W cieniu Wielkiej Raczy na mrozie i w śniegu

Zimno, ból i śnieg. Tyle pamiętam z wyjazdu w rejon Wielkiej Raczy, który miał miejsce w dniach 17-19.I.2003 roku. Ale postaram się przypomnieć sobie coś jeszcze.

Z Katowic wyjechaliśmy pociągiem o 15:24. Trzeba było widzieć nasze miny, gdy go zobaczyliśmy. Intercity. Kierownik pociągu powiedział, że to pociąg osobowy, ale tylko do Bielska, a od Bielska jedzie jako Intercity i że będziemy musieli dopłacić do biletów, jakie mamy. Ale za Bielskiem inny konduktor powiedział, że jeżeli mamy wykupione bilety do Rajczy to nie musimy dopłacać. W Rajczy poszliśmy na przystanek autobusowy, gdzie próbowaliśmy złapać jakąś okazję, ale cóż... Nie zawsze się udaje (z powrotem było lepiej). Po jakichś trzydziestu minutach łapania wsiedliśmy do autokaru, który zawiózł nas na miejsce. Ale po drodze coś się wydarzyło: Autokar nagle się zatrzymał, a na drodze stała kupa ludzi. Od razu zrozumieliśmy, że to wypadek, zerwaliśmy się z siedzeń i pobiegliśmy w stronę leżącego człowieka. Michał biegł przodem, a ja biegnąc za nim próbowałem poskładać do kupy wszystko, czego nauczyłem się na Kursie Ratowników Medycznych. Było ciemno, jedynymi źródłami światła były: nasz autokar (z którego zaraz po nas wybiegli ludzie, przez co liczba gapiów radykalnie się zwiększyła) i Maluch ze strzaskaną przednią szybą. Gdy dobiegliśmy do niego, zaczęliśmy wypytywać człowieka, który przed nim klęczał, co się stało. Powiedział, że to, co zwykle: wracał pijany z baru i wbił się głową do środka ww. Malucha. Teraz leżał na środku drogi owinięty w kilka kołder, które poznosili mieszkańcy okolicznych domów. Był przytomny, ale ciężko było się z nim dogadać. Miał czucie w nogach i rękach, co pozwoliło nam wykluczyć jakiś poważniejszy uraz kręgosłupa, nie miał też żadnych poważniejszych ran, więc jedyne, co nam pozostało to czekać na karetkę, która została już wezwana. Najpierw przyjechali strażacy z OSP Rajcza, potem policja a na końcu pogotowie. Gdy zabrali go do szpitala mogliśmy wsiąść do autokaru i jechać dalej.

Dojechaliśmy na miejsce, od razu odczuliśmy dość silny mróz, ale trzeba było iść. Było ciemno, ale Michał znał drogę na pamięć. Dojście zajęło nam ok. piętnastu minut. Bacówka była wspaniała. Była szeroka na ok. 3 metry, długa na 7 i wysoka na 2. Po prawej stronie, zaraz przy wejściu stół i wisząca półeczka, po lewej piec. Dalej łóżko składające się z kilku desek i ławka wzdłuż prawej ściany. Na końcu, ok. metra nad ziemią coś w rodzaju łóżka (też z desek). Nie była to bacówka, do jakich jestem przyzwyczajony. Ale najbardziej zdumiony byłem, gdy zauważyłem stos suchego igliwia i gałązek, zostawiony przez poprzednią ekipę. Przed wyjściem uczyniliśmy tak samo. Ale po kolei: Zaraz po zdjęciu plecaków zabraliśmy się za nazbieranie drewna, co poszło nam dość sprawnie. Gdy rozpaliliśmy w piecu, który wcześniej został uszczelniony przez Michała, zrobiło się trochę cieplej. Michał poszedł po wodę. Wrócił po paru minutach, troszkę zziębnięty. Okazało się, że strumyk był pokryty warstwą lodu, a ta śniegiem i że musiał wyrąbać w nim dziurę. Nie miał rękawiczek, więc zaraz po przyjściu przykleił się do pieca. Woda się zagotowała, kanapki z paprykarzem były gotowe, więc zabraliśmy się do jedzenia. Bacówka była już napełniona dymem, co tworzyło nieporównywalny z niczym klimat. Tylko troszkę szczypało w oczy. Pozostało tylko położyć się spać, co uczyniliśmy bez zbędnej zwłoki. Jeszcze tylko trochę popiszczały harmonijki i dobranoc.

Tej nocy mróz dał nam się we znaki. Mimo że miałem puchowy śpiwór, telepało mną trochę i kilka razy budziłem się z zimna. Ale nie było tak źle. Zaczęło porządnie mrozić w środku późnym wieczorem, kiedy zgasł ogień w piecu. Nie miałem mokrych butów, więc nie musiałem ich chować (patrz: "Trzy pory roku"). Rano wstałem i dużo mnie kosztowało wyjście ze śpiwora, w którym mimo wszystko było cieplej niż na zewnątrz. Ale się przemogłem, szybko się ubrałem i poszedłem po wodę, potem po drewno, którego wraz z Wichciem nazbieraliśmy całkiem sporo. Trzeba było to jeszcze połamać, żeby zmieściło się do piecyka. Dany dalej siedział przy piecu i udawał, że pilnuje ognia. Gdy wreszcie płyta na piecu porządnie się nagrzała, obok menażek z wodą zaczęły pojawiać się kromki chleba z pasztetem, mielonką lub z serem. Nie ma to jak ciepły posiłek na początek dnia. Trochę jeszcze posiedzieliśmy, spakowaliśmy się (mimo wszystko woleliśmy nie zostawiać całego dobytku w bacówce, do której mógł wejść każdy, wystarczyło tylko odsunąć belkę trzymającą drzwi) i wyszliśmy. W bacówce zostało tylko jedzenie podwieszone w workach pod łóżkiem (tym niższym). Najpierw szliśmy na przestrzał po polanie w kierunku Wielkiej Raczy (1236m n.p.m.). Drogę torowałem ja, ale śnieg nie był za wysoki, więc nie zmęczyłem się zbytnio. Po jakimś czasie weszliśmy w las, a potem na drogę, którą doszliśmy do drogi asfaltowej i dalej już tylko żółtym szlakiem na Raczę. Śnieg był udeptany, więc nie było za ciężko.

Na Raczy zjedliśmy czekoladę parę kromek z pasztetem, wypiliśmy termos herbaty i dwa termosy oranżady z tabletki musującej. Wyszliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Upłazu (1033m n.p.m.). Zaczęło się robić ciężko, bo po każdym kroku noga zapadała się do połowy uda w śnieg. Nie przejęlibyśmy się tym zbytnio, gdyby nie to, że na śniegu była trzycentymetrowa warstwa lodu, która wręcz gruchotała piszczele za każdym razem, gdy noga się zapadała. Koszmar. Przed Magurą postanowiliśmy odbić w kierunku naszej bacówki i znów było po kolana w śniegu. Ale bez lodu. Droga powrotna nie była zbyt męcząca, bo szliśmy cały czas z góry. W pobliżu bacówki zaczęliśmy zabierać ze sobą drewno, Wichciu nawet przyniósł sobie pieniek do siedzenia, który w rzeczywistości posłużył nam za stół.

Patrząc na mapę można by pomyśleć, że nie przeszliśmy zbyt wiele. W lato nie zajęłoby to więcej niż 6 godzin, ale w zimę jest inaczej. Idąc pod górę trzeba nogę podnieść wyżej niż zwykle, żeby wydobyć ją ze śniegu i tupnąć o wiele mocniej, żeby przebić lód, który się na tym śniegu znajduje. Zajmuje to zdecydowanie więcej czasu i pochłania o wiele więcej energii. Nie piszę tego po to, żeby wytłumaczyć się komuś kto uważa, że przeszliśmy mało. Piszę to po to, aby ci, którzy w zimę nie chodzili zdali sobie sprawę, że planując trasę muszą założyć, że nie przejdą jednorazowo tyle, ile latem. Ale nie o tym.

Po powrocie zabraliśmy się za jedzenie. Wichciu i Dany woleli ryż na słodko. Więc zagotowali woreczek ryżu, roztopili trochę margaryny i wszystko razem połączyli z cukrem. Natomiast ja i Michał zabraliśmy się za prawdziwe danie, najlepsze na górskich wyjazdach- pulpę. Jest do teoretycznie risotto, na mięsie (mielonka, kiełbasa), cebuli, koncentracie pomidorowym i serze. Wszystko razem trzeba połączyć, wstawić na chwilę do pieca i jeść (mmm). Dużo tego było. Przed pulpą zjedliśmy żurek z kremem z borowików (było więcej).

Z pełnymi brzuchami położyliśmy się spać. Tej nocy znów było zimno, a buty miałem lekko wilgotne po całym dniu chodzenia po śniegu, więc postanowiłem jednak schować je do śpiwora. Kilka razy się budziłem, ale było odrobinę cieplej niż poprzedniej nocy. Rano jak zawsze musiałem się przełamać i wyskoczyć pod drzewko. Gdy wróciłem do śpiwora tym razem spakowałem buty z powrotem. Jeżeli ktoś czytał "Trzy pory roku" powinien wiedzieć, o co chodzi. Ale nie opłacało się, bo wszystkich obudziłem szelestem worka i wstaliśmy po paru minutach.

Tradycyjnie nazbieraliśmy drewna (więcej niż zwykle, żeby ludzie, którzy będą bacować po nas mięli czym napalić zaraz po przyjściu), spakowaliśmy się (tym razem wszystko) i ruszyliśmy w drogę. Michała już z nami nie było, bo wyszedł wcześnie rano w inną stronę. Znów torowałem drogę, tym razem ostro pod górę. W końcu doszliśmy do czarnego szlaku, który prowadził na Praszywkę Wielką (1043 m n.p.m.). Znów torowałem, nie wiem dlaczego. Szliśmy tak po kolana w śniegu. Góra zdawała się nie mieć szczytu. Za każdym razem, gdy zdawało się, że już wyżej nie można, odsłaniała się kolejna polanka. I trzeba było iść. Gdy usiedliśmy na szczycie poczuliśmy coś wspaniałego. Palców u stóp już właściwie nie czułem, a może po prostu starałem się nie czuć, bo z zimna aż bolały. Wreszcie można było odpocząć, złapałem nawet zasięg i odebrałem kilka SMS-ów, które można było streścić w jednym znaniu: Żyjesz jeszcze? (kochana smycz elektroniczna). Odpisałem wszystkim, że tak i ruszyliśmy dalej. Tym razem prowadził Wichciu. W pewnym momencie czarny szlak skręca gwałtownie z prawo, robi koło i dopiero dochodzi do Rycerki Górnej. Postanowiliśmy iść na przestrzał do Rycerki i tak też uczyniliśmy. Tradycyjnie lód bił po piszczelach, ale już się do tego przyzwyczailiśmy. Było parę stromych kawałków, po których można było zjechać. Wreszcie dotarliśmy do Rycerki Górnej. W sklepiku kupiliśmy napój i coś słodkiego. Stanęliśmy przy przystanku i tradycyjnie łapaliśmy okazję. Niewiele było tam samochodów, więc postanowiliśmy iść. Po piętnastu minutach zauważyliśmy czerwony samochód. Zaczęliśmy machać i się zatrzymał. Podjechaliśmy z dwoma dziewczynami do Bielska, skąd niestety musieliśmy wrócić pociągiem.

Góry są piękne zimą, ale trzeba pamiętać, że są też szczególnie niebezpieczne. Trzeba zachować szczególną ostrożność i lepiej chodzić po wyznaczonych szlakach. Chyba, że się wie, gdzie jest. Michał jest przewodnikiem, więc w jego towarzystwie czuliśmy się pewniej. Co z tego wyjazdu najbardziej zapadło mi w pamięci? Zimno, ból i śnieg. A poza tym? Wspaniałe widoki i przeżycia, których nie zastąpi nic. Szkoda, że zima trwa tak krótko, a z drugiej strony to dobrze. Przynajmniej zimowe wyjazdy są bardziej wyczekiwane i gdy już do nich dojdzie dają znacznie więcej radości.

A oto i dzielni turyści:

Wojtek Lortz

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.