Weekendowy wypad w masyw Małej Fatry

Po raz kolejny w tym roku wyruszyłam na szlak. Tym razem pojechałam z tatą, Michałem i Kamilą na zorganizowaną przez jaworznicki PTTK wycieczkę na Małą Fatrę, piękne górskie pasmo słowackie. Wycieczka rozpoczęła się zbiórką o godzinie 6.00, a już piętnaście minut później ruszaliśmy autokarem z Jaworzna. Naszym celem było Strecno na Słowacji. Droga zabrała około czterech godzin. Granicę przekroczyliśmy bez problemu i po 10.00 Zatrzymaliśmy się na parkingu. Przewodnik podzielił naszą sporą grupę na dwie. Jedna miała wyruszać ze Strecna trudniejszym szlakiem, dla drugiej przewidziano łatwiejszą trasę. I tak zaczął się pierwszy dzień naszej wędrówki. Jako, że poszłam tą ambitniejszą trasą, to było wiadomo, że na koniec dnia będę bogatsza o bardzo wiele wrażeń.

na szczycie krywania

Wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w stronę Suchego. Z pełną odpowiedzialnością mogę powtórzyć tutaj słowa przewodnika, że wszystkie podejścia (jak i zejścia) Małej Fatry są straszliwie strome i żmudne. Pomimo podziału, różnica odległości pomiędzy czołem a końcem grupy była dość znaczna. Podejście pod schronisko pod Suchym, które znajduje sie na 1075 m n.p.m. zajęło nam około 2,5 h czasu i zakładając, że wydłużamy przewodnikowy czas dziewięciu godzin przeznaczony na trasę, mogliśmy dość konkretnie spóźnić się na zamówioną kolację... W schronisku każdy kupił sobie obiad (lub coś na jego kształt). Z własnej obserwacji z oburzeniem muszę stwierdzić, że w schronisku tym nie chciano wydać mi wrzątku, do czego w polskich schroniskach jestem normalnie przyzwyczajona, a więc na nic noszenie zupek czy herbaty ekspresowej... Wracając do trasy, po tym postoju całą grupą podeszliśmy na przełęcz pod Suchym... i tam podzieliliśmy się ponownie. Słabsza grupka ruszyła żółtym szlakiem, dzięki czemu zaoszczędzili przewodnikowo godzinę i ominęli trzy szczyty. Pozostało nas już trochę ponad dziesięć osób. I taką ekipą zaczęliśmy zdobywać Suchy.

Jest to najcięższe podejście z całej trasy i nieźle dało nam w kość. Jest strome, uciążliwe, skaliste, trzeba pomagać sobie rękami, ale warto wyjść. Widok jest niesamowity, a i satysfakcja pewnie niemała. Suchy znajduje się na 1458 m n.p.m. Dalsza droga prowadzi już po grani i choć również trudna i wymagająca, męczy dużo mniej. Tak więc, idąc granią po ścieżce otoczonej kosodrzewiną, pokonując drobne skałki i ciesząc sie widokami, przeszliśmy przez Białe Skały i Stratenec (1512 m n.p.m.). Po drodze spotkał nas deszcz, ale na szczęście padało krótko, więc szybko schowaliśmy nasze kurtki. Schodząc ze Stratenca nasz szlak połączył się z żółtym i tam spotkaliśmy resztę naszej grupy. Już wspólnie zdobyliśmy Mały Krywań (1671m n.p.m.). Po małym postoju czekała nas dalsza wędrówka. Ostatnim już tego dnia szczytem do zdobycia był Wielki Krywań, najwyższy szczyt Małej Fatry o wysokości 1709 m n.p.m. Przed nami było 1,5 h godziny marszu, a podłoże składające się z gliny i błota było tak śliskie, że łatwo można było objechać. Zgodnie z urokiem gór zeszliśmy dość znacznie w dół aby potem ponownie się wspinać. Szlak mija trawersem jeszcze jeden szczyt więc i tak zostaliśmy oszczędzeni. W końcu, jako metaforyczną wisienkę na torcie, osiągnęliśmy szczyt Wielkiego Krywania. Można go było ominąć w drodze do schroniska, dlatego niektórzy mocno strudzeni trasą, nie szczytowali, jednak sama weszłam, i wiem, że warto było. Widok z Wielkiego Krywania jest naprawdę niesamowity. Góruje on nad pozostałymi szczytami.

ania na szczycie wielkiego krywania

Teraz czekała nas już tylko godzina zejścia do schroniska Chata Vratna (750 m n.p.m.). Jednak myli się ten, który sądzi, że to było łatwe. Była to najgorsza część całej trasy. Do schroniska można się dostać kolejką, ale okazało się, że jest już zamknięta. Prowadzi do niego też zielony szlak, i to właśnie nim przyszło nam schodzić. Jednak muszę powiedzieć, że zejście tym szlakiem jest po prostu tragiczne nie mówiąc już o tym, że samo odnalezienie wąskiej ścieżki gdzieś po boku trasy kolejki jest nie lada wyczynem. Gdy już się go znajdzie, wcale nie schodzi się wiele lepiej. Szlak ten to ciągły spad pod ostrym kątem, gdzie grawitacja silnie pcha do przodu, a obsuwające się spod nóg gruzowisko nie daje podparcia stopom. Jest to prawdziwa katorga dla kolan, co zmęczeni całodzienna wędrówką, odczuliśmy jeszcze bardziej. W końcu jednak każdy z nas, wszystkimi siłami opierając się grawitacji, prędzej czy później dotarł do Vratnej chaty, miejsca naszego noclegu.

Z przykrością zorientowałam się, że na Słowacji nie podają picia do obiadu, więc trzeba było ratować się kupowaniem popitku na własną rękę. Po obiadokolacji i mniej lub bardziej komfortowym (raczej mniej =]) wzięciu prysznica wszyscy udaliśmy się na zasłużony wypoczynek do swoich pokoi. Tak zakończył się pierwszy dzień zwiedzania Małej Fatry.

pomnik janosika

Nadszedł dzień drugi. Razem z towarzyszami z pokoju obudziłam się po godzinie 6 rano. Po szybkim przepakowaniu pozbieraliśmy się i udaliśmy na planowane śniadanie. Jadłam na Słowacji dwa posiłki i dość irytującym faktem było, że każdy podano nam z co najmniej półgodzinnym opóźnieniem... No ale nie ma co przejmować się tymi drobnymi uniedogodnieniami bo późniejsza wędrówka i widoki na szczęście wynagradzają je. Jeszcze poranna kawa zakupiona przez chętnych w bufecie (to jedno naprawdę mi smakowało) i ogłoszono zbiórkę do wyjścia na szlak.

Tego dnia znowu można było obrać trasę krótszą i dłuższą. Znów wybraliśmy dłuższą i w troszkę okrojonej grupie może piętnastu osób ruszyliśmy na Kraviarskie (1360 m n.p.m.). Najpierw lasem zielonym szlakiem na przełęcz pod Kraviarskim (1230 m n.p.m.), krótki odpoczynek a potem przechodzi się na szlak niebieski i już tylko jakieś dwadzieścia minut na szczyt, pierwszy wierzchołek tego dnia. Dalsza wędrówka poprowadziła nas granią. Widoki są tam naprawdę piękne. Grań doprowadziła nas na pośredni szczyt, Zitne (1264m n.p.m.), a później na Baraniarky (1270 m n.p.m.). Zejście z tego ostatniego było bardzo nieprzyjemne... Akurat mieliśmy tego pecha, że było po deszczu, a podłoże tam to głównie glina i przyznam, że bardzo musiałam tam zwolnić, grzęzłam bardziej niż iść, momentami zjeżdżałam na butach. Nareszcie po tym żmudnym zejściu dotarliśmy na Sedlo Prislop (916 m n.p.m.). Kilka osób zniechęconych zejściem i zmęczonych opuściło nas i zeszło niebieskim szlakiem do drogi, by tamtędy udać się do Terchovej, gdzie czekał na nas autokar. Muszę się przyznać, że sama się wahałam, ale w końcu zdecydowałam iść do końca. Tą uszczuploną grupą zaczęliśmy żółtym szlakiem zdobywać ostatni szczyt naszej dwudniowej wycieczki – Sokolie (1170 m n.p.m.). Szybko przekonałam się, że podjęłam słuszną decyzję. Był to chyba najładniejszy odcinek trasy tego dnia. Idzie się bardzo przyjemnie, a widok jest wspaniały. Już na zejściu szlakiem niebieskim mogliśmy podziwiać sterczące skały, jedna z nich nazywana Janosikiem, rzeczywiście przypomina tą postać. Lekki korek podczas zejścia pojawił się na dwóch czy trzech łańcuchach, które się tam napotyka, a potem już spokojne zejście na dół. Zeszliśmy do Terchovej.

Tam każdy mógł zamówić sobie coś do zjedzenia i picia. Gdy już wszyscy się posilili, około godziny 17 ruszyliśmy autokarem w drogę powrotną. Odwiedziliśmy jeszcze sklep tuż przed granicą, z którego nie omieszkałam wywieźć kilku czekolad Studenckich (taka mała kryptoreklama). Potem spokojnie przekroczyliśmy granicę i około 21.30 dotarliśmy do Jaworzna, gdzie zakończyła się nasza wyprawa. Jestem bardzo zadowolona z tej wycieczki, bo okazało się, że Mała Fatra to niesamowicie piękny rejon, który trzeba zobaczyć.

Ania Pawełczyk

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.