Wypad na zachód - Karkonosze 2004

Na wyjazd z ciężkim plecakiem czekałem już bardzo długo. Rok nauki mijał powoli, a mi w głowie ciągle hulały widoki wysokich szczytów, głębokich przepaści. Do tego dochodziło jeszcze nie do końca poznane uczucie uwierającego w ramiona i biodra ciężkiego pakunku. Przed rozpoczęciem właściwych przygotowań pozostało jeszcze wybranie celu na wspomnianą wyprawę. Na wyjazd miałem się wybrać razem z moją dziewczyną. Wybór nie okazał się taki trudny. Od razu padło na Sudety. Po wstępnej konkretyzacji postawiliśmy na najbardziej znane pasmo. No, więc jedziemy w Karkonosze!!! O przygotowaniach nie będę się tu rozpisywał może poza tym, że trudno mi było znaleźć jakiś fajny przewodnik po tamtym regionie. To znaczy z ciekawą stroną merytoryczna, ale równocześnie z łatwymi do znalezienia informacjami praktycznymi. W końcu poprzestałem na informacjach z Internetu, wykazu bazy noclegowej i mapy. Karkonosze ukazały się już na szczęście w serii wydawnictwa map laminowanych ExpressMap, wiec wybór padł na tą właśnie pozycję. Jak się później okazało był to wybór słuszny.

karkonosze foto

W końcu wyruszamy. Pociągiem jedziemy z Katowic do Wrocławia. Tam mamy przesiadkę do Jeleniej Góry. Tam, już podstawiony, stoi na torze pociąg do Szklarskiej Poręby. Przebiegamy przez tory i już wiemy, że do Szklarskiej Poręby dojedziemy dzisiaj bez większych komplikacji. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie pech, który się przytrafił podczas jednej z przesiadek. Za szybko wyrwałem plecak w górę i coś mi strzeliło w plecach. W efekcie nie umiałem prosto stać i poruszałem się prawie jak kaczka. Z boku mogło to wyglądać śmiesznie, ale mi nie było do śmiechu. Nasza przygoda mogła się zakończyć już pierwszego dnia, bo przecież z taką kontuzją nie da się zajść daleko. Do schroniska mieliśmy godzinę drogi w lasku. Czas dłużył się niemiłosiernie. Spociłem się okropnie, a wszystko przez przeszywający ból pleców. Cały czas myślałem tylko o tym, że jutro się położę i będzie lepiej.

Nocowaliśmy w schronisku "Kochanówka" i jestem głęboko przekonany, że trochę miejsca temu schronisku się należy. Jest ono położone przy wodospadzie Szklarki (muzyka na okrągło dzień i noc zapewniona:) i prowadzone przez przemiłą wprost panią Olgę i jej równie sympatyczną rodzinę. Historia była taka, że w dzień naszego przyjazdu schronisko było nieczynne, ale ponieważ nie mieliśmy się gdzie podziać, a o dalszym marszu nie mogło być mowy, więc pani Olga nas przygarnęła do opieki nad nami ściągając córkę. Atmosfera w schronisku jest cudowna. Mała liczba miejsc noclegowych sprawia, że miejsca trzeba rezerwować raczej wcześniej. Dwie ładne łazienki z ciepłą wodą każą poddać w wątpliwość czy mamy do czynienia ze schroniskiem. Dowolna ilość wrzątku wliczona w cenę noclegu, czego niestety nie spotyka się już często w innych schroniskach. Te jak na schronisko górskie luksusowe warunki, każą uwzględnić to miejsce przy planowaniu wycieczki po Karkonoszach.

To nie była krypto reklama, ale wracamy już do wycieczki. Na następny dzień, a był to 30 sierpnia (moje urodzinki:), które dzięki zaradności Kamili nie przeszły obok mnie tak jakby ich nie było) ruszyliśmy z lekkim plecaczkiem w stronę Wodospadu Kamieńczyka. Trasa dosyć łatwa i maszerowało się raźno. Koło wodospadu opłaciliśmy wstęp i na dół zeszliśmy w kaskach. Doświadczenie nowe, ale szczerze mówiąc to nie ma tu zbyt wiele do roboty, dlatego postanowiliśmy ruszyć w górę i zdobyć już dziś Szrenicę. Opłaciliśmy wstęp do parku i rozpoczęliśmy marsz po wybrukowanej ścieżce. Po dłuższej chwili zaczęły nam się w końcu odsłaniać ładne widoki. W końcu doszliśmy na szczyt i mogliśmy się rozglądnąć na około. Widoki wskazywały na to, że te góry naprawdę będą nam się podobać. Kosodrzewina, z którą można stale obcować już na wysokości 1100 i więcej metrów jest czymś wspaniałym. Z Powrotem wróciliśmy prawie tą samą drogą Szrenicę okrążając zielonym szlakiem, a później już na dół czerwonym. Pod koniec odbiliśmy na czarny i doszliśmy do naszej "Kochanówki" na ostatni nocleg w tym przepięknym miejscu.

Nazajutrz ruszyliśmy już objuczeni ciężkimi plecakami. I tu działa się rzecz dziwna. Bez plecaka ciężko było mi chodzić. Zakupiona w aptece maść działała bardzo powoli i przez pierwsze dni nie czułem po niej większej różnicy. Więcej dawał sen. Po założeniu ciężkiego "garba" ból po chwili mijał. No, ale koniec o mnie. Wyruszyliśmy niebieskim szlakiem w górę w stronę schroniska pod Łabskim Szczytem gdzie zamierzaliśmy zostawić plecaki. Kamili szło się bardzo dobrze ja też nie miałem zamiaru się oszczędzać, więc w sumie nie zrobiliśmy przez ponad dwie godziny żadnego odpoczynku. Na miejscu znaleźliśmy się wcześniej niż wskazywał na to czas na tabliczkach, a to cieszy:) Nie mogliśmy się niestety o dwunastej zakwaterować w pokojach, ale dzięki dość specyficznej uprzejmości pani prowadzącej schronisko mogliśmy zostawić toboły w narciarni. Przepakowaliśmy się jeszcze tylko do małego plecaka by po chwili odpoczynku znowu wyjść w górę. Ogólnie to trzeba powiedzieć, że pani na Łabskim jest fajna, ale do jej humoru trzeba się przyzwyczaić. Wyszliśmy żółtym szlakiem na Śnieżne Kotły i od razu zachłysnęliśmy się przepięknymi widokami stromych przepaści. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie silny wiatr, który wiał tego dnia na szczytach i niósł ze sobą duże ilości gęstej, mokrej mgły. Więc daleko panoram nie oglądaliśmy, a marzliśmy do tego niemiłosiernie. No, ale "twardym cza być, a nie miętkim", a więc w tył zwrot i skoro jest czas to skoczymy jeszcze raz na Szrenicę. Tego odcinka szlaku w sumie jeszcze nie znamy. Po drodze zdarzyła się jedna ciekawa rzecz. Ciągle wiało i kogo spotkaliśmy to każdy kulił się z zimna, ale spotkaliśmy jednego Polaka paradującego na tym wywiewie w cienkim podkoszulku. Był wyraźnie uśmiechnięty i szczęśliwy. Panu powiedzieliśmy "dzień dobry" i wybuchnęliśmy szczerym śmiechem.

Następnego dnia czekała nas pierwsza dłuższa wyprawa z ciężkim plecakiem. Ze schroniska wyszliśmy pierwsi i bez towarzystwa innych turystów dotarliśmy ponownie żółtym szlakiem na Śnieżne Kotły. Mogliśmy jeszcze raz spojrzeć na nie w czasie troszkę lepszej pogody. Czerwony szlak prowadzi nad przepaścią, więc widoki w dół były wspaniałe. Ze Śnieżnych Kotłów schodzi się na przełęcz pod Śmielcem po wielkich głazach. Na jednym takim porośniętym porostami "udało" mi się pośliznąć i rozerwać spodnie. Moje kochane Nanseny:( No trudno zeszliśmy na przełęcz i zrzuciliśmy z pleców garby. No cóż spodnie do wymiany. Kama stwierdziła, że zupka chińska będzie znakomitym "odstresowywaczem". I rzeczywiście. Równocześnie gotując wodę, opatrywaliśmy moje kolano. Nie ma się co łamać. "Spodnie rzecz nabyta". Idziemy dalej w coraz piękniejszej pogodzie. Widoki wcale nie skłaniają do forsownego marszu. Idziemy bardzo spokojnie niczym się nie przejmując. Tak dochodzimy do Przełęczy Karkonoskiej, która jest miejscem przypominającym, że cywilizacja może dotrzeć w góry na każdą wysokość. Wielki parking z miejscami dla autokarów nie wywarł na nas pozytywnego wrażenia, więc czym prędzej postanowiliśmy stamtąd uciekać. Problem w tym, że w tym pośpiechu zapomnieliśmy uzupełnić zapasów wody i w efekcie mając jeszcze dwie godziny drogi zostaliśmy bez ani jednej kropli. Kto nie wie jak pragnienie spowalnia marsz lepiej niech nie próbuje się przekonać. Na szczęście po pół godzinie wyłuskałem spomiędzy kosówki źródełko i przez kolejne pół godziny odpoczywaliśmy i uzupełnialiśmy płyny. Do "Samotni" zeszliśmy dosyć późno, ale na wieczorynkę jeszcze moglibyśmy się załapać;-) Samotnia to przepiękne schronisko PTTK posiadające swój własny specyficzny klimat niespotykany nigdzie indziej. Nie wolno po prostu nie uwzględnić go w swoich planach. To położenie w cieniu skalnych przepaści po prostu miodzio:-)

karkonosze foto

Co prawda schronisko bardzo nam się podobało, ale trzeba już ruszać dalej. Dziś mamy w planie najdłuższa trasę naszej wycieczki z najwyższym szczytem Sudetów włącznie. Po wyjściu ze schroniska strzeliliśmy parę fotek i zaczęliśmy szubko zdobywać wysokość, którą wczoraj tak mozolnie traciliśmy. Weszliśmy na Spalona Strażnicę i ruszyliśmy w stronę Śnieżki. Po dojściu do "Domu Śląskiego" podbiliśmy książeczki, popiliśmy Isostara i ruszyliśmy pod górę. Budujące było to, że posiadając ciężkie plecaki (dziwne, ale zdawało nam się, że taki sposób podróży wybraliśmy jako nieliczni. Takich jak my można było w ciągu dnia policzyć na palcach jednej ręki.) wcale nie odstawaliśmy od reszty i nie zostaliśmy przez nikogo przegonieni. Nasze garby tylko wzbudzały u wszystkich podziw. No cóż, Śnieżka nas nie zachwyciła. No zgoda widoki z tej wysokości (1602 m n.p.m.) były, ale tłumy ludzi, które tu spotkaliśmy skłaniały raczej do szybkiego opuszczenia tego miejsca. I rzeczywiście, wystarczy skierować się 15 minut w stronę Przełęczy Okraj by wrócić do normalnego natężenia ruchu turystycznego. Powoli żegnaliśmy się z widokiem górującej nad okolicą Śnieżki i mijając jeszcze przytulne schronisko czeskie Jelenka doszliśmy w ładnej pogodzie na Przełęcz Okraj. Znajduje się tu wprawdzie schronisko PTTK, ale szeroka asfaltowa droga i duże samochodowe przejście graniczne w odległości 30 metrów nie zachęca do pozostania. Ruszamy dalej, ponieważ bardziej jest nam na rękę nocleg w Karpaczu. Już trochę zmęczeni posuwaliśmy się wolniej, ale z drobnymi przerwami i przystankami dotarliśmy wieczorem do "Liczyrzepy", czyli schroniska młodzieżowego. Miła obsługa, niskie ceny, zachęcają do skorzystania z tego przystanku w razie potrzeby nocowania w Karpaczu.

Wprawdzie powróciliśmy na chwilę do cywilizacji, ale już dziś mamy zamiar zostawić ją daleko w tyle. Rano zwiedzamy centrum Karpacza, fundujemy sobie pełny obiadek i ruszamy z powrotem po plecaki, które dzięki uprzejmości pani prowadzącej mogliśmy zostawić w schronisku. Ruszamy w stronę gór. Po drodze zamierzamy odwiedzić jeszcze słynną świątynię Wang. Kościółek robi miłe wrażenie i warto się przy nim zatrzymać. Wejście do parku narodowego mamy już pod nosem, więc nie musimy się już ruszać daleko. Jeszcze trzeba niestety opłacić wstęp, ale miejmy nadzieję, że pieniądze są dobrze spożytkowane. Na początku idziemy brukowaną drogą, a później już zielonym szlakiem po leśnych ścieżkach i miejscami drewnianych pomostach. Docieramy w końcu do schroniska Odrodzenie. Mamy w głowach kolejny burżujski odpoczynek, ponieważ wskazywały na to ceny, które znaliśmy już wcześniej. I tu czekało nas przykre rozczarowanie. Już po chwili wiedzieliśmy, dlaczego opłata była pobierana z góry. Wchodząc na pokoje można było zobaczyć ogromny grzyb na ścianach już na pierwszym korytarzu. Zauważyłem go dopiero rano, ponieważ korytarze są nieoświetlone (pewnie, dlatego, by nie było jeszcze kilku innych enklaw grzyba). Prysznice wyglądają strasznie. Są całe zagrzybione, ogólnie powietrze w schronisku jest jakby takie wilgotne.

Nie trzeba nas było długo namawiać do szybkiego wyjścia z tego "przytulnego" miejsca. Opiekunowi schroniska miałem ochotę powiedzieć nie "do widzenia", lecz "żegnaj". No, ale dość o tym. Ruszamy zielonym szlakiem, a naszym celem jest rezerwat "Śnieżne Kotły", który widzieliśmy już wcześniej z góry. Dzisiaj nasza droga nie prowadzi po skałach, lecz po wilgotnych, ciasnych ścieżkach, a miejscami drewnianych belkach chroniących przed wpadnięciem w mokradła. Pierwsze dwie godziny trasy nie należą do najciekawszych, ale nagrodą jest spacer pomiędzy jeziorkami. Skaczemy sprawnie z ciężkimi plecakami po wielkich głazach, po których jest prowadzona ścieżka. Żar leje się z nieba, wokół kosówka, widoki na strome skaliste ściany, grzbiet, którym już spacerowaliśmy. Żyć nie umierać!!!. Zatrzymujemy się znowu w schronisku pod Łabskim Szczytem. Znowu jesteśmy świadkami kilku zabawnych sytuacji spowodowanych przez opiekunkę schroniska.

Następnego dnia schodzimy znanym nam już szlakiem do Szklarskiej Poręby. Po niecałych dwóch godzinach jesteśmy w "Kochanówce". Właścicielka od razu nas poznała i przydzieliła nam pokoik. Przebraliśmy się i ruszyliśmy na leniuchowanie po Szklarskiej. Wróciliśmy poleniuchować znowu przy dźwiękach wodospadu. Uzupełniliśmy książeczki GOT i poszliśmy spać dosyć późno, bo już jutro czekała nas tylko podróż do domu:(

Rano pożegnaliśmy się z panią Olgą i ruszyliśmy na PKS by z Jeleniej wrócić pociągami do Katowic. Podsumowując nasza wycieczkę należy powiedzieć, że byliśmy urzeczeni Karkonoszami. Kamila powiedziała, że to najpiękniejsze góry, jakie widziała dotychczas, a reklamowane wszędzie Tatry też już widziała. Mnie także te góry spodobały się bardziej niż dzikie Bieszczady. Może sprawiła to przepiękna pogoda, kosodrzewina i łyse skały już na tak małej wysokości, malownicze krajobrazy, mała ilość ludzi na szlaku i parę innych czynników. Więc może warto nam uwierzyć i jako następny cel w polskich górach wybrać właśnie Karkonosze. Zabierzcie koniecznie fajne towarzystwo i ruszajcie na podbój tych wspaniałych gór.

Michał Pawełczyk

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.