata zamówił stek, był beznadziejny. Mama też coś mało zjadliwego. Natomiast mój kurczak taki sobie. Oj oj ciężkie będzie stołowanie przez kolejne 6 dni, ale damy radę. Po obiadku „odkażanie” na werandzie ;) I na miasto!! Tym razem poszliśmy w prawo. Idąc ulica „kramową” byliśmy ciągani i nagabywani, za dużo dla nas na pierwszy raz. Przeczytaliśmy na necie, iż nie powinno się kupować/targować pierwszego dnia kiedy człowiek nie wie czego chce i (najważniejsze) jest nieopalony. Poszliśmy daleko, daleko i daliśmy się namówić gdzieś pod koniec ulicy na deser i szisze. Jak się później okazało był to najlepszy deser i najlepsza szisza w ciągu całego naszego pobytu. No nic, koło 21 zaczęliśmy przysypiać na poduszkach więc zaczęliśmy wracać. Oczywiście znowu byliśmy nagabywani, ale... tym razem mówili do nas po polsku ;)

shisha

16 Październik (czwartek)

Poranna rutyna: tata wstaje koło 7 rano, toaleta i basen; mama wstaje koło 8, toaleta i próbuje mnie dobudzić ;) Śniadanko o 9. A właśnie, co dają na śniadanie? Chleb to jest i owszem, ale tostowy i widać ze z zamrażalnika bo chłodny i wilgotny trochę. Na szczęście są dość świeże słodkie bułeczki. Owoce, dżemiki, masełko, niedobra wędlinka. Na ciepło: jajka, jajecznica z papryką i cebulą, omlety, naleśniki, fasolka. I najważniejsze: w hotelu jest darmowa herbatka dla rezydentów o każdej porze dnia i nocy. Ach i jeszcze o czymś zapomniałam napisać: wszędzie jest wireless ;]. W naszym hoteliku można było korzystać z ichniejszego laptopa jeśli ktoś nie miał. Ale mieliśmy tyle atrakcji że skorzystaliśmy tylko raz, w ostatnim dniu. O 9 zbiórka pod bazą, pakujemy sprzęt i jedziemy z wózkiem na plażę. Dziś 3 nurkowania. Jeszcze bardziej wypruci niż wczoraj wracamy do hotelu. W pokoju tata zostawił bakszysz, czyli łapówkę i zastaliśmy ręcznikowe łabędzie na łóżeczkach;) Poszliśmy na obiadek do hotelu i tu zdziwko: tym razem kelner dał taką zupkę jaką chcieliśmy i jedzenie było ekstra! Po „odkażaniu” poszliśmy jak zwykle na miasto. Tym razem, jakoś słabiej nas nagabywali, albo byliśmy zbyt zmęczeni żeby to zauważyć. Tego dnia przeżyliśmy pierwsze targowanie. Spodobała mi się pewna apaszka. Z 40 funtów (jak mi się wydawało egipskich) utargowaliśmy 20, jak już przyszło do płacenia gość się wielce obruszył że funty i owszem ale angielskie. Masakra, apaszka za 20 funtów brytyjskich, jasne! Już do końca naszego pobytu go sklepu gościa nie zaglądnęliśmy, za cwany był.

17 Październik (piątek)

Już trzeci dzień nurkowania. Ale ten czas leci. Coraz bardziej nam się podoba. Tym bardziej, iż wczoraj było pierwsze nurkowanie na wodach otwartych. Widzieliśmy rafki, rybki. Ślicznie było. Niesamowite uczycie. Pływać na 18 metrach, cisza wokoło, tylko bąbelki, czysty relaxxxX. Na reszcie zaczęliśmy mieć frajdę z nurkowań. Razem z tatą przeczytaliśmy podręcznik nurkowy przed przylotem więc wiedzieliśmy co się święci, ale mama. No mama... mama to się troszku zaskoczyła. A ćwiczeń było duużo. Zalewanie maski, wydmuchiwanie wody z maski, wyrzucanie węża z powietrzem, znajdywanie węża, ściąganie maski pod wodą, płynięcie bez maski pod wodą, oddychanie z octopusa (drugie źródło powietrza) partnera, poprawne pięciopunktowe zanurzanie, piwot, hover, ceza. Oczywiście poza ćwiczeniami praktycznymi robiliśmy testy w książce. Oj wymęczyła nas nasza pani instruktor. Tego dnia tez były 3 nurkowania. Po obiadku umówiliśmy się z instruktorką w knajpce na wypisywanie naszych logbooków i sziszę. Było baaardzo przyjemnie. Loża beduińska nad morzem, klimatyczny szum fal, szisza jabłkowa, piwo egipskie Stella (swoją drogą całkiem niezłe, pod licencja Heinekena), świeże soki owocowe. A właśnie soki, soki!! Soki mają niesamowite. Soki podają świeże, świeżo zmielone z świeżym miąższem z świeżych owoców, po prostu niesamowicie smaczne. Mama i tata zasmakowali się w mango, ja natomiast w mieszance banan gujawa.

18 Październik (sobota)

przed nurkowaniem

Dziś mieliśmy dwa nurkowania w wodach otwartych. Było cudownie. Basia (instruktorka) wzięła nas do miejsca o nazwie Lighthouse. Pierwsze nasze nurkowanie w rafie. Byliśmy wniebowzięci! Widzieliśmy skrzydlicę, napoleona, rybki motylowe, rozdymki, papugoryby, błazenki (nemo), rybki jednorożce i pełno sułtanek czerwonomorskich. A te piękne koralowce: sałatowe, ogniste, mózgowe te i kolory!! Oczywiście poza wycieczką zrobiliśmy jeszcze parę ćwiczeń. Po nurkowaniu i obiadku musieliśmy napisać egzamin. Tak, tak.. był egzamin ;] 54 pytania, w tym obliczenia. Oczywiście zdali wszyscy. Średnio mieliśmy 3-5 odpowiedzi źle, a do zdania można było na 16 pytań źle odpowiedzieć, więc śmiem twierdzić, iż poszło nam znakomicie. Zdecydowaliśmy się jeszcze dalej nurkować bez żadnych dni przerwy więc umówiliśmy się na następne dni na safari nurkowe.

19 Październik (niedziela)

Wstaliśmy z świadomością, iż dziś jest pierwszy dzień kiedy będziemy po prostu nurkować. Bez żądnych ćwiczeń, tylko patrzeć na rybki i rafki. Nurkowaliśmy dwa razy w miejscu nurkowym o nazwie „Moray garden” czyli ogródku moren. Niestety żadnej nie spotkaliśmy. Dojazd do tego miejsca był ciekawy. Nasz sprzęt pojechał pierwszy. My jechaliśmy innym samochodem, ale ciężko to coś nazwać samochód. W miejscu okna nic nie było, wskaźniki nie działały, pasy bezpieczeństwa, chwila... jakie pasy bezpieczeństwa. Żeby zapalić silnik kierowca musiał otworzyć maskę i napompować paliwo ręcznie. Nie mam pojęcia z jaką prędkością jechaliśmy (bo prędkościomierz był tam tylko dla picu), ale hałas w środku był nieziemski (pisałam już, że nie było szyb??). Oczywiście po drodze minęliśmy parę "check pointów" z uzbrojonymi żołnierzami. Od 0 do 10 daje temu miejscu 6. Rafa może być, ale najwięcej punktów nabija miejsce odpoczynku. Podają tam świetne sandwicze egipskie. To ichniejszy chleb (czyli niby naleśnik) zwinięty w rulonik, a w nim co tam się chce. Mi posmakował z kurczakiem. W przerwie między nurkowaniami nie było robienia testów (jak zazwyczaj), nie było omawiania ćwiczeń, tylko byczenie się i czekanie na jedzonko ;]. Ponadto kibel był za darmo. Tego dnia po powrocie zamówiliśmy sobie pizze na obiad w naszym hoteliku. I o dziwo były rewelacyjne!! Podczas cowieczornego „odkażania” zagadał do nas holender, który mieszkał dwa pokoje obok. Oczywiści też nurkuje, ale trochę lepiej od nas. Pożyczył nam przewodnik nurkowy po półwyspie Synaj. Przejrzeliśmy go na wieczornej sziszy w jakieś knajpce. W nim właśnie pooglądaliśmy rybki i nauczyliśmy się paru ich nazw.

20 Październik (poniedziałek)

Dziś pierwsze nurkowanie mieliśmy w miejscu „um Sid” (czyli mama Sida). Nie zrobiło na mnie większego wrażenia niż wczorajsze. Natomiast drugie nurkowanie zrobiliśmy w „Islands” (czyli wyspy). Ta rafa była niesamowita!! To był piękny podwodny ogród koralowy. Nazwa pochodzi stąd, iż pod wodą uformowały się dwie wyspy koralowe oddzielone kanionem. Ogólnie to miejsce nurkowe było dosyć płytkie i wątpię czy zeszliśmy na większą głębokość niż 9 metrów. Spotkaliśmy tam szkółkę barakud pływającą blisko nas. W pewnym momencie usiedliśmy na dnie a barakudy pływały wokół nas, ale były tak blisko, że mogłabym je pochwycić ręką. Udało nam się też przyuważyć płaszczkę, ale szybko się ulotniła. Jeśli chodzi o wypoczywanie to w Islands nic za bardzo nie ma, ale ta rafa!!! Daję 8-kę.

21 Październik (wtorek)

adna kawiarenka

Trudno uwierzyć iż minął już tydzień. Sprzedawcy na ulicach już do nas po imieniu wołają. Nagabywacze w restauracjach witają się z tobą jak ze swoim przyjacielem. Opróżniliśmy już 3 0,7-ki wódki ;] Tu jest po prostu pięknie! Tego dnia wybraliśmy się do jednego z najciekawszego miejsca nurkowego na świecie: „Blue hole” (czyli niebieska dziura). Z Wikipedii: „Przepaść połączona z otwartym morzem olbrzymią bramą ze sklepieniem w kształcie łuku na głębokości 5 m. Dno stopniowo zwężającej się dziury opada z 60 m do ok. 100 metrów pod bramą, następnie ten skalny próg obniża się jeszcze do 120 m. Potem zaczyna się strome zbocze, na którym można dostrzec resztki sprzętu nurkowego.” Robi wrażenie?? Oczywiście nie nurkowaliśmy w samym Blue hole, tylko na obrzeżach. Niesamowite natomiast robiło wrażenie jak z tej olbrzymiej czarnej dziury wylatywały bąbelki śmiałków którzy właśnie tam nurkowali. A jeszcze większe jak widać było światło latareczek nurkowych wydobywające się z głębin, a zaraz potem samych nurków. Rafy te były inne od dotychczas widzianych. Te które widzieliśmy do tej pory były położone raczej na dnie więc przepływaliśmy nad nimi. Rafy na Blue hole były na obrębie dziury więc położone na ścianie wzdłuż której przepływaliśmy. Tu było trochę trudniej utrzymać stałą głębokość. Bardzo interesujące miejsce.

22 Październik (środa)

Dziś mieliśmy w planach safari nurkowe z wielbłądami. Wstaliśmy o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie (5 am), wzięliśmy z recepcji pakiety śniadaniowe i przed 6 wyjechaliśmy z naszej bazy. Dojechaliśmy do blue hole i tam przeładowaliśmy cały nasz sprzęt i bagaż na wielbłądy. Wsiedliśmy na obładowane wielbłądziki i ruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy wzdłuż brzegu do osady beduinów o nazwie Ras Abu Galum. Droga była niesamowita, miejscami wielbłąd robił skręty o 90 stopni na wąskiej dróżce, gdzie po jednej stronie ściana, a drugiej ostry spad na kamienie. Podróż trwała trochę więcej niż godzinę. Z obolałymi tyłkami zsiedliśmy i odciążyliśmy nasze dzielne wielbłądziki. Na miejscu dostaliśmy beduińską loże i zaczęliśmy brifing. Po brifingu zostaliśmy zaatakowani przez miejscowe kobiety i dzieci sprzedające koraliki, chusty i rzeźby z drewna. Nasza instruktorka je przegoniła mówiąc żeby przyszły po obiedzie. Poskutkowało. Na miejscu została gromadka dzieci przyglądająca się nam z ciekawością. Jako że nie jedliśmy śniadania postanowiliśmy wyciągnąć nasze pakiety śniadaniowe i wziąć coś na ruszt Jakież było nasze zdziwienie gdy dzieci dosłownie rzuciły się na nasze jedzenie wyrywając je. Z miejsca straciliśmy apetyt i zaczęliśmy patrzeć na tych ludzi trochę sceptycznie. No nic, głodni już nie byliśmy, czuliśmy nawet pewien niesmak, ale przyjechaliśmy w końcu nurkować. W trakcie sprawdzania zaczął syczeć mój wąż wysokiego ciśnienia (z manometru). Trzeźwo myśląca instruktorka od razu zakręciła dopływ powietrza z butli i kazała mi zdjąć sprzęt. Okazało się, iż pękła uszczelka. Na szczęście obok przyjechała kolejna grupka nurków i ich instruktor zaproponował mi pożyczenie swojego zapasowego sprzętu. Oczywiście propozycję przyjęliśmy. Ubrałam się szybko i weszliśmy do wody. Jakie tam były cudowne rafy!!!!!! Wspaniałe, różne kolory, pełno ryb. Ta rafa była najpiękniejsza z wszystkich jakie do tej pory widzieliśmy. Udało nam się nawet zobaczyć ośmiornice!! Widzieliśmy ponadto kolejna płaszczkę z pięknymi niebieskimi plamkami na grzbiecie. Po wyjściu z wody byliśmy ciekawi co nas czeka na brzegu. Jakże mile się zaskoczyliśmy. Podano nam obiadek beduiński: przepyszny ryż z brązowym makaronem, kurczaka, ziemniaczki z jakimś sosem i placki chlebowe, a do tego oczywiście przeraźliwie słodką herbatkę beduińską. Później doczytałam się, iż posłodzona herbatka oznacza akceptację w rodzinie. Obiadek był pyszny i o dziwo nikt nam go nie wyrywał. Po obiedzie, jak obiecano, przyszły do nas kramy. Ale jakoś po wcześniejszej akcji ze śniadaniem nie byliśmy w nastroju żeby cokolwiek kupować. Bardzo niezadowolone sprzedawczynie po kilkunastu minutach namawiania poszły próbować swoich sił z sąsiednią grupka. My w tym czasie, pozbywając się resztek azotu z organizmu, pobyczyliśmy się chwilkę na plaży. Na drugim nurkowaniu krajobraz był tak samo piękny jak wcześniej. Później z lekkim niedosytem rafy spakowaliśmy wielbłądy i pojechaliśmy z powrotem. Wieczorkiem w bazie wypełniliśmy jeszcze jakieś papierki do certyfikatów i... zostaliśmy ochrzczeni ;] przy pomocy płetwy. Łatwo się domyśleć gdzie miała uderzyć owa płetwa. Niestety był to nasz ostatni dzień nurkowania w Egipcie, chyba nawet w tym roku.

23 Październik (czwartek)

przepiękna budowla

Dziś wycieczka w kaniony. Do zwiedzenia: kanion kolorowy, kanion biały. Ruszyliśmy jak zwykle spod bazy koło 8 rano. Po drodze braliśmy innych uczestników wycieczki z różnych hoteli. Dojazd do kanionów nie był łatwy, w szczególności od momentu zjechania z drogi asfaltowej i wjechaniu na pustynię. Rzucało nami we wszystkie strony. Nas od wczoraj troszeczkę bolała pupcia od wielbłądzików, więc było ciekawie. Koło 11 przyjechaliśmy do pierwszego kanionu: kolorowego. W miarę wchodzenia w kanion ukazywały nam się coraz piękniejsze barwy i formacje skalne. Kanion był śliczny. Były tam miejsca gdzie trzeba było przeczołgać się pod kamieniem bądź skakać w dół z kamieni itp. Po godzinie byliśmy z powrotem koło auta. Krótki odpoczynek i pojechaliśmy do drugiego: białego kanionu. Ta droga była niezapomniana!!!! Jechaliśmy z 50 minut po czczej pustyni. Jak wcześniej myśleliśmy że trochę trzęsło to teraz to chyba było trzęsienie ziemi. Lataliśmy po całym samochodzie, walaliśmy się i upadaliśmy. Około 14 dojechaliśmy do oazy beduinów gdzie zjedliśmy obiadek. Na obiad ryż z makaronem, ziemniaczki, jakaś sałatka, placki chlebowe, jakiś owoc (przypominający pomarańczę) i oczywiście do tego słodka herbata beduińska. Odpoczęliśmy i po godzince zaczęliśmy się zbierać na kolejne zwiedzanie. Kanion od samego wejścia zapowiadał się ślicznie. Od nazwy -biały kanion, kanion był po prostu biały. Gdy z niego wyszliśmy trafiliśmy na zachodzące słońce. Krajobraz był przepiękny. Porobiliśmy zdjęcia i koło 17 pojechaliśmy z powrotem. Na następny dzień mieliśmy zaplanowaną trzydniową wycieczkę do Petry w Jordanii, więc znowu wczesne wstawanie.

24 Październik (piątek)

Wstaliśmy koło 5 rano. Z bazy zabrała nas taksówka do miejscowości Teba. W Tebie czekaliśmy około godziny na prom. W końcu weszliśmy na prom koło 8, przed wejściem musieliśmy okazać paszporty gdyż płynęliśmy do Akaby, która jest już miastem w Jordanii. Prom był wygodny. Na pokładzie dolnym był telewizor, ale woleliśmy wyjść na świeże powietrze. Koło 9 wpłynęliśmy do Akaby. Potem kontrola paszportowa i byliśmy w Jordanii;] Ale teraz kłopot, gdzie mamy iść. Miał na nas czekać przewodnik, ale gdzież on jest. Na miejscu była jakaś większa grupa polaków i grupa międzynarodowa. Ktoś się nami zainteresował i okazało się te mamy iść z grupą międzynarodową. Musieliśmy do nich podbiec gdyż zdołali już nam uciec. Przy autobusie zapytaliśmy się przewodniczki czy dobrze trafiliśmy. Okazało się, że jest okej, więc rozsiedliśmy się w autobusie. Jechaliśmy do Petry. Po drodze przewodniczka mówiła po francusku i angielsku. Ale strasznie sepleniła po angielsku i ciężko było cokolwiek zrozumieć. W każdym razie opowiadała o mieście Akaba, o górach wokół miasta, o pustyni wadi rum, o mieście Petra, i wielu innych ciekawostkach, których oczywiście już nie pamiętam ;). Dojechaliśmy do miasta Petra koło południa. Okazało się, że jest zimno!! W Egipcie 30 stopni, a w Petrze 20, brrrrr. Było to dla nas duże zaskoczenie, szczególnie dla taty, który nie miał nic ciepłego z sobą. Cóż, Petra jest po prostu na sporej wysokości, stąd ta niska temperatura. W mieście było dużo plakatów starego i nowego króla Jordanii. Pamiętna chwila, o 12:30 wchodzimy na teren skalnego miasta Petry. Na razie jest ślicznie. Przewodniczka tłumaczy nam jakie były zwyczaje ludzi i czemu budowali takie budowle. Miasto Petra zbudowali Nabatejczycy, te wszystkie pięknie wyrzeźbione budowle w skale to po prostu ich grobowce. Wchodzimy pięknym kanionem do miasta. Po drodze przewodniczka pokazuje nam akwedukty i przepiękne przebarwienia na skałach. Przed końcem kanionu mówi, żeby zamknąć oczy, wziąć się za ręce i gęsiego iść na przód. W odpowiednim momencie otwieramy oczy i voila... Widok po prostu zapiera dech w piersiach!!! Na końcu kanionu wyłania się "The treasury" (skarbiec). Jeśli ktoś z was pamięta "Indiana Jones: Ostatnia krucjata", to jest to ten wykuty w skale niby kościół. Widok robi na nas ogromne wrażenie. Jest przepięknie, łezka w oczach się kręci. No ale nic, po 10 minutkach musimy iść dalej. Widoki też przepiękne, ale nie robią już takiego wrażenia jak skarbiec. Naszym oczom ukazuje się kamienne miasto. Pełno grobowców, nawet amfiteatr. Niestety w tym miejscu wycieczka z przewodnikiem się kończy. Ale nie smucimy się, mamy jeszcze następny dzień, cały dla nas. Wychodzimy z kamiennego miasta i jedziemy na obiad do hotelu Marriott (wszystko w cenie wycieczki). Szwecki stół, tylko napoje płatne. Jedzenie nie za dobre, ale jesteśmy bardzo głodni. Ktoś z wycieczki zamówił piwo, przyszedł rachunek na 9 dolarów -> masakra. Po obiedzie wycieczka zawozi nas do holetu i odjeżdża. Wiemy tylko tyle że to jest nasz hotel i maja nas zameldować, nie mamy żadnych gwarancji i wiemy ze ktoś nas odbierze za 2 dni koło godziny 12. Na razie jest dobrze, w hotelu wszystko zapłacone, dostajemy klucz do pokoju. Pokój znajduje się na szóstym piętrze, więc jedziemy windą. Pokój przyzwoity, jesteśmy zadowoleni. Za oknami rzecz niesamowita, z jednej strony z okno jest położone na pierwszym piętrze z drugiej strony co najmniej na piątym. Cóż, hotel na wzgórzu ;) Jesteśmy bardzo zmęczeni, ale schodzimy do restauracji na kolację. Jedzenie też nie za dobre, jak zwykle napoje płatne osobno. Za piwko 5 dolarów, a za 50 ml herbaty beduińskiej 3 dolary. Piwo niedobre a herbata przesłodzona, ogólnie nie byliśmy zadowoleni. Do tego obsługa była tam wszechobecna, ale niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu. Cały czas odczuwało się ich spojrzenie. Jak tylko skończyliśmy jeść od razu ktoś podchodził i brał nasz talerz. Poszliśmy szybko spać, nawet nie oglądaliśmy telewizji.

25 Października (sobota)

Bardziej wypoczęci niż dnia poprzedniego wstaliśmy koło siódmej rano i zeszliśmy na śniadanie. Niestety śniadania też nie za dobre, ale tym razem była herbatka i soczek gratis, ufffff. Po śniadanku spakowaliśmy się i wyszliśmy na podbój Petry ;D. Dzień zapowiadał się zimny, a nawet burzowy. Na szczęście z czasem chmury przeszły i było cieplutko. Ale od początku... W mieście z rana było zdecydowanie mniej ludzi i mogliśmy spokojnie bez pośpiechu robić zdjęcia i oglądać przepiękne widoki. Doszliśmy do miejsca gdzie dzień wcześniej zawróciliśmy ale nie poszliśmy dalej, tylko... do góry. Po około 1000 stopniach doszliśmy do ołtarza poświęceń. Roztaczał się stamtąd niesamowity widok na całe kamienne miasto. Człowiek po porostu czuł się mały. Mogliśmy wpatrywać się w ten widok całymi godzinami, ludzie na dole jak mrówki. Było przepięknie. Niestety mieliśmy więcej miejsc do zwiedzenia i zobaczenia więc ruszyliśmy na dół. Następny w planie był drugi najpiękniejszy budynek w mieście zwany świątynią. Znajdował się on na samym końcu miasta, ale warto było. Pod koniec kazałam rodzicom zamknąć oczy i poprowadziłam ich pod budowlę. Trik zadziałał, byli zachwyceni. Aczkolwiek budowla nie robiła tak wielkiego wrażenia jak skarbiec, gdyż nie była wykuta w blokach między skałami tylko na dużym otwartym terenie. Trochę dalej nad świątynią było pełno drogowskazów na widoki. Jak się później okazało, widoki to owszem i były ale raczej chodziło o to żeby dojść do kramów ;) W drodze powrotnej zbaczaliśmy jeszcze na boki aby obejrzeć z bliska grobowce, ale padaliśmy już z nóg. Poszliśmy do hoteliku. Tam kolacyjka, prysznic, tv i spaaaaaać.

26 Października (niedziela)

ladna pustynia

Tego dnia koło 12 ma po nas przyjechać przewodnik i zabrać nas na pustynię Wadi Rum. Więc spokojnie jemy śniadanko, pakujemy się, idziemy z plecakami do holu hotelu i czekamy. O 12 rzeczywiście ktoś po nas przyjeżdża i jedziemy ;]. Niesamowite, jesteśmy przekazywani od człowieka do człowieka i jakoś się wszystko układa. W samym Wadi Rum jesteśmy trochę niezadowoleni. Okazuje się, iż są do wyboru 2 wycieczki 2 i 3 godzinna, a nasz przewodnik nie dość, że wykupił nam dwugodzinną to jeszcze nie pojechał z nami. Cóż, tu sprawdza się spostrzeżenie, że im lepszy samochód tym większy kombinator. No ale nie narzekamy tylko zwiedzamy i robimy zdjęcia. Piasek na pustyni jest dosłownie czerwony. Ta ogromna przestrzeń robi duże wrażenie. Nawet nie wiemy jak szybko mijają te dwie godziny i musimy wracać. Po powrocie jemy obiad w barze i jedziemy na powrotny prom do Akaby. Po drodze okazuje się iż do promu mamy dwie godziny więc przewodnik proponuje nam abyśmy wysiedli i pozwiedzali Akabe. Nie jesteśmy tym faktem zachwyceni, ale wyjścia nie mieliśmy. W tym momencie mieliśmy większe wątpliwości co do tej dwugodzinnej wycieczki zamiast trzygodzinnej, ale było minęło. W Akabie poszliśmy nad port i oglądaliśmy zachód słońca. Później poszliśmy pod największą flagę na świecie i cyknęliśmy sobie pod nią fotki. Pochodziliśmy trochę po targu i sklepach. Okazuje się iż Jordania jest bardzo droga, o 2 czy 3 razy droższa od Polski. Z całego wypadu został nam jeden denar, którego wydaliśmy na.... lody w Mc Donaldzie. Dokładnie dwie godziny później przyjechał po nas nasz przewodnik i odstawił nas pod prom. Odprawa paszportowa była na promie. Wbili nam w paszporty znaczki wizowe za 5 denarów na wyjazd z Jordanii. Za znaczki nie zapłaciliśmy, nie wiem czemu nie chcieli od nas pieniędzy. Rejs promem zajął jakieś 45 minut. Potem odprawa egipska, na której nie musieliśmy kupować wiz i jesteśmy znowu w kochanym Egipcie!! ;] Na parkingu czekała na nas taksówka, więc wsiedliśmy i pojechaliśmy z powrotem do kochanego Dahab. Naprawdę czuło się tą atmosferę Egiptu, tutaj nawet niebo było piękniejsze, nagabywacze znani, hotelik wspaniały, stęskniliśmy się. W hotelu byliśmy po północy, wzięliśmy szybki prysznic i hop do łóżeczka.

27 Październik (poniedziałek)

Leniuchowaliśmy do ósmej ;] Taka szkoda że to nasz ostatni dzień w Egipcie. Po śniadaniu poszliśmy na plażę. Cóż trzeba się trochę opalić, ale nie wytrzymaliśmy długo na słońcu. Zamiast się wylegiwać poszliśmy posnurklować z tatą. Trzeba przyznać, iż pływanie bez pianki bardzo ochładza, więc nie pływaliśmy zbyt długo. W przerwie w pływaniu poszliśmy z mamą na miasto. W końcu trzeba kupić jakieś pamiątki z Egiptu, a jak na razie nic nie mamy. Poszliśmy dosyć daleko poniekąd targując się już z niektórymi sprzedawcami. Mama targowała chusty, a ja tytonie do fajki wodnej. Oczywiście nie mieliśmy pieniędzy z sobą i mówiliśmy otwarcie, że kupimy dopiero wieczorem. Mieliśmy już ułożony plan zakupów na wieczór. U naszego barmana zamówiliśmy herbatkę beduińską (marmareja), więc ją mieliśmy z głowy. Poszliśmy na miasto na zakupy. Najpierw kupiliśmy wytargowane chusty, potem poszliśmy do sklepu z fajkami kupić dla mnie tytonie. Jedna paczka tytoniu jest tam (dla turystów) po 1,5 funta egipskiego (koło 0,75 zł), natomiast w Polsce ta sama paczka kosztuje 9 zł. Duża przebitka. Podczas gdy ja wybierałam tytonie rodzice zainteresowali się fajką wodną.. i zdecydowali się ;] Wcześniej dla ciekawości sprawdzaliśmy ceny fajek w Polsce i za dużą fajkę płaci się u nas koło 200/300 zł, rodzice kupili faję za 180 funtów (koło 90 zł). Po zakupach zanieśliśmy zdobycze do pokoju. Mieliśmy ochotę na pizze, wcześniej koleżanka z kursu Ola polecała nam knajpkę gdzie pyyyszną pizze podają. Więc wstąpiliśmy do Al Capone na pizze i ostatnią sziszę. No niestety pizza była średnia, a nawet nie za dobra. Do tego knajpa nie miała koncesji na alkohol, więc obyło się bez piwa. A faja jak zwykle taka sobie. Do tego gdy byliśmy w pokoju zorientowałam się, iż nie mam komórki, szybko pobiegłam do restauracji i na szczęście znalazłam ją pod stołem. Ale co się strachu najadłam... No nic, czas się spakować. Tak bardzo nam się Egipt spodobał, że jak zazwyczaj mama się cieszy z powrotu do domu to teraz nie chciała wracać. Spakowani poszliśmy spać do łóżeczek.

28 Październik (wtorek)

Wstaliśmy o drugiej w nocy, spakowaliśmy resztę rzeczy, opuściliśmy pokój i udaliśmy się pod bazę. Tam wpakowaliśmy plecaki do samochodu i pojechaliśmy z jakąś większą grupą (jak się okazało Polaków) na lotnisko. Na lotnisku byliśmy koło czwartej, samolot był po szóstej wiec trochę czasu mieliśmy. Spokojnie przeszliśmy pierwszą bramkę na wejściu do lotniska, nadaliśmy bagaż i z sziszą jako bagaż podręczny udaliśmy się do drugich bramek. Przed nami byli Rosjanie również z sziszą i funkcjonariusze spokojnie ich przepuścili, ale nas... No więc nam.. nam kazali nadać szisze na bagaż. Myśleliśmy że żartuje, no przecież się stłucze, a z resztą ci przed nami normalnie szisze wnieśli. Ale nie, nadać szisze. Na pytania dlaczego, czy za duża, w ogóle gdzie jest napisane, że nie można słyszeliśmy tylko nadać i nadać. No cóż, siłą rzeczy nadaliśmy szisze, ale.. humorki nam trochę podupadły. No nic, weszliśmy na pokład samolotu, a tam koło nas gość daje szisze do bagażu nad głową. yhhhh. No to niezłe jaja sobie z nas zrobili, a może po prostu kasę chcieli. Trudno, może tak źle nie będzie. Mieliśmy międzylądowanie w Warszawie i siedząc przy oknie gdzie mieliśmy widok na taśmociąg trochę się zasmuciliśmy. Mianowicie, na pasie gdzie jechał bagaż widzieliśmy inne szisze (widocznie inni też nadali), pakerzy owszem może i ostrożniej je kładli na wagonik, ale inne bagaże lądowały dosłownie na szisze. Łup... bagaż na sziszy, łup... kolejny bagaż. Sobie pomyśleliśmy: "no to mamy po sziszy". Po zatankowaniu polecieliśmy do Pyrzowic. Odprawa bez problemu. Witamy w zimnym kraju. Odbieramy bagaż, czekamy na szisze... i nagle ukazuje się śliczota na pasie i ... łup... spada na kolejny pas. No ale cóż, bierzemy ją i... o dziwo cała była. Nic się jej nie stało. Na lotnisku czekał na nas kolega taty i odwiózł nas do domu. Po drodze wpadliśmy do Gliwic po moja kochaną świnkę morską. Wieczorkiem zapaliliśmy sobie Egipską sziszę i egipski tytoń, i było genialnie!!!! Tylko szkoda, że tak zimno...

Co warto kupić w Egipcie:

Gosia Lejeune

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.