"Tylko dla orłów"
21-23.06.2002.
Kiedy o 4:40 przyjechali po nas Wojtek z Piotrkiem nie wiedziałem czego się spodziewać. Nowi ludzie i przede wszystkim nowe dla mnie miejsce- Tarty Wysokie. W Katowicach przeszliśmy do gabloty Krzysia i ruszyliśmy do Zakopanego. Dojechaliśmy tam ok. 7. Następnie busem przejechaliśmy do Kuźnic i w drogę.
Muszę przyznać, że byłem mile zaskoczony. Droga do Murowańca nie różniła się co prawda od szlaków beskidzkich, ale widoki robiły swoje. Przy schronisku zrobiliśmy sobie pierwszy postój. Napatrzyliśmy się na Zawrat i poszliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy, skąd można było zobaczyć nasz jutrzejszy cel, czyli "Orlą Perć". Znad Stawu poszliśmy na Zawrat. Droga stawała się coraz bardziej stroma, aż przed nami wyrosły pierwsze skały.
Skały w Tatrach mają jedną cechę: jak są chwyty, to jak marzenie, a jak ich nie ma, to trzeba iść po łańcuchu. Skałki pod Zawratem były wyposażone w chwyty, więc łańcuchy nie były potrzebne. Po drodze odbiłem trochę do przodu i musiałem poczekać na resztę na Przełęczy.
Po wejściu na mój pierwszy dwutysięczny obiekt (2159m n.p.m.) spojrzałem w lewo: ostra grań, szczyty jeszcze wyższe od mojego dotychczasowego rekordu- Perć. Nie byłem pewien swojej przyszłości. Rozmyślania przerwała mi reszta ekipy, która właśnie weszła.
Do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich szliśmy po schodach. Było to nie tyle męczące, co nudne. Ale udało się dojść do schroniska. Dorośli napili się wody ognistej lub herbaty. Co w tym fajnego? Najlepsza jest woda. Niegazowana. Ok. 17. dostaliśmy pokój. Można było się wreszcie rozpakować, umyć i zjeść porządną kolację. Było tego dużo.
Wieczorkiem Janusz pograł na gitarze, którą dzielnie wniósł na Zawrat. Gdyby nie muchy, to może coś by z tego wyszło. Nie dawały spokoju. Trzeba było wiać. Położyliśmy się spać ok. 9.
Plan na sobotę był następujący: Wstajemy o 500, jemy przegotowane w piątek śniadanie i ruszamy po godzinie na Krzyżne. Ze względu na warunki atmosferyczne (burza była) udało się zrealizować tylko część tego planu: Zrobiliśmy kanapki w piątek i obudziliśmy się o piątej rano. Postanowiliśmy czekać na lepszą pogodę. I doczekaliśmy się. Około siódmej niebo było czyste. Wyszliśmy o ósmej.
Droga na Krzyżne nie była zbyt trudna. Doszliśmy na przełęcz o 1000. I zaczęło się. Wyrypa na maksa. Ci, którzy byli na Perci wiedzą o co chodzi. Chciałem być twardy i nie łapać się łańcuchów, ale były odcinki, na których było to niemożliwe.
Już na pierwszym łańcuchowym odcinku trzeba było zejść po pionowej ścianie w dół. I na tymże odcinku miałem okazję do pierwszego udławienia adrenaliną: Szedł sobie łańcuch i nagle zniknął pod czapą śniegu. Trzeba było to jakoś obejść, a że obok był taki fajny wielki kamień, który aż się prosił, żeby na nim stanąć, każdy stawał. I ja też, tylko że to akurat pode mną musiał się obsunąć. Udało mi się go złapać w locie nogą i przytrzymać, dopóki Wojtek, Piotrek i Krzysiu nie uciekli ze żlebu, po którym szedł szlak. Gdy się odsunęli mogłem wreszcie puścić kamień. Była to całkiem duża bryła (ok. 30 cm), na niej leżały mniejsze kamyczki, które spadając porwały inne. Gdyby się nie odsunęli, z pewnością by ich zmiotło. Gdy wreszcie moje nadnercza się uspokoiły, mogliśmy ruszyć dalej, tym razem pod górę.

Kolejną rzeczą, która z pewnością utkwi mi na długo w pamięci jest podejście do trawersu. Trzeba było wczołgać się po płycie i przejść na drugą stronę grzbietu. Niby nic trudnego, ale wyglądało to jak zejście w otchłań. Pionowa ściana i łańcuch stopniowo zanikający we mgle. Nie było widać co jest pod nami, czy zejście jest trudne. Był to jeden z tych odcinków, na których łańcuch był niezbędny. Strach też robił swoje. Świadomość, że stoi się przy gładkiej ścianie, na wąskiej półeczce i że ma się pod sobą kilkaset metrów otchłani nie nastrajała zbyt optymistycznie.
Pogoda była wspaniała. Świeciło słońce, ale nie na nas. W Zakopanem było pewnie ze 40oC w cieniu. Nad naszym szlakiem unosiły się chmury, które skutecznie chroniły nas od przegrzania. Mimo tak wspaniałych warunków i idealnej widoczności nie można sobie pozwolić nawet na chwilę nieuwagi. Gdyby nie czujne oko kierownika Wojtka, wylądowalibyśmy nad Gąsienicowym. Na szczęście szybko zauważył on pomyłkę i doszliśmy do celu.
Na Kozim Wierchu (2291m n.p.m.), najwyższym szczycie w całości leżącym w Polsce odpoczęliśmy chwilkę. Był czas na jedzenie, pamiątkowe zdjęcia i podziwianie widoków, bo widoczność była świetna. Było widać Rysy, Wysoką, Gerlach i dużo innych gór, zarówno słowackich jak i polskich. Góry były ładne, ale czas leciał. Trzeba było iść dalej. Zejście z Koziego było dość strome, ale nic nie przebije wyjścia z Koziej Przełęczy. Najpierw wejście kilkanaście metrów w górę, potem długa drabina, przechylona we wszystkich możliwych kierunkach. Miejscami była tak blisko skały, że nie mieściła się noga. Ale udało się.
I tak szliśmy już coraz bardziej zmęczeni. Miejscami ze łzami w oczach schodziliśmy w dół wiedząc, że trzeba będzie to nadrobić wspinając się jeszcze wyżej.
Zaraz przed Zawratem była kolejna płyta, tyle że gładka. Szkoda, że łańcuchy się skończyły. Łatwo było się ześliznąć. Nagle przeszła przeze mnie idiotyczna myśl: Głupio byłoby się zabić na końcu trasy. Ale szybko odgoniłem od siebie te bzdety i zacząłem myśleć, co też ja zrobiłem.
Dokładnie o 18:30 zmęczeni i dumni z siebie stanęliśmy wszyscy na Zawracie. Pogratulowaliśmy sobie, zrobiliśmy zdjęcie i szczęśliwi zaczęliśmy schodzić do schroniska. Droga stawała się nie do zniesienia. Marzyłem, żeby wreszcie nadepnąć na coś miękkiego. Plecak ważył chyba tonę.
Po dwunastu godzinach morderczej drogi wyczerpani stanęliśmy wszyscy pod schroniskiem. Od razu przyniosłem karimatę na teras i padłem. Zaczęło robić się chłodno, więc musiałem się ubrać. Gdy już czysty wróciłem na taras, byłem już w stanie samodzielnie siedzieć. Krzysiu postawił mi Colę i było pięknie. Ostatkiem sił doczołgałem się do pokoju, rozwinąłem karimatę na podłodze, wsunąłem się do śpiwora i ok. 21. urwał mi się film.
Rano nie miałem nawet siły, żeby się wiercić lub chociaż przewrócić na drugi bok. Bolało mnie wszystko od szyi w dół (z jednym wyjątkiem). Z wielkim trudem umyłem się i poszedłem zrobić coś na śniadanie. Można było zjeść wszystko. To dobrze, bo w sobie to mniej waży.
Po śniadaniu spakowaliśmy się i poszliśmy Doliną Roztoki do Palenicy Białczańskiej przez Wodogrzmoty Mickiewicza. Droga była zupełnie inna niż ta, do której zdążyłem przyzwyczaić się w ciągu ostatnich dwóch dni. Łagodna, biegła w lesie, więc zacieniona. Różnicę można było odczuć także po ilości ludzi. Zdecydowanie więcej, niż na Perci. Po drodze mięliśmy dwa postoje: jeden nad rzeką, drugi przy Wodogrzmotach. Imponujące. Ale Siklawa jest ładniejsza.
Z Palenicy pojechaliśmy busem do Zakopanego, gdzie wpakowaliśmy plecaki do samochodu. Można było wreszcie przebrać się w świeże ubrania, które nie przyciągały owadów. Było jeszcze wcześnie, więc postanowiliśmy zrobić sobie lekką wycieczkę po Dolinie Strążyskiej. Doszliśmy do chatki, przy której napiliśmy się kwaśnego mleka.
Jeszcze tylko jedno- Trzeba podziękować Bogu za bezpieczne dojście, za ładną pogodę, udany wyjazd i poprosić o szczęśliwy powrót z Zakopanego do Katowic. Uczyniliśmy to w Sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej na Krzeptówkach.
Pożegnaliśmy się z Tatrami, wsiedliśmy do samochodu i wyjechaliśmy z Zakopanego. Jeszcze długo będę pamiętał ten wyjazd. Zarówno ze względu na wspaniałe towarzystwo, jak i na piękno Tatr Wysokich.
Wojtek Lortz
All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.



