Kabestany w wodzie - dziennik pokładowy

Skład załogi:

Nasz rejs rozpoczęliśmy od kupienia dwóch kartonów mleka w Biedronce. Poza zatankowaniem i obiadkiem na Grajewskiej Kempie oraz powrotem do portu niewiele się działo.

ujęcie z rufy na dziób

26.08.2007: Rano wypłynęliśmy na jezioro Niegocin, minęliśmy wyspę i zawróciliśmy koło Rydzewa. Wiało dosyć mocno i widok dna jednej odwróconej łódki nie dodał nam otuchy. Postanowiliśmy wrócić do portu, tym bardziej, że musieliśmy zrobić zakupy i poczekać na Gosię. Chcieliśmy jeszcze pohalsować po północnej części jeziora, jednak ciemne chmury skłoniły nas do włączenia silnika (przy zrzuconych żalach) i wpłynięcia do portu. Ostatnie godziny wolności i spokoju spędziliśmy przy piwku.

27.08.2007:Do załogi dołączyła Gosia ;))) Koniec samowolki, czas na STRACH I DYSCYPLINĘ ;] Po wpakowaniu bagażu do dziobu trzeba było wykonać klar na łódce. Cuma niebuchtowana, odbijacze nie na miejscach, pełno rzeczy niepotrzebnie na zewnątrz... Nastąpiła reorganizacja bakist, jedzenie psujące się do bakist na rufie (gdzie najchłodniej), kapoki i sztormiaki do bakisty w hundkoji, reszta do środka. Potem herbatka pokarmienie łabędzi i wyjście z portu w kierunku kanału Giżyckiego (10:40). Po przejściu kanału kierujemy się jak najdalej na północ. Wiatr daje nieźle popalić, ale chłopaki dzielnie się trzymają :)) Drugi manewr przejścia przez most, położenia i podniesienia patyka na przesmyku do jeziora Mamry już całkiem sprawnie. Na Mamrach 5 w porywach do 6 B mordewind i falowanie. Przybiliśmy bez jakichkolwiek problemów do stałego miejsca na jeziorze Przystań. Wieczorkiem, po obiedzie (kurczak), poszliśmy na spacer na biwak, skąd zobaczyliśmy piękny zachód słońca. Jak się w nocy okazało nie był to jednak dobry pomysł na nocleg, niezła chwiejba była. Wstawaliśmy o 4 nad ranem żeby się wybrać na kotwicy (bo cosik o kamienie darliśmy), poza tym wszystko ok.
Ps. Gosia wszystko pochowała, nic nie możemy znaleźć (Wojtek).

zdjęcie całej drużyny

28.08.2007: Pobudka o 6, wieje i zimno... niebo ciemne... śpimy dalej... koło 8, niebo zaczyna się klarować, więc wstajemy. Poranne kąpanie (niektórzy ;P), śniadanie i spacerek do Trygortu. W Trygorcie zakupy. Nie wiemy czy wypływać, od kolegów Wojtka dostaliśmy cynk iż za dnia może być 9 B (jak się potem okazało był to cynk nieuzasadniony ;P). Więc stoimy, a wieje i wali w nas fala że hej. Koło południa decydujemy się przecumować na drugi brzeg, silnik zapuściliśmy i pyr pyr pyr na Mamerki. Tutaj cisza i spokój (niestety cumowanie 12 zł., ale za to sławojki, woda pitna, zmywanie naczyń, sklep). Zdecydowaliśmy się an spacer na bunkry. Chłopaki się zawiedli, dobrze że spiraciliśmy wejście :)) Obiad.. znowu pulpa... potem piwko i rakija gruszkowa z Chorwacji ;). Świetny wschód księżyca!! I na koniec dnia: grill z kiełbaskami przy świecach. W czasie grillowania Krzyski zaliczyli nocne pływanie ;) co może i było dobrym pomysłem, bo potem im zimno przy grillu nie było. A noc była chyba najzimniejsza z wszystkich które były i będą, 4 stopnie podobno. Jeśli akumulator jeszcze jakoś ciągnął, to teraz musiał paść na amen.
Ps. A propos pulpy: była pierwszego dnia na makaronie, drugiego na kartoflach, dzisiaj standardowo z ryżem (Wojtek).
Ps2. Krzychu znowu zerwał moskitierę.
Ps3. Dzięki uprawnieniom SEP-owskim do 1 kV Didoka udało nam się naprawić instalacje elektryczna jachtu (odśniedzianie bezpiecznika gratis).
Ps4. Krzych : ”Może jutro zrobimy pulpę na kaszy żeby nie popaść w rutynę?”.

29.08.2007: 11:00 płyniemy, wiatr idealny, tak w sam raz. Coś pomiędzy cisza, a "do zwrotu przez kil". 2/3 B, czasem przyszkwali, ale kabestany jeszcze się nie moczą. Krzychu przy sterze (PKS). Wygrzebaliśmy się z kabiny wcześnie, przed śniadaniem się wykąpałem i przy okazji umyłem, razem z włosami. Pierwsze mycie w czasie rejsu to ważne wydarzenie, musiałem to upamiętnić w dzienniku. Didok siedzi na dziobie i wyparuje przesmyku do jeziora Kirsajty.

12:07 jezioro Dargin. Profesjonalnie i szybko przeprowadzony manewr kładzenia i stawiania masztu. Płyniemy na Wyspę Kormoranów (charakteryzuje się kępką drzew o dokładnie objedzonych czubkach i białej od "wydzielin" reszty, tak zwanej "Wyspy Obsrańców") wypatrując Głazów Sztynordzkich. W międzyczasie sesja zdjęciowa w sztormiaku. Postanowiliśmy dać Gosi trochę posterować. Gosia mówi że nie będzie przechyłów, chociaż na Mamrach raz przyszkwaliło na tyle ze puścił zamek w drzwiczkach pod kuchenką i dwa talerze wypadły do dziury pod stołem. Jedzenie się nie rozsypało, talerze całe. Jak znajdziemy głazy napiszemy dokładnie gdzie są ;) Znaleźliśmy głazy- są gdzie były ;) (Wyspa Kormoranów też).

Płynąc z powrotem postanowiliśmy obejrzeć łabędzi szlak. Początkowo planowaliśmy nocleg w okolicach Pięknej Góry, jednak Zimny Kąt tak nam się spodobał, że koło wyspy Ptasiej zawróciliśmy i przy kompletnej flaucie halsowaliśmy aż do pierwszego pomostu. Okazało się przy nim zbyt płytko, wiec na pagajach Gosia i Didok opłynęli cypel i przycumowaliśmy do dłuższego pomostu. Później nastąpił normalny podział obowiązków (po zrobieniu klaru na jachcie), czyli: kobiety do garów, a mężczyźni do lasu zbierać drewno na ognisko. I tak w końcu siedzieliśmy na pomoście i gapiąc się w zachodzące słońce zjadaliśmy pyszne spaghetti.

Nie mieliśmy już kiełbasy ani chleba, więc kupiliśmy na miejscu (jest sklepik w przyczepie na polu). Chleb: 2,5 zł; kiełbasa: 2 zł sztuka. Rozpaliliśmy ognisko i smażąc kiełbaski słuchaliśmy szant jakie nam zagrała/śpiewała załoga z nowo poznanej łódki.

30.08.2007: Wiał dopychający wiatr, ok 2/3 B. Co chwila szkwaliło, więc była obawa, że nie wyrobimy z wypłynięciem na pagajach, a ciągle nie było pewności czy można użyć silnika (łabędzi szlak jest na terenie rezerwatu). Wbrew wszelkim oczekiwaniom wyszliśmy perfekcyjnie i parę minut po 10:30 postawiliśmy szmaty i z zawrotna prędkością pognaliśmy do Kanału Niegocińskiego. Przeprawa bez większych problemów, patyk w górę i płyniemy na południe. Wiatr w twarz, ok 3/4 B. Sterował Didok i moczył kabestany.

Na jeziorze Bocznym tradycyjnie było ciasno, tym bardziej, że wiało prosto w twarz i ruch był duży. Na Jagodnym wiało mocniej, dochodziło do 6 B. Robiło się późno, więc na poziomie Jagodne Małe zawróciliśmy. Ster przejął PKS. Ja trzymałem szot przy prawym halsie, więc na rozjechanym kabestanie. Było ciężko. Na Niegocinie od 2/3 km od portu zaczęło padać, przejąłem wtedy ster.

Po modelowym wejściu do portu i przycumowaniu Krzyśki zaczęli się pakować. Gosia i ja wzięliśmy się za klar. O 18-stej wszystko było gotowe, chłopaki wzięli plecaki i poszliśmy do Giżycka coś zjeść. O 20-stej wsiedli w pociąg i pojechali do domu, a my z Gosia poszliśmy na spacer po Giżycku.

31.08.2007: Stan załogi uległ zmianie: Małgorzata Lejeune, Wojciech Lortz. Od rana lało, wyszliśmy z portu po 10 i o minutę spóźniliśmy się na przejście pod mostem na kanale Giżyckim. Zawróciliśmy i popłynęliśmy kanałem Niegocińskim. Wiatr północnozachodni, czyli mordewind) 2, czasem 3 B. Biednemu zawsze wiatr w oczy. Płynęliśmy powolutku halsując na jeziorze Dargin szukając noclegu. Stanęło na Pierkunowski Róg, czyli słomę i kamienie. Potem obiad, drewno na ognisko, zmywanie i herbatka. Wiatr dobijający, na początku fale 20-30 cm, przed 18 gładko.

Przy stawianiu masztu mieliśmy mały wypadek, bloczek obciągacza bomu dostał się pod maszt, który przeciął go na pół przy stawianiu. Bloczek do wymiany, masz i patent w porządku. W ostatniej chwili przed zmierzchem przecumowaliśmy na bardziej osłonięta stronę cypla, gdzie nie wiało i nie było fal. Bardzo płytko, rozerwałem sandał na grząskim dnie, gdzie zapadłem się po kostki idąc z cumą do brzegu. Gosia zajęła się położeniem kotwicy, czyli pójściem z nią kilkanaście metrów w głąb jeziora, gdzie ciągle wody było po uda. W tym czasie poszedłem przynieść nazbierane wcześniej drewno, połamane na identycznie długie kawałki.

Było prawie ciemno kiedy rozpaliłem ognisko zaraz koło brzegu, kiedy rozpaliło się na dobre doszła Gosia z jedzeniem i szpikulcami. Po ponad godzinie zjedliśmy perfekcyjnie wypieczone kiełbaski. Jeszcze chwila przy ognisku. O 22:22 byliśmy w kabinie, gdzie odczytaliśmy SMS od Justyny, po którym upewniliśmy się, że stan załogi się nie zmieni. Więc zapowiadał się tygodniowy romantyczny rejs we dwoje ;) Ale ale, nie zapominajmy że teraz wszystkie obowiązki pełnić będą musiały 2 osoby. Ano, bardzo romantycznie ;P

1.09.2007: Wypłynęliśmy przed 12. Wiatr NW 2/3 B. Fale wysokie, jachtem rzucało, ale wyszliśmy bez silnika. Po jeziorze Kisajno płynęliśmy motylem. W międzyczasie zjedliśmy po pysznej kaszce bananowej „Mleczny start”. Pyszna, polecam wszystkim! I małym i dużym, a szczególnie studentom, bo tania ;) Niebo zachmurzone, co jakiś czas przedziera się słońce, ale głównie całkowite zachmurzenie.

Patyk w dół, kanał Niegociński, cel: jak najdalej na południe. Na Niegocinie mordewind 2 B, Zachmurzenie pełne.

UWAGA: płynąc z Niegocinu na południe przy zachodnim brzegu trzeba trzymać się szlaku przed Strzelcami (PTTK). Zaraz koło szlaku mielizna, raz na nią wpadliśmy (nic się nie stało) przedwczoraj, przed chwilą zatrzymał się tam wyprzedzający nas jacht.

Słońce było już nisko kiedy położyliśmy patyk i wpłynęliśmy w ciąg kanałów. Podczas płynięcia ugotowałem obiad, było późno więc zatrzymaliśmy się na jeziorze Tałtowisko. Ścigaliśmy się z jedną łódka o miejsce. Koniec, końców zmieściły się obie, ale jakoś jak tylko przybiliśmy odpłynęli, czy dało nam to do myślenia... nie ;) Biwak był piękny, zejście sucha stopą, no i za darmo. Chwile potem zaszło słonce. Nazbieraliśmy drewna i zrobiliśmy ognisko pro forma, bez kiełbasek czy chleba. Spokojne zakończenie dnia.

2.09.2007: Piękny poranek, słonko świeci, delikatny zachodni wiaterek, po prostu idealnie. Jest po 9, zaraz płyniemy. Przeszliśmy ostatni kanał i rozłożyliśmy żagle. Kurs Mikołajki. Wieje słabo, koło 2 B. W Mikołajkach stoimy na dziko za mostami. Nic się nie zmieniło - król Sielaw dalej na swoim miejscu. Zorientowaliśmy się w cenach bloczków (nie jest źle). Jak wracaliśmy na jacht ratownicy wyłowili jakiś żagielek. Myślimy, że to coś na kształt omegi o rozmiarze optymista. Z mikołajek kurs na Bełdany. Koło 17 znaleźliśmy śliczny brzeg. Jak tylko zacumowaliśmy pojawiły się tarpany. Jeden nawet wszedł do wody i zaczął gryźć listwę obojową. Szybko się pojawiły i szybko znikły. Znowu pulpa, małe porządki, spać....
Ps. Było mycie w ciepłej wodzie ;D nie wiem ile gazu poszło ;((

3.09.2007 Poranek jak zwykle z „trójką”. Zachmurzenie pełne, na cyplu cisza, ale widzimy iż parę metrów dalej łódki przepływają z dużym przechyłem. Zmywanie po dniu wczorajszym, mycie deku i myślimy nad planami na dziś. Koło 11 wypływamy i kierujemy się na śluzę. Wiatr koło 4/5 B. Spotkaliśmy Eunice, ale płynęli w przeciwnym kierunku. Może jak będziemy wracać to się jeszcze zobaczymy. Staramy się zacumować jak najbliżej śluzy i iść do Ruciane na piechotę.

Ruciane Nida jest ekstremalnie drogie. Ser gouda: 20,5 zł/kg; koncentrat pomidorowy (najtańszy): 1,55 zł/szt. W supermarkecie ekspedientki bezduszne, w sklepie obok pani przynajmniej przyznała z przykrością, że jest bardzo drogo. Kupiłem „wprost” po stałej cenie 4,5 zł. Przeszliśmy się do portu i z powrotem do łódki przycumowanej za ośrodkiem NBP.

Plan był piękny. Do Rucianego ostro halsowaliśmy pod wiatr mieliśmy więc nadzieję, że wrócimy sobie na nasz biwak pięknym motylem. Niestety wiatr zmienił się na tyle, że znów musieliśmy halsować, tyle że w znacznie słabszym wietrze. Po chwili pojawił się deszcz, co skłoniło nas do szukania pierwszego lepszego ładniejszego miejsca i przybicia tam (oczywiście na żaglach). Jak zacumowaliśmy się wiatr już zgasł totalnie, więc mieliśmy szczęście. Po długich zmaganiach rozstawiliśmy tent, który trzymał się na bosaku i klamerce do prania.

W międzyczasie rozpadało się na dobre, więc postanowiliśmy odpuścić sobie ognisko, ale za to nazbieraliśmy z 5 litrów deszczówki. Pulpa była tym razem na makaronie, którego ugotowałem za dużo i pół 0,5 litrowego kubka musiałem odłożyć. Makaron bardzo smakował kaczce, która jako jedyna z trzech pływających w okolicy odważyła się po niego zanurkować. Wieczór upłynął na rozmowach przy świecy i kameralnej grze na gitarze.

Gosia tego wieczora była niesamowicie aktywna. Najpierw pozmywała, a potem przeleciała szczotką ryżową pokład. Czas spać. Jutro nie będzie pulpy, poczekamy aż kiełbasa kupiona w Ruciane Nida zacznie się robić kwaśna.

zapiski tworzone z nudów

4.09.2007: Wybiła 11, płyniemy... różnie, od mordewindu, przez półwiatr po baksztag. Przez jakiś czas próbowaliśmy zmusić grota do motyla na pełnym wietrze, ale bezskutecznie (wiatr strasznie kręci). Wypłynęliśmy perfekcyjnie parę minut po 10, bez silnika i pagajów. Wiatr 1/2 B, niebo 3/4, słonce przedziera się delikatnie przez warstwę chmur. Wypiliśmy kawkę.

Mamy motyla! Budyń!
Budyń pierwsza klasa. Waniliowy z kawałkami truskawek z konfiturą wiśniową. Świetne połączenie słodkiego budyniu i kwaskowatej konfitury. Jest 12:41, ledwo toczymy się do przodu, płyniemy na poziomie wyspy przed Popielskim Rogiem w stronę jeziora Śniardwy.

Wpłynęliśmy na Śniardwy. Wiatr w przesmyku zgasł do tego stopnia, że zaczęło nas znosić na trzciny, ale pagajami oszukaliśmy przeznaczenie (V). Na Śniardwach trochę dmuchało, słoneczko pięknie świeci. Płyniemy po szlaku z nadzieją, że kamienie, których jest na mapie prawie tyle co wody są oznaczone.

Śniardwy... W połowie drogi na Wyspy Pajęcze zawróciliśmy, bo przy tym wietrze nie dalibyśmy rady wrócić przed nocą. Słońce grzeje, zaraz zdejmuję sweter. Fajny, szary, wyciągnięty sweter, który pamięta moją wczesną podstawówkę. Wszystkie moje góry zjeździłem w tym sweterku. Wiatr 0 (słońce słownie „zero”). Goto przerywnik.

Gitara poszła w ruch, niewiele to jednak dało. Wiatr ciągle 0. Trochę powiało, ale przy przesmyku pomiędzy Dybowskim a Papieskim Rogiem znowu 0-1 B, idealnie pod wiatr. Przeszliśmy na pagaju. Najpierw płynąłem na Mikołajki, ale zaczęło wiać w mordę, więc zawróciłem na Bełdany. Po chwili znowu wiatr w mordę, ale było za późno żeby płynąć dalej, szczególnie przy braku normalnego wiatru. W końcu udało nam się minąć prom i po którymś z kolei postoju na środku jeziora rzuciliśmy szmaty i na silniku dopłynęliśmy do wycinki za Wierzbą. Potem klar, placki ziemniaczane, porządek i spać. Wiatr nadal 0.

5.09.2007: Udało nam się wstać parę minut po 7, mimo że budzik nastawiony był na 8. wystarczyło zastosować stara indiańska sztuczkę i wypić dużo wody przed spaniem. Efekt murowany. Tradycyjnie wyszliśmy na samych tylko żaglach, na dobrym północnym wietrze dopłynęliśmy do Mikołajek., gdzie wydaliśmy prawie 15 zł na sok dla silnika (3l). Od rana lało. Po śniadaniu i herbatce poszliśmy na spacer na Wierzbę i do Popielna, gdzie jest rezerwat konika polskiego. Tam małe zakupy, zdjęcie z końmi i sarenkami i można wracać na łódkę. Wypłynęliśmy około 10 i po chwili zaczęło padać.

Padało bez przerwy i postanowiliśmy wpłynąć na nocleg do zatoki Skanał. Zatoka pasowała do naszego samopoczucia: byliśmy zmęczeni, przemoczeni i zziębnięci. W zatoce bez wiatru, kotwica słabo trzymała, ale przy takim wietrze nie było się czym przejmować.

6.09.2007: Piękny poranek, bezchmurne niebo. Pobudka o 7. Coś pięknego. Dzień wcześniej zszyłem sobie sandały. Trzyma. Zaraz po wyjściu z zatoki zaczęło nas znosić. Korba miecza stawiała opór po piątym pełnym obronie w dół, czasem chodziła całkiem luźno. Okazało się, że to moskitiera wkręciła się w windę mieczową. Moskitiera cała, tylko brudna. I jesteśmy o jedno doświadczenie bogatsi. Wiatr słabnie więc nie dopływamy jednak do Rynu ( bo chcieliśmy go obejrzeć z wody) i koło 12 decydujemy się na powrót. Koło 13/14 weszliśmy w kanały... nuda, nuda, nuda... była obawa, iż na Jagodnym będzie słabo wiało, ale całkiem, jak się później okazało, nieuzasadniona (3 B). Więc po przejściu kanałów, kolo 16, stawiamy żagle i płyniemy jak najdalej na północ. Za Jagodnym stajemy na Kuli mając nadzieję iż będzie bezpłatnie, niestety nikt nic nie wie, nikogo nie ma z obsługi, a jednak wizja zapłaty 10 zł za nic (tylko sławojki) nas przekonuje do szukania czegoś innego. Więc patyk w dół, za most, patyk góra, żagle góra, płyniemy i wbijamy się w pierwsze lepsze miejsce na dziko(gdyż już dochodzi 19). Stajemy na jeziorze Bocznym. Wejście tradycyjnie na żaglach. Udało mi się tak kotwicę rzucić, że nie dość iż liny nie starczyło (miała 35 metrów) to trzymała jak diabli i nie dało jej się nawet o cm przesunąć, nawet gdy zapieraliśmy się we dwójkę. W końcu daliśmy spokój i przedłużyliśmy line kotwiczną. Tradycyjnie na obiad pulpa a potem ognisko, ostatnie ognisko chlip ;( . Ooooh jakże brakowało nam siekiery.

7.09.2007: Leniuchowaliśmy do 8 rano. Śniadanko, zaczęliśmy klar i wstępne mycie. Potem (koło 11) wyszliśmy (oczywiście na żaglach) i z wielkim trudem podnieśliśmy kotwicę.

Po wyjściu na Niegocin nieźle wiało (z 4 B). Fala duża, było sporo zabawy ;)) Chlapało na załogę. Weszliśmy do portu koło 14. Eunice już tam stała, więc przybiliśmy koło niej. Potem sprint: akumulator, butla gazowa, obciągacz bomu, obiad i klar... oł boy!! Akumulator 10 zł (Popielno 6 zł), butla gazowa: 20 zł za wymianę w LOK-u (ale nikogo nie było), a 18 za dopełnienie (na totalnym zadupiu Giżycka, ul. Rolnicza coś tam; Ruciane 13 zł). Bloczki od 50 zł w górę i nie ma zniżek dla studentów!! Szukaliśmy bloczka od Mikołajek przez Ruciane a w Giżycku najdrożej!! Bloczek + dinks do kręcenia 47 zł ;(((. no i oczywiście postój 13 zł. Ychhhh drogo tu mają!!

Na obiad wyjątkowo spaghetti ;D. Potem klar pełny. Koło 19 skończyliśmy, dalej naprawa obciągacza i słodka kolacja: budyń ;))

8.09.2007: Moja indiańska sztuczka zadziałała aż za dobrze. Może to kwestia pierwszego od tygodnia piwa, ale na pierwszy spacer poszedłem chwile po 6. Niebo bezchmurne, lekki wiaterek, idealny poranek. W drodze powrotnej odebrałem akumulator, teraz to dopiero jest jasno. Wybrałem piasek z odpływów zęzowych i przekonałem Gosię do wstania. Potem śniadanie, kawka, szorowanie pokładu i wszystko gotowe. Druga załoga odebrała jacht w tempie ekspresowym ;) Nic nie sprawdzała ;) Koło 9/10 byliśmy gotowi do drogi.

Załoga

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.