GSB 2004

Początkowo nadałem wyjazdowi kryptonim "Główny szlak beskidzki 2004", ale po jakimś czasie zmieniliśmy to na "Beskidy 2004". Przecież w Beskidach chodzi się dla chodzenia (tak na to patrzę). Cały czas jednak naszym głównym celem było Wołosate.

Warunki atmosferyczne, z którymi musieliśmy się zmagać można w skrócie opisać "zmienne wilgotne". Padało kilka pierwszych dni, kilka następnych (chyba dwa) nie padało i świeciło słońce, koło Rabki zaczęły się gwałtowne burze. Łatwo nie było.

Oto moje zapiski ze szlaku:

12.07, 21:33 - Siedzimy w świetlicy w schronisku na Stożku. Dzień był ciężki, ale nie mogło być inaczej po czteromiesięcznej przerwie w łażeniu po górach. Powoli dochodzę do siebie. Plecak ciążył niemiłosiernie, Michał był twardy.

Przygotowania można chyba pominąć, poza tym, że kilka razy w domu i w pociągu musiałem się przepakować, żeby wszystko zmieścić (plecak to nie choinka). W końcu jednak skapitulowałem i przytroczyłem tropik na zewnątrz plecaka. Nie było chyba tak źle. Jeszcze tylko zakupy w Ustroniu i ruszamy na Równicę. A tam, jak to w górach bywa, pod górę. Pogoda była ładna, świeciło słońce, które co jakiś czas chwało się za chmurami.

Na szczycie zauważyliśmy, że chmur przybywa i robią się ciemne, ale na razie nie padało, więc szliśmy przed siebie, a chmury popłynęły gdzieś dalej. Zeszliśmy do Ustronia Polany dość sprawnie, kupiliśmy herbatę w proszku i wsypaliśmy ją do naszych skromnych zapasów wody. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę i wyszliśmy na Małą Czantorię. I tam zaczęło się piekło. Szliśmy długo, stromo pod górę. Michał gnał z przodu. Po długiej i mozolnej wspinaczce usiadłem na ławeczce w okolicach szczytu. Po drodze zaczęły mnie łapać skurcze w udach przy prostowaniu nóg, ale powinno przejść.

Trafiliśmy akurat na pokaz sokołów, ciekawe ptaki, tylko modliłem się, żeby mi to nie zeżarło chleba z mielonką, na który tyle czekałem. Nie mam pojęcia, która była wtedy godzina bo mój zegarek wskazywał cały czas 11:36 (od Ustronia). Posiedzieliśmy jeszcze chwilę i poszliśmy dalej. Cel - ile wlezie czerwonym szlakiem.

Droga na Wielką Czantorię była przyjemnością. Co prawda pod górę, ale już nie tak stromo. Naszym kolejnym celem pośrednim było schronisko na Soszowie. Niewiele stromych podejść, sporo schodzenia, tylko po drodze zaczęło padać. W schronisku podsuszyliśmy rzeczy i wyszliśmy na Stożek. Ciągle padało.

Doszliśmy na Stożek. Tam zdecydowaliśmy, że zostaniemy w schronisku. Było już późno, padało i cały czas byliśmy bezpośrednio przy granicy, więc rozstawienie w lesie namiotu nie wchodziło w grę.

Teraz siedzimy w świetlicy, ubrania się suszą, mnie bolą ramiona i kark od ciężkiego plecaka. Jeszcze tylko chleb z salami Michała i kładziemy się spać.

13.07, 17:37 - Zacznijmy od tego, że Michał widział wczoraj sarnę, wiewiórkę i chyba coś jeszcze. A dzisiaj jakiegoś ptaka (kazał dopisać).

Siedzimy w Chatce AKT na Piertaszonce. Już jesteśmy po kolacji i odpoczywamy. Nie przeszliśmy dzisiaj dużo, przeszliśmy wręcz mało. Często trzeba było się chronić przed deszczem, który padał od rana z krótkimi przerwami. Padało, za chwilę niebo robiło się bezchmurne, nagle zaczynało padać. Było zmiennie. W końcu doszliśmy na Kubalonkę. Michał został przy plecakach, a ja poszedłem do Istebnej po chleb. Od Kiczory sprzeczaliśmy się z Michałem co do spania. Jak obstawiałem okolice Magurki Wiślańskiej, natomiast Michał chciał iść na Pistraszoknę. I tak nie było co pędzić jak najdalej, bo Mirek miał przyjechać dopiero jutro po południu. Więc została Piertaszonka. I oto jesteśmy.

Zaczyna się ściemniać, a my zaczynamy kombinować co zrobimy z tym wieczorem, bo będąc na Pietraszonce przesiedzieć go bezczynnie to grzech.

14.07, 21:50 - Kolejny mokry dzień pełen wrażeń. Leżymy w namiocie na jakiejś polance za Stacją Turystyczną "Słowianka" i czekamy na leśnika, który nas stąd przegoni.

Na Pietraszonce siedzieliśmy w SALOONIE i posileni pysznym ciastem zrobionym przez Iwonę (kierowniczkę Chatki) graliśmy w domino chyba do północy. Ciekawa gra. I tak upłynął wieczór.

Okazało się, że Mirek może być w Węgierskiej Górce nawet koło 10, więc trzeba było wyjść wcześniej trochę. Wstaliśmy kilka minut po siódmej, ale zanim udało nam się zebrać, pożegnać i wyjść było już kilka minut po 9.

Lało od samej Chatki i taki stan utrzymał się do popołudnia, potem padało wieczorem. Wyszliśmy na Baranią Górę, potem przez Magurkę Wiślańską do Węgierskiej Górki. Doszliśmy tam o 14, zrobiliśmy zakupy, posiedzieliśmy jeszcze chwilę i wyszliśmy chyba koło 16. Na szlaku było dużo błota, miejscami nie dało się przejść, żeby nie wpakować się po kostkę, czasem głębiej. Tradycyjnie pod Abrahamowem trzeba było się zatrzymać i poszukać odbicia szlaku w lewo. Na szczęście już tam byłem i wiedziałem mniej więcej gdzie to było. A po drzewie, na którym była strzałka, pozostał jedynie pień. Zaczęło padać kiedy przechodziliśmy koło Stacji Turystycznej, więc wstąpiliśmy na chwilę, pojedliśmy trochę, opróżniliśmy termosy z herbatą i przeczekaliśmy deszcz. Po wyjściu zaczęliśmy szukać odpowiedniej polanki. Znaleźliśmy, rozstawiliśmy namiot i położyliśmy się spać. Oby jutro nie lało.

15.07, koło 10. - Leśnik jednak nie przyszedł. Jak się pakowaliśmy to przejeżdżało obok nas jakieś auto, którego wygląd wskazywał na służby leśne, ale namiotu już nie było. Noc upłynęła spokojnie, nie padało. O dziwo od rana też nie pada, co jakiś czas wychodzi słońce, lekko wieje - aż chce się chodzić. Gdyby jeszcze tylko stopy nie były poprzecierane.

Jesteśmy w schronisku na Rysiance, Michał z Mirkiem poszli się myć, a ja siedzę na tarasie i suszę koszulki. I chyba tyle.

Póki co jest ładnie, ale zaczynają się nade mną zbierać ciemne chmury. Chyba jednak będzie lało. Zobaczymy.

Jest 21:06 - Leżymy w namiocie na Górowej. Jest zimno, ale nie powinno być źle. Trafiliśmy tu z Miziowej, na której Basia dała nam do wypełnienia ankiety dotyczące schroniska na Miziowej i okolic Pilska. Ale po kolei.

Droga z Rysianki na Miziową była typowa. Jedynym wyjątkiem był brak deszczu. W schronisku napiliśmy się herbaty, podładowaliśmy telefony o już mieliśmy wychodzić, kiedy podeszła do nas Basia z ankietami. Niestety nie udało się w zamian wynegocjować chleba, który już się kończył. Pogadaliśmy trochę, poszliśmy na górę do bufetu, tam siedziała Magda - koleżanka Basi. Tak w ogóle to na Miziowej jest nowe schronisko - wygląda jak hotel jakiś. Okazało się, że dziewczyny są właśnie z Górowej i zaczęły opowiadać o ognisku, które ma być wieczorem. Ognisko do nas przemówiło więc zeszliśmy z nimi do bazy.

Ogniska jednak nie ma, jest za to zimno, ale jest gdzie wysuszyć ubrania, które sobie uprałem podczas gdy Michał i Mirek jedli zupki. Powiesiłem je nad paleniskiem, więc jutro powinny być jak nowe.

Nie ma jeszcze pewności co do tego, jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień. Mirek zaczyna się źle czuć, boli go gardło i kaszle, więc jutro w zależności od jego stanu pójdziemy dalej albo zejdziemy do Korbielowa.

Chyba już powoli dochodzę do całodniowego marszu. Nie męczę się tak bardzo jak na początku, tylko w dalszym ciągu mam obtarte pięty. Ale to przejdzie. Przynajmniej buty jutro będę miał suche.

16.07, Coś koło 22 - siedzimy w namiocie na bazie namiotowej na Przełęczy Głuchaczki. Na szczęście nie w naszym, bo leje jak z cebra. Ewentualnie urwanie chmury. Jak zwał tak zwał, ale tak jak dzisiaj to na tym wyjeździe jeszcze nie lało. Nagła zmiana pogody wszystkich zaskoczyła, tym bardziej, że od rana nie padało i świeciło piękne słońce.

Wyszliśmy z Górowej koło 9. Szliśmy dość szybko, najpierw na Miziową, potem do Przełęczy Glinne. Trochę nam się spieszyło, bo od wczoraj nie mamy chleba. Tzn. już mamy, kupiliśmy w sklepie na Słowacji. Trzeba było zapuścić się w głąb kraju, bo w przygranicznych sklepach mieli tylko alkohol i słodycze. Po powrocie z zakupów zrobiliśmy sobie bułki z serem, napiliśmy się herbaty, wróciliśmy do Polski i poszliśmy dalej czerwonym szlakiem.

Do Głuchaczek nie było daleko i było jeszcze stosunkowo wcześnie, więc częściej robiliśmy dłuższe postoje (aż dwa). Jeden postój mieliśmy koło zawalonej bacówki, ale ciężko było ją spenetrować, bo w środku pełno było desek i fragmentów zawalonego dachu. Cały czas świeciło piękne słońce. Doszliśmy w końcu na Głuchaczki, pogadaliśmy trochę z Kasią (kierowniczką), następnie pranie i pod prysznic. Były dwa kurki - woda zimna i letnia. Było wspaniale, jestem czysty. O jedzenie nie musieliśmy się martwić, kupiliśmy na Słowacji dwa duże chleby i masło.

Mirek poszedł do ogniska, a ja wraz z Michałem kombinowaliśmy co jutro robimy. Nie było nad czym myśleć, wiadome było, że idziemy w góry. Trzeba jeszcze było ustalić, czy na Babią wchodzimy szlakiem czerwonym czy żółtym. To będzie zależało od pogody. Planowaliśmy spać gdzieś między Śmietanową, a Krupową.

Jutro tradycyjnie pobudka o 7 i lecimy w góry.

17.07, 22:11 - To był długi dzień. Przeszliśmy spory kawał drogi od Głuchaczek do Hali Krupowej. Jesteśmy w schronisku, miejsc w pokojach już nie ma i można spać tylko na ziemi za 10 zł, więc postanowiliśmy zostać. Już jesteśmy po kolacji (pyszne ziemniaki), w zamian za chleb, który dostaliśmy na Głuchaczkach trochę soli. Akurat starczyło na ziemniaki. Najedliśmy się i poszliśmy na stołówkę. Oprócz nas ma tu spać jeszcze 7 osób. Michał z Mirkiem grają w szachy, ja smaruję kark wazeliną bo mi się na słońcu spiekł. Mirek próbuje nawiązać znajomość z dwiema dziewczynami z Germanistyki z UJ, które spotkaliśmy przy schronisku.

18.07. Jest po ósmej rano. Już jesteśmy spakowani i zaraz robimy śniadanie, Dzisiaj dla odmiany zjemy sobie chleb z mielonką. Niebo jest bezchmurne. W nocy było gorąco. Co do wczorajszego dnia to skończyłem na wyjściu z Głuchaczek. Droga była przyjemna, świeciło słońce, lekko wiało. Zrobiliśmy kilka zdjęć na Mędralowej i polecieliśmy na Markowe Szczawiny. Po drodze zza drzew wychyliła się Babia Góra. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem jej szczyt z takiego bliska, do tej pory ilekroć byłem w pobliżu, była schowana w chmurze. Droga się dłużyła, ale w końcu doszliśmy. Przy schronisku było strasznie dużo ludzi, więc nie zabawiliśmy tam długo. Cały czas świeciło słońce. Szliśmy najpierw niebieskim, a potem żółtym szlakiem na Diablak. A tam - jak to na Perci Akademików bywa - ostro pod górę po skałach. Nie było łatwo, tym bardziej, że mieliśmy dwudziestokilogramowe plecaki. W końcu się udało i usiadłem na szczycie. Widok był wspaniały, było widać prawie wszystkie pasma wokół Babiej. Dopiero kilka minut po naszym wejściu na szczyt przez przełęcz zaczęła się wlewać gęsta chmura. Po kilku minutach poszliśmy dalej. Schodziliśmy dość szybko, droga była niezwykle przyjemna, miejscami otaczająca nas kosodrzewina osiągała prawie dwa metry wysokości.

Dotarliśmy na Przełęcz Krowiarki około godziny przed czasem. Potem podejście na Śmietanową, następnie Police i Hala Krupowa. I chyba tyle.

Teraz jemy śniadanie i szykujemy się do wyjścia.

Fajnie się szło, tylko zaczynają mnie boleć ścięgna Achillesa. Bolą dalej, ale nie powinno być źle. Do tego jeszcze doszedł kark, ale to też przejdzie. Grunt się nie poddawać.

22:10 - Jesteśmy w Domu Turysty w Rabce. Kolację już mamy z głowy, tym razem po pół kilo ziemniaków na głowę i doszedł do tego sos z tytki z cebulką Knorra. Burza już przeszła, grzmiało porządnie, zaczęło lać jakieś pół godziny po naszym przybyciu do Rabki, więc postanowiliśmy już dzisiaj w góry nie wychodzić. Byliśmy jeszcze na mszy w kościele w Rabce.

Dzień był ciężki, przynajmniej dla mnie. Co prawda chodzenia było stosunkowo niewiele, bo tylko z Krupowej do Jordanowa (z Jordanowa do Rabki podjechaliśmy busem), ale po drodze bolące ścięgna dawały mi się we znaki. Dawno nie czułem tak mocnego bólu. Teraz mam spuchnięte kostki i pięty, coś mi skrzypi przy ruszaniu stopami. Do tego dochodzi ból przy każdym kroku.

Sama droga była dość monotonna, cały czas z góry na niemiłosiernie prażącym słońcu. Między Bystrą a Jordanowem musiałem przekroczyć leżące drzewo, więc stanąłem bokiem i przekręciłem lekko stopę. Od tego momentu nie umiałem zrobić kroku, żeby nie czuć strasznego bólu. Z rozwiązanym butem doczołgałem się do Jordanowa, gdzie od razu przeprałem buty na sandały. W Rabce zrobiliśmy zakupy, przeczekaliśmy na dworcu największą ulewę i znaleźliśmy nocleg.

Jutro idziemy w Gorce, mam nadzieję, że będę w stanie chodzić, póki co jest kiepsko, ale do jutra powinno przejść.

TO JUŻ TYDZIEŃ

Jest 22 lipca. Piszę teraz z pewnym opóźnieniem. Jestem już w domu, musiałem wrócić z Krościenka, bo ból stawał się nie do zniesienia. Może za rok się uda. W górach zostali jeszcze Michał i Mirek, więc cały czas trzymam za nich kciuki. Lekarz powiedział, że będę żył.

19.07. szliśmy przez Gorce. Pierwotnie mieliśmy spać gdzieś między Turbaczem a Lubaniem. Musieliśmy jednak zmienić nasze plany, bo zaraz po naszym wyjściu ze schroniska rozpętała się burza (albo trzy), strasznie wiało i lało jak z cebra. Schroniliśmy się pod daszkiem i kiedy tak siedzieliśmy, piorun uderzył kilkanaście metrów od nas. To skutecznie zniechęciło mnie do wychodzenia w góry tego dnia. Było dość wcześnie, ale chodzenie w takiej burzy to zbyt duże ryzyko.

Sama droga na Turbacz trochę się dłużyła, ale to pewnie przez straszny upał. Kiedy siedzieliśmy przy schronisku na Maciejowej, usłyszeliśmy pierwsze grzmoty. Grzmiało daleko od nas, więc szliśmy dalej. Potem Stare Wierchy i dalej przez Obidowiec na Turbacz. Miałem trochę utrudnione zadanie, bo przez bolące ścięgna musiałem iść w poluzowanych i nie zawiązanych do końca butach, przez co często stawałem, żeby wysypać z nich kawałki gałęzi i kamienie. W końcu usiedliśmy pod schroniskiem na Turbaczu, zjedliśmy trochę chleba z paprykarzem i popiliśmy herbatą. W międzyczasie zachmurzyło się i po drodze złapała nas burza i ulewa. Trzeba było więc zostać. Siedzieliśmy do wieczora pod daszkiem, co jakiś czas wychodziliśmy na Długą Halę, żeby podziwiać zachód słońca. Jeszcze tylko kilka zdjęć i można się kłaść.

20.07. Wstaliśmy wcześnie, bo koło 5 rano. Chcieliśmy jak najwcześniej dojść do Krościenka i spotkać się z Agnieszką i Bartkiem (znajomi ze szkoły). Po wyjściu na zewnątrz pobiegliśmy za las na Długiej Hali i podziwialiśmy górskie szczyty wyłaniające się z gęstej mgły przykrywającej Nowy Targ oraz Tatry widoczne gdzieś za horyzontem. Podobny widok mieliśmy z Kiczory, przypomniałem sobie co mnie zawsze ciągnęło w Gorce.

Szliśmy dalej, a ja dalej musiałem się co jakiś czas zatrzymywać przez poluzowane buty. To było strasznie męczące, tym bardziej, że na drodze było strasznie dużo błota i leżących gałęzi, z których igły co chwila miałem w butach. Po drodze, gdy ból stawał się nie do zniesienia, postanowiłem na kilka dni wrócić do domu i się wykurować. Mimo wszystko musiałem dojść do Krościenka, więc czekało mnie jeszcze tego dnia sporo chodzenia. Znalazłem dwie mocne gałęzie, skróciłem je i od tej pory szedłem na czterech nogach, żeby chociaż trochę odciążyć nogi. Chyba podziałało, bo bolało trochę mniej. Tylko w dalszym ciągu miałem buty pełne błota i igieł.

W końcu, po ostrym podejściu doczołgałem się na Lubań, tam wydałem trochę kasy na wodę z sokiem i zdjąłem buty. Odpoczęliśmy chwilę i wyszliśmy dalej, w kierunku Krościenka, na spotkanie z Bartkiem i Agnieszką (znajomi ze szkoły), którzy szli w naszym kierunku. Spotkaliśmy ich po jakimś czasie i zeszliśmy razem do Krościenka.

W Krościenku znaleźliśmy zacienione miejsce, a ja nakupowałem sobie owoców, na które miałem ogromną ochotę od początkowych dni wyjazdu.

I tego by było chyba na tyle co do mojego wyjazdu w Beskidy 2004. Z mojego powrotu w góry nici, przez dwa tygodnie mam z głowy wszelkie czynności, które mogłyby mi obciążyć stawy. Błędem był tak długi wyjazd z ciężkim plecakiem, niepoprzedzony żadnym treningiem. Chciałbym tam jeszcze wrócić, ale nie żałuję decyzji o powrocie do domu. Niewykluczone, że dzięki temu mogę w ogóle chodzić. Nie pozostaje mi nic innego jak trzymać kciuki za Michała i Mirka.

To była trudna droga. Pogoda może dużo zdziałać. Ulewny deszcz potrafi skutecznie zdusić ochotę do dalszego chodzenia, za to upalne słońce strasznie męczy i rozleniwia. Jestem tym bardziej z siebie dumny, że udało mi się w takich warunkach i z poważną kontuzją przejść znaczną część trasy, bo 200 km z kawałkiem to nie byle co. Za rok może spróbuję znów, mam jeszcze na to całe życie, mam tylko nadzieję, że jeśli zdarzy mi się być w takim stanie, w jakim byłem przez ostatnie cztery dni wyjazdu, znów zdrowy rozsądek zatryumfuje nad ambicją. Zobaczymy. A tymczasem do następnego razu.

Wojtek Lortz

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.