Lwów - miasto na wschodzie

Uczestnicy:

Pierwszy dzień był długi. Zaczął się w zasadzie przed pierwszą w nocy, kiedy zostawiliśmy samochód w Katowicach i poszliśmy na pociąg. Dostaliśmy wiadomość od Kuby, który jechał z Gliwic, że pociąg jest pełny, więc nie szukaliśmy go tylko wsiedliśmy do pierwszego przedziału, w którym były miejsca. Po kilku minutach zrobił się komplet i zaczęło się robić ciepło. Później zrobiło się jeszcze cieplej, potem nieprzyjemnie ciepło. Do tego doszło wilgotne powietrze w szczelnie zamkniętym przedziale i tego byłoby na tyle, jeżeli chodzi o moje spanie. Spałem tej nocy może godzinę. Później dwóch pasażerów zaczęło rozmawiać o tym iloma złodziejami napakowany jest sejm, cała Polska i co trzeba zrobić, żeby wszyscy byli szczęśliwi i bogaci. O tak, tego mi było trzeba.

Nad ranem zrobiło się trochę miejsca i powietrza. W końcu o 7 dojechaliśmy do Przemyśla. Na peronie znaleźliśmy Kubę i wyszliśmy z dworca. Od razu wsiedliśmy do stojącego autobusu, po chwili wyjechaliśmy w stronę granicy.

Pierwszy szok - Medyka. Ogólne wrażenie to brud, zdezelowane budki fast-food i kantory. Do tego śmieci walające się praktycznie wszędzie, zerwane ogrodzenia. Jedynie widok przejścia granicznego przypominał, że tu kończy się (i zaczyna) Unia Europejska, Polska. Nie chciałbym znaleźć się tam w nocy. Kupiliśmy 40 hrywien na autobus i poszliśmy w stronę granicy.

Wyjście z Polski przebiegło szybko, później długi spacer tunelem z dziurawym ogrodzeniem i w końcu budka z dykty, w której mieściła się odprawa. Po wypisaniu formularza weszliśmy na Ukrainę. Wrażenie było na pewno lepsze niż na widok Medyki. Od razu poszliśmy w stronę stojącego autobusu. Okazało się, że brakuje nam 5 hr, ale kierowca zgodził się zaczekać, kiedy pobiegłem do kantoru.

I zaczęła się jazda pełnym autobusem w stronę Lwowa. Planowo to co najmniej 1:20 godziny. W zasadzie było wygodnie i wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że na granicy jako jedyny nie poszedłem do ubikacji. Nie wdając się w szczegóły, po godzinie czułem każdą nierówność, nawet mikroskopijną dziurę na drodze. Aż zaczął się Lwów. Dziura na dziurze, bus dosłownie fruwał nad jezdnią z kostki brukowej. Ostatnich minut nie pamiętam. Pamiętam tylko, że toaleta na dworcu kosztowała jedną hrywnę. I od tego momentu wszystko już było dobrze. Było też zimno, przeraźliwie zimno. Droga z Przemyśla do Lwowa zajęła nam dokładnie 3 godziny.

Pojawił się pierwszy dylemat - czy dzwonimy/piszemy do Serhiya, żeby powiedział nam gdzie iść, czy próbujemy na oko dojść na rynek i znaleźć centrum informacji turystycznej. Serhiy to kolega, który studiował z Gosią przez rok w ramach wymiany. Przed wyjazdem zaoferował nam nocleg, dzięki czemu jeden problem się rozwiązał. Nie rozumieliśmy cyrylicy, więc nie potrafilibyśmy powiedzieć mu gdzie jesteśmy, na szczęście Kuba był już we Lwowie i nauczył się czytać studiując butelkę z piwem. Umówiliśmy się z Serhiem na rynku i poszliśmy ulicą Grodecką w kierunku centrum. Nie udało nam się znaleźć informacji, ale zahaczyliśmy po drodze o kantor i weszliśmy na wieżę. Świetny widok, tylko dalej zimno. Po kilku minutach dostaliśmy smsa od Serhia, że jest na dole. Zeszliśmy z Gosią, Kuba został na wieży zrobić jeszcze kilka zdjęć.

teatr wielki we lwowie

Serhiy czekał na nas przy wejściu. Fajnie go było zobaczyć po ponad roku. Po chwili zszedł Kuba i poszliśmy razem na autobus. Bilet autobusowy kosztuje 1,5 hrywny, co odpowiada mniej więcej naszemu 0,75 zł. W mieszkaniu nie było już zimno. Napiliśmy się herbaty, poznaliśmy siostrę Serhieja, Annę i jej chłopaka Pawła, pomęczyliśmy świnkę morską i pojechaliśmy z do Puzatej Chaty na obiad. Najedzeni poszliśmy zdobywać Kopiec Unii Lubelskiej. Później przyszedł czas na gorącą czekoladę (lub kawę) i zagłębianie się w dalsze uliczki we Lwowie.

Wieczorem zjawił się Myron z Bogdanem i zaczęliśmy szukać miejsca, w którym będziemy mogli napić się zasłużonego piwa. Myrona znamy również z Gliwic, podobnie jak Serhiy był w grupie Gosi. W końcu doszliśmy do Kryjówki - świetnej klimatycznej knajpy w bramie dokładnie na przeciwko wieży. Drzwi pilnuje tam strażnik w mundurze z karabinem na szyi. Za drzwiami schody prowadzące do dość rozległej piwnicy. Świetny wystrój, ściany poobwieszane planami schronów, rewolucja wisiała w powietrzu.

Brak snu i cały dzień na nogach dały o sobie znać - przed 20 zaczęliśmy wracać. W mieszkaniu czekała na nas niespodzianka - ogromna kolacja, którą przygotowała Anna z Pawłem. Była kasza, ziemniaki podsmażane z cebulą, chleb i wędlinka. Najedzeni poszliśmy spać.

Planowaliśmy wstać i wyjść wcześnie, jednak nie do końca się udało. Obudziłem się o 8.40, Kuba i Gosia wstali dwie godziny później. Koło 13 w końcu wyszliśmy, tym razem bez Serhia, który musiał załatwić coś w "podatkowej" - wysokim budynku budzącym postrach w całym Lwowie. Planowaliśmy zobaczyć cmentarz Orląt Lwowskich, odwiedzić Myrona, który mieszka niedaleko i wrócić do centrum, gdzie mieliśmy spotkać Serhiya. Tego dnia od rana świeciło słońce i niebo było bezchmurne, więc poszliśmy na piechotę przez park. Gosia operowała mapą i o dziwo doszliśmy bez dłuższych przystanków.

palacyk w parku

Po wyjściu z cmentarza zjedliśmy obiad w stołówce przy akademikach i poszliśmy do Myrona na herbatę i znowu na piechotę do centrum, przez park. Droga była piękna, sporo podejść pod górę, dywan z brązowych liści, ciągle bezchmurne niebo. W końcu doszliśmy do Łysej Góry, gdzie dostaliśmy wiadomość od Serhiya, że dochodzi do centrum. Zebraliśmy się więc i zeszliśmy dosłownie pionowo w dół. Poszliśmy na herbatę, potem Serhiy musiał gdzieś pójść, a my poszliśmy do browaru spróbować lwowskiego piwa prosto z beczki. Niestety, po długiej drodze okazało się, że grają tam jakiś koncert i wstęp jest płatny. Trochę zawiedzeni wróciliśmy z powrotem do centrum. Zrobiliśmy przystanek na placu zabaw i dostaliśmy wiadomość od reszty, że są w drodze.

widok na lwów

Poszliśmy do knajpy New York, gdzie doszła Uliana i drugi Serhiej, również znani z Gliwic. Po chwili przyszedł Serhiy i byliśmy w komplecie. Pierwszy raz spróbowałem suszonych kalmarów - ciekawy smak. Niby jak ryba, ale nie do końca. Po jakimś czasie poszliśmy do Kryjówki. Nie ma co wdawać się w szczegóły - było świetnie. Tego dnia było tu dużo Polaków, chyba cała sala.

lenin

Wróciliśmy do mieszkania taksówką - z palącym kierowcą, który nie przejmował się czerwonymi światłami. Dość szybko poszliśmy spać, było już grubo po północy.

Wstałem przed 9. W mieszkaniu był tylko Serhiy, który gotował dla nas śniadanie. Po jakimś czasie wstała też Gosia i poszliśmy szybko poszukać sklepu, żeby kupić potrzebne składniki na obiecaną pizzę. Do tej pory jedyne zakupy, które robiliśmy to gotowe jedzenie albo piwo w knajpie, dopiero w normalnym sklepie spożywczym dotarło do nas, jak drogie jest życie na Ukrainie. Po przeliczeniu ceny większości towarów były takie same albo wyższe od cen w Polsce. Problem był też z drożdżami - w sklepie były tylko zamrożone, więc przygotowanie ciasta zajęło nam więcej czasu niż przywidywaliśmy.

Po rozpracowaniu działania piekarnika zaczęliśmy robić pierożki - postanowiliśmy zmienić formę pizzy, żeby łatwiej się jadło. Sos był gotowy, ser i oliwki pokrojone, piekarnik się grzał - stół zamienił się w prawdziwą linię produkcyjną. Ja wałkowałem ciasto butelką z winem i wycinałem z niego cienkie kwadraty, Gosia smarowała je sosem, układała wszystko i sklejała układając na blasze. W końcu wszystko gotowe, można grzać. Po niecałych 20 minutach było gotowe - po prostu cudo.

Później zebraliśmy się do powrotu. Wyszliśmy przed 14 niepewni, czy zdążymy do Przemyśla na pociąg. Koło dworca zrobiliśmy ostatnie zakupy. Znaleźliśmy autobus który jechał na przejście graniczne, poczekaliśmy 20 minut i odjechaliśmy. W półtora godziny dojechaliśmy do granicy. Przejście do Polski zajęło nam dosłownie kilkanaście minut. Zdziwiło nas, że ostatniego dnia długiego weekendu na granicy jest tak mało ludzi. W Medyce stał już autobus, więc znowu nie musieliśmy czekać. W Przemyślu mieliśmy prawie godzinę do pociągu, więc poszliśmy do baru koło dworca na udko z kurczaka.

I zaczął się powrót - 6:40 godz. w pociągach. Pierwsza przesiadka w Rzeszowie, druga w Krakowie i w końcu koło 23.30 byliśmy już w Katowicach.

Lwów wywarł na mnie bardzo pozytywne znaczenie. Nie tyle samo miasto, które, gdyby dysponowało większymi pieniędzmi, z pewnością wyprzedziłoby nasz Kraków i zabrałoby do siebie większość turystów. Nie ma tu zakazu picia alkoholu w miejscach publicznych, a mimo to nikt nie chodził tam pijany.

Co do ludzi - tu jestem pod największym wrażeniem. Nie tylko dlatego, że sporo znajomych i dopiero poznanych Ukraińców mówiło po Polsku, a z resztą można było dogadać się, każdy w swoim języku. Chodzi przede wszystkim o ich życzliwość i otwartość, o gościnność i opiekuńczość. Wspominaliśmy ich pobyt w Polsce i narzekaliśmy na drogie wizy i ogrom formalności jakie trzeba spełnić, żeby taką wizę dostać. Obyśmy się doczekali ich wizyty w Polsce. A tymczasem pora zacząć myśleć i szukać okazji do kolejnego wyjazdu, tyle Lwowa zostało niezdobyte.

Kilka porad:

Wojtek Lortz

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.