Masyw Pikuja i Połonina Borżawa – Majówka 2007
Zobacz też:
Widzę za oknem pierwszy marznący opad w tym sezonie i chyba dlatego przypomniał mi się ostatni śnieg zeszłego sezonu.
Od początku…
Z powodu moich jakże absorbujących fizycznie i psychicznie studiów nie mogłam wyruszyć z cała grupą. Znalazły się jednak jeszcze cztery osoby, które też się trochę spóźniły. Spotkaliśmy się w Przemyślu (patrz Schronisko Młodzieżowe http://www.ptsm-matecznik.pl/), gdzie zdałam sobie sprawę ilu rzeczy zapomniałam. W głowie usłyszałam melodię Tes** - dla Ciebie, dla Rodziny i chwilę później miałam już coś na kształt piżamki i inne takie (to miała być rada dla roztargnionych – nie trzeba gasić telewizora gdy nadawane są reklamy…).
O świcie (albo o brzasku, nie pamiętam) wyruszyliśmy ze schroniska, ażeby dotrzeć na przejście graniczne w Medyce na 6 rano. Kolejka o tej porze nie była nadzwyczajnie przerażająca, a może już się przyzwyczaiłam… Udało nam się zgrabnie prześliznąć dzięki sprawdzonemu sposobowi "na turystę". Uwaga - jeśli komuś nie udaje się przejść szybciutko, proszę się nie przejmować - można za to zyskać kilka cennych rad od "mrówek" z cyklu "jak zmobilizować ukraińskiego celnika do działania bez łapówki".
Oczekując na autobus do Lwowa (bilet ~10 hrywien, czas przejazdu ~2h, wrażenia - bezcenne) odwiedziliśmy jeden ze sklepików na granicy i zaopatrzyliśmy się w ukraińską chałwę i cukierki „Koriłki” – krówki w czekoladzie. Miguel – kolega z Hiszpanii – w głębokim szoku przeliczał 5 euro na butelki piwa (1 piwo ~ 2UAH, 1UAH ~ 0,5zł). Droga do Lwowa minęła szybko. Dalej przemieszczaliśmy się autobusem do miejscowości Sambor, tam przesiadka i jazda w kierunku Mukaczewa - wysiedliśmy w Biłaszowicach (Belasovice). Na polance z widokiem na klasyczną w zabudowie, bieszczadzką wieś raczyliśmy się wyborną kawą. Bieszczady Wschodnie nie są wysiedlone, a we wioskach życie toczy się jak przed wojną. Zapukaliśmy do najbliższej chałupy i wrzątek w 5 minut i ludzie mili i znów kilka ciekawych historii. Pełni sił poczęliśmy wdrapywać się na masyw Pikuja. Po drodze spotkaliśmy aż dwóch turystów (na rowerach!), jednego miłego pana z siekierą i na samym szczycie jeszcze kilka osób. Nawiązaliśmy kontakt z grupą SoftCore (aaa bo cała grupa - około 20 osób - była podzielona na HardCore – że niby więcej chodzą i SoftCore, do których planowaliśmy dołączyć). Członkowie grupy S.C. poinformowali nas o rozbiciu obozowiska na południowy zachód od szczytu Pikuja (1405m n.p.m.). Wielka radość zagościła w naszych sercach, gdy z mroźnego szczytu dostrzegliśmy blask ogniska i mieniące się płatki i inne niezapomniane widoki.
Polanka była troszkę dalej niż nam się uprzednio zdawało – po drodze Asia zaczęła dopatrywać się podobieństwa między rozwijającymi się liśćmi łopianu, a soczystym szpinakiem. Jeszcze kilka minut marszu i zaskoczenie – ze szczytu namierzyliśmy grupę H.C. zamiast S.C. Odnalezienie grupy S.C. przełożyliśmy na następny dzień, tymczasem zajęliśmy się gitarą i pulpą.
Rano grupa H.C. ruszyła w kierunku Połoniny Równej, a my dla odmiany na szczyt Pikuja. Chcieliśmy skrócić drogę – na wszystkich mapach widoczna była ścieżka skracająca trasę o parę metrów w pionie i poziomie, w terenie też ją zauważyliśmy. Szliśmy żwawo... do czasu... Wspólne przedzieranie się przez górskie, gęste, sprężyste krzaki zbliża ludzi. Ale może oddalać od celu wędrówki. Udało nam się dotrzeć do wioski Jałowo, niestety już nie za dnia.
Zapukaliśmy do domu – sklepu – miła pani postarała się dla nas o nocleg w domu, w którym był, nazwijmy to, prysznic. Nasi gospodarze jak zwykle mili, cały czas zachęcali nas do oglądania telewizji. Wystrój typowo ukraiński – mnóstwo kwiatów, świecidełek. Jedno nas tylko zszokowało - na jednej z półek ułożone na przemian opalizujące, kryształowe kieliszki i telefony komórkowe. Odnalezienie grupy S.C. przełożyliśmy na następny dzień. O świcie, za odpowiednią opłatą, nasz miły gospodarz spakował do swojej łady pięć wielkich plecaków. Nasza piątka też się zmieściła. I kierowca. I nawet ruszyliśmy. I dojechaliśmy na miejsce tj. do Wołowca. I odnaleźliśmy grupę S.C. !
Grupa Soft nie zawiodła. Dopiero po odpowiednim przygotowaniu (leżakowaliśmy jakieś 3 godziny) rozpoczęliśmy atak na Połoninę Borżawę. Na tejże Połoninie zaliczyliśmy Płaj (1334m n.p.m.), Wielki Wierch (1598m n.p.m.), Stohy (1681m n.p.m.). Po drodze jeden nocleg. Było tak zimno, że dokładnie już nie pamiętam gdzie to było (rada - w niepewnych warunkach przydaje się folia NRC – dostępna w sklepach medycznych za jedyne 5zł). Następnego południa... wszyscy wstaliśmy, nikt nie zamarzł. Wielokrotnie odśpiewaliśmy przebój "Znów wędrujemy ciepłym krajem, malachitową łąką..." Na grani było jeszcze sporo śniegu, użyliśmy karimat w innym niż dotychczas celu. Przyznano nagrody za zjazd największej liczby osób na jednej karimacie, zjazd z najlepiej wykonanym piruetem itp. itd. Przedostatnią noc planowaliśmy spędzić na Stohu (najwyższy szczyt pasma), ale nie było tam kopuły radarowej, która miała tam być, bo przedsiębiorczy lud ukraiński rozebrał ją na złom. Poszukując wody i płaskiego miejsca na rozbicie namiotów zapędziliśmy się w dolinę, gdzie w nocy z braku lepszego miejsca rozbiliśmy się pomiędzy drogą a strumykiem. Rano (a właściwie w okolicach południa) przez nasze ognisko na środku drogi przejechały dwie furmanki i kilkanaście samochodów terenowych, ale nie jestem pewna czy to właśnie ten fakt zmobilizował nas do wymarszu. Po dotarciu szosą, na której roztapiał się asfalt, do miejscowości Sasowka, rozlokowaliśmy się pod sklepem (to w końcu najlepszy punkt orientacyjny). Okazało się, że mamy osobowy pociąg do Lwowa, więc cała grupa skrzętnie wykorzystała okazję i rozpoczęła powrót do cywilizacji. Powrót naszej piątki trwał dłużej. Jako, że nie spieszyło nam się zbytnio postanowiliśmy skręcić w Polskie Bieszczady na 1,5 dnia. To taki dobry sposób dla złagodzenia szoku po powrocie do Polski.
I jeszcze na koniec, po powrocie kolega koleżanki, który wybrał się na majówkę na Ukrainę, tylko nieco "niżej", opowiadał jak to musiał mijać swoim landroverem "dziwną" ekipę, która rozpaliła ognisko na środku drogi i zablokowała przejazd. Jaki ten świat mały :]
Gosia Kowalska
All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.



