Eskapada w Beskid Śląski

Nasza podróż miała trwać jedenaście dni. Całą trasę zaplanował Michał (Chev (członek naszej grupy - red.)). Wiele jednak uległo zmianom podczas samej wędrówki. Cheva jako twórcy tej eskapady nie mogło na niej zabraknąć. Innymi uczestnikami byli Marcin i jego siostra Ala i Kamila z koleżanką Karoliną Część drużyny opuściła nas po piątym dniu. Do tej grupy należeli Michał (Waldi), Tomek oraz Jasiek. Oczywiście byłem również ja, czyli trzeci Michał (Qlka). Dzięki czemu mogę wam wszystko opisać. Korzystając z sposobności wszystkich gorąco pozdrawiam. Na tą wyprawę mieliśmy ruszyć piątego sierpnia. Tak też się stało.

Dzień pierwszy

Pierwszy dzień podróży nie powinien być zbyt wyczerpujący. Tak więc nasza trasa wiodła z Wapienicy obok jeziora w dolinie Wapienicy na Szyndzielnię (1026m n.p.m.). Do Wapienicy dojechaliśmy pociągiem z przesiadką w Bielsku. Trasa nie jest zbyt długa. Najpierw idzie się drogą w Wapienicy. Aż do momentu, kiedy do lasu będzie prowadzić żółty szlak. Dalej idziemy żółtym szlakiem do samego jeziora - po płaskim i przez las. Jednak wybraliśmy się w góry, a nie do lasu, więc za jeziorem droga biegnie do góry. Na szczęście nadal laskiem. Ciągle idąc żółtym szlakiem dojdziemy na samą Szyndzielnię. Gorąco polecam schronisko na Szyndzielni. Wystarczająco dobre warunki. Konkurencyjna cena. Miła obsługa, z którą można wytargować niższą cenę jeśli jest się większą grupą.

Bardziej ambitna osoba wybrałaby trasę obiegającą jezioro z drugiej strony i przechodzącą przez Błatnią (917m n.p.m.). Niestety zostaliśmy przegłosowani. Wtedy trzeba by było skręcić w las wcześniej i wędrować niebieskim szlakiem na Błatnią, a później żółtym na Klimczok (1117m n.p.m.) i Szyndzielnię.

Dzień drugi

Najpierw ruszyliśmy w kierunku Klimczoka, a następnie w dół do Szczyrku. Tam zaopatrzyliśmy się w większą ilość prowiantu. Następnie ruszyliśmy na Skrzyczne (1257m n.p.m.). Mniej wytrwali mogą pojechać wyciągiem w całości lub tylko do połowy (Hala Jaworzyna (950m n.p.m.)) albo od połowy. Jak widać mamy wiele opcji. Dodam jeszcze, że trasę można skrócić sobie idąc pod wyciągiem po cienkiej, ale dobrze wydeptanej ścieżce. Po połowie jednak nie opłaca się iść pod wyciągiem z ciężkimi plecakami. Kamienie pod stopami się osuwają. Momentami są duże stopnie, które są dość irytujące. Ale co to jest dla ambitnych osób. I znowu zostałem prawie sam.

Dzień trzeci

Ten dzień był dość ciekawy ze względu na to jak się bawiliśmy, a nie ze względu na to co przeszliśmy, więc nie pasuje to do tego opisu. Szczerze mówiąc pogoda się załamała - padało, była gęsta mgła. Demokratycznie postanowiliśmy zostać drugi dzień na Skrzycznem.

Dzień czwarty

Po dniu odpoczynku byliśmy bardzo wypoczęci, a trasę na ten dzień mieliśmy dość długą. Z Skrzycznego ruszyliśmy zielonym szlakiem przez Malinowską Skałę (1152m n.p.m.) aż do Magurki Wiślańskiej (1129m n.p.m.). Odcinek ten przechodzony wielokrotnie nie był dla mnie żadną rewelacją. Najpierw w dół, potem w górę i tak parokrotnie. Momentami było to dość denerwujące. Za to widoki po drodze były rekompensatą. Oczywiście mogę to opisać, choćby spróbować. Nawet jak bym napisał o tym książkę to i tak by to była kropla w morzu. Więc was tylko zachęcę do przejścia tą trasą.

Następnie ruszyliśmy czerwonym szlakiem przez Magurkę Radziechowską (1091m n.p.m.) prosto do Węgierskiej Górki.

Pewnym zbiegiem okoliczności dziewczyny znalazły się przed peletonem męskiej części wyprawy. Nie chcę być stereotypowy, ale kobiety się po prostu zgubiły. Na szczęście dotarły tylko na drugi koniec Węgierskiej Górki. Mogło być gorzej. Mimo to narzekały, bo trasa była za długa. Oczywiście chciały to zwalić na nas. Tak czy owak trasa jest dość wyczerpująca, ale bardzo interesująca. Różnorodne trasy: w dół, w górę, lasem, nie zalesionym szczytem itd. Ciekawe widoki z Magurki Radziechowskiej to kolejny atut wycieczki.

W samej Węgierskiej Górce o nocleg nie trudno. Można przenocować w jednym z wielu hotelików i pensjonatów.

Dzień piąty

Ten dzień był dniem, w którym część naszego team'u musiała jechać do domu. Skorzystali z tego, że Węgierskiej Górce jest dworzec. Na ten dzień przewidzieliśmy odpoczynek w Węgierskiej Górce. Stało się tak dlatego, że mamy demokrację i mięliśmy za sobą wyczerpującą trasę. Wolny czas poświęciliśmy na pochodzenie po mieście. Niestety część naszej ekipy musiała już jechać do domu.

Dzień szósty

Celem tego dnia była Hala Rysianka (1322m n.p.m.). Jest wiele możliwości na przejście tej trasy. My korzystając kolejny raz z demokracji (pamiętając poprzedni dzień) wybraliśmy drogę po najmniejszej drodze oporu. Przejechaliśmy z Węgierskiej Górki do ostatniego przystanku - Żabnica-Skałka. Stamtąd ruszyliśmy już piechotą. Wędrowaliśmy cały czas zielonym szlakiem. Prawie na samym początku natrafiliśmy na ciekawe miejsce, w którym miejscowy rzeźbiarz przyozdobił swoimi dziełami łagodny stok. Podwórze tego artysty również jest zaopatrzone w jego dzieła.

Dalsza droga minęła spokojnie. Głównie pod górę, ale czemu się dziwić, to w końcu dlatego kochamy góry. Trasa nie jest zbyt bogata widokowo. Jednak pod koniec, kiedy wychodzi się na Halę Pawlusią, oczom ukazuje się piękny widok, który staje się coraz piękniejszy podczas wchodzenia na Halę Rysiankę. Przed schroniskiem można w ciszy odpocząć podziwiając widoki. Można też spożyć moje ulubione danie w tym schronisku a mianowicie kiełbaskę z rożna.

Dzień siódmy

Po posileniu się, oczywiście kiełbaską z rożna, można ruszać w trasę. Pierwsza część trasy jest krótka. Około 2 kilometry czerwonym szlakiem głównie w dół aż do Trzech Kopców (1216m n.p.m.). Następnie idziemy żółtym szlakiem. Po drodze nie ma większych wzniesień. Głównie płasko, a czasami jakieś zejście. Ostatecznie docieramy na Krawców Wierch (1064m n.p.m.). Jest tam bacówka, choć niewiele ma wspólnego z prawdziwą bacówką. Jednak trzeba przyznać, że właściciel jest najprawdziwszym góralem. Gra na wielu instrumentach typowych dla osób, które żyją w górach od wielu pokoleń. Od niego dowiedziałem się, że jego bacówka jest chyba najbiedniejszą bacówką w całym Beskidzie. Nie ma samochodu więc musi na własnych plecach wnieść prowiant z pobliskiego miasta. Na wieczornym spacerze przypadkiem spotkaliśmy go z takim właśnie wypchanym plecakiem. Ważył on szacunkowo 25-27 kilogramów. Prąd jak to w bacówce jest tylko z agregatu i tylko do 22:00. Gorące posiłki wyróżniają się spośród posiłków innych schronisk. Naprawdę smaczne naleśniki oraz przepyszne, sycące racuchy z dżemem, bananami i bitą śmietaną. Tak więc gorąco polecam wam tą bacówkę.

Dzień ósmy

Początkowo chcieliśmy iść niebieskim szlakiem aż do bacówki pod Rycerzową (1207m n.p.m.). To przecież tylko 21,7 kilometra, a sumując podejścia, prawie kilometr. Ale co to dla nas. Niestety ta trasa musi poczekać, bo nie wszyscy mieli paszporty. Tak więc przewędrowaliśmy żółtym szlakiem do wsi Glinka. Następnie do Soblówki. Krajobraz po drodze był pierwszorzędny. Górskie wsie wyglądają naprawdę ślicznie. Przez Soblówkę przepływa rzeka Cicha. Na jej kamienistym brzegu zrobiliśmy mały odpoczynek. Na tym brzegu udowodniliśmy, że człowiek pod wpływem zmęczenia robi różne głupie rzeczy. Objawem naszego "zbiorowego zmęczenia" była mała bitwa na wodę. W ruchu były wszelkie kubki i menażki. Bitwa się skończyła dopiero, gdy wszyscy byli doszczętnie mokrzy. Był to nawet przyjemny chłód, ale nie gdy wędruje się w cieniu. Wtedy jest trochę zimno.

Reszta drogi do Rycerzowej minęła dużo spokojniej. Bez przeszkód dotarliśmy do bacówki. Ta bacówka niewiele różniła się w budowie od poprzedniej. Prąd również tylko z agregatu i do 22:00 Natomiast dania ciepłe były mniej smaczne. Kierownik placówki mimo, że bardzo miły wyszedł marnie w porównaniu z kierownikiem poprzedniej bacówki. Osoby nie usatysfakcjonowane trasą ruszyły jeszcze na Mładą Horę czerwonym szlakiem. Są to 3 kilometry w dół. Droga powrotna trwała trochę dłużej. W końcu różnica wysokości między Mładą Horą a bacówką na Rycerzowej wynosi 350 metrów. Po dniu wrażeń nawet brak prądu nie przeszkadzał. Przynajmniej wszyscy się wyspali.

Dzień dziewiąty

Ten dzień był wyjątkowo luźny. Przyczyną była wyjątkowo krótka trasa. Chodzenie jednak utrudniało ciężkie powietrze, które mówiło, że będzie padać po południu. Mieliśmy do przejścia 4 kilometry niebieskim szlakiem do Przełęczy Przegibek. Chętni wcześniej zawędrowali na punkt widokowy na Wielkiej Rycerzowej (1226m n.p.m.). Bardzo ładny widok na schronisko w dole.

Z przełęczy Przegibek kawałek przeszliśmy czarnym szlakiem. Po drodze przy okazji zboczyliśmy ze szlaku, żeby zobaczyć kapliczkę. W tej kapliczce co niedzielę jest odprawiana Msza Św. Kapliczka była nieduża, za to bardzo ładna. Prawie wszystko w jej wnętrzu było drewniane.

Po krótkim odpoczynku duchowym ruszyliśmy prosto do schroniska. Tam zaopatrzyliśmy się w strawę cielesną. Później grupka śmiałków ruszyła na Bendoszkę Wielką (1144m n.p.m.). Początkowy cel nie był zbyt szczytny. Wszystkim wydawało się, że tam powinien być sygnał. Kilometrowe podejście z różnicą wysokości wynoszącą 100 metrów nie było dużą przeszkodą. Szybko dotarliśmy na szczyt. Na szczycie znajduje się punkt widokowy. Niestety mało widzieliśmy, bo było pochmurnie. Podczas prób dodzwonienia się do domu słyszeliśmy w oddali grzmoty. Na szczęście na szczycie znajdował się również krzyż, którego kamień węgielny został poświęcony przez papieża. Jak ogólnie wiadomo piorun nie uderzy w krzyż. Nawet gdy jest kilkunastometrowy, metalowy i na nie zalesionym szczycie. Tak więc mimo wszystko zeszliśmy na dół do schroniska. Tam spędziliśmy resztę dnia.

Dzień dziesiąty

Kolejny dzień naszej wyprawy rozpoczął się wątpliwą pogodą. Jednak woleliśmy przejść ten kawałek na Wielką Raczę (1236m n.p.m.). Najpierw kawałek przeszliśmy czarnym szlakiem do Przełęczy Przegibek. Resztę drogi przeszliśmy czerwonym szlakiem prosto do celu. Widoki po drodze były niesamowite. Byłyby jednak lepsze gdyby nie słaba widoczność jaka nam towarzyszyła przez całą drogę. Trasa urozmaicona. Nie można popaść w rutynę. Co ciekawe pogodę mieliśmy do czasu gdy doszliśmy do schroniska na Wielkiej Raczy. Jak byliśmy na miejscu nie mieliśmy nawet czasu by usiąść na ławkach przed schroniskiem. Od razu zastał nas deszcz. Na szczęście deszcz przestał padać po 30 minutach. Niebo było zachmurzone, więc widoków zbyt pięknych nie było.

Pod wieczór osoby nie zadowolone z zaistniałej sytuacji (ze mną włącznie) w wielkiej konspiracji postanowili się przejść. Na początku nie mieli celu. Jednak później postanowili pójść do Rycerki Górnej Koloni, aby coś zjeść. Ku ich wielkiemu szczęściu natrafili na bar w przyczepie kempingowej. Przy średnio apetycznej pizzy przy akompaniamencie muzyki Ich Troje skończyliśmy nasz posiłek. Wróciliśmy o ósmej wieczorem. Widoczność znacznie się poprawiła. Można było dostrzec wiele rzeczy, które przypominały nam poprzednie wyprawy i mówiły gdzie pójdziemy następnym razem. Tego wieczora mieliśmy ognisko. Ostatnie wspólne tego lata. Po ognisku i drobnym przeglądzie gwiazd wróciliśmy do pokoju w celu przespania kilku godzin.

Dzień jedenasty

Niestety to już ostatni dzień tej przygody. Wszyscy wrócą do domu do zajęć codziennych. Zanim to się stanie mamy jeszcze kilka godzin.

Nasza trasa była wyjątkowo nietrudna. Mieliśmy tylko zejść z Wielkiej Raczy do Koloni. Stamtąd postanowiliśmy pojechać autobusem, ponieważ chcieliśmy zdążyć na wcześniejszy pociąg w Rajczy. Podróż pociągiem była pożegnaniem z górami. Do czasu...

Michał Fiuk

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.