Zdążyć przed obwodnicą - Rospuda

Wszystko szło zgodnie z planem. Koło siódmej wygrzebaliśmy się z łóżek, parę minut po ósmej graty leżały już pod bramą, skąd koło dziewiątej miały z nami odjechać do jeziora Garbaś. Wszystkie przygotowania i formalności zostały załatwione w środę, więc po złożeniu bagaży mogliśmy spokojnie siąść z kawą przed domem. W okolicach dziewiątej pod dom przyjechał bus ciągnący kajaki na specjalnej przyczepce. Zapakowaliśmy wszystko do tyłu. Miejsca z przodu było dla pięciu osób i jechali tam ci, którzy nie zaklepali sobie odpowiednio wcześniej miejsca na pace, siedząc na ziemi albo na kole. Tą elitę stanowił Sławek, Wojtek, Olek i ja. Z bagażami było nam ciasno.

ładowanie bagaży do kajaków

Już po piętnastu minutach jazdy zaczęło nam się z tyłu nudzić. Po kolejnym kwadransie znudziło nam się komentowanie tego co widzimy za oknami, zaczęliśmy więc grać ze Sławkiem w badmintona. Wojtek z Olkiem specjalnie na spływ zabrali nieużywany jeszcze zestaw rakietek i lotek i był to jedyny raz w ciągu całego spływu, kiedy ktoś go użył. Niestety ciężko grać na przestrzeni 1,7 x 1,7 x 2,5 metra, tym bardziej, że połowę tej przestrzeni zajmowały worki ze śpiworami, ubraniami, jedzeniem i wszystkim co potrzebne. Musieliśmy dodatkowo uważać, żeby lotką nie trafić przypadkiem w kierowcę, więc powoli przechodziła nam ochota na dalszą grę.

Kierowca miał z nami fajnie, bo nie dość, że nie rzucaliśmy w niego lotką, to jeszcze zaczęliśmy mu śpiewać.. i gwizdać. Nie wiem, czy miało to jakiś związek z naszym stanem, ale kierowca chyba przyspieszył, co poznaliśmy po tym, że lotka coraz częściej lądowała na tylnych drzwiach.

Dojechaliśmy do jeziora i bez zbędnej zwłoki zaczęliśmy rozładowywać samochód i znosić kajaki i bagaże w stronę wody. Podziękowaliśmy kierowcy i zabraliśmy się za pakowanie rzeczy do kajaków. Ku zaskoczeniu wszystkich, do naszych pięciu kajaków zmieściło się wszystko co miało się zmieścić. Mieliśmy o tyle łatwiej, że kajak taty pierwszego dnia robił za kajak bagażowy, mama miała dojechać dopiero wieczorem. Tuż przed zwodowaniem kajaków zrobiliśmy wspólne zdjęcie, po czym pojedyncze jednostki zaczęły odpływać.

Po ok 10 minutach wpłynęliśmy w rzekę. Nie był do sam początek Rospudy, bo ta rozpoczyna swój bieg w jeziorze Rospuda parę kilometrów wcześniej, jednak ten odcinek jest dość nieprzyjemny przez niski poziom rzeki i kamieniste dno, tym bardziej, że kajaki było mocno obładowane. Co ciekawe, jezioro, w którym rzeka Rospuda się kończy, również nazywa się Rospuda. Na pewno łatwiej zapamiętać.

Pierwszy odcinek rzeki był ciekawy, wartki nurt, sporo zwalonych drzew, płycizny (niezagrażające dnu kajaka), przy młynie wodnym była konieczność przeniesienia kajaków kilkanaście metrów.

Trzymaliśmy się z Gosią raczej z tyłu, bo gdzie tu się spieszyć. Wstyd się przyznać, ale przed jednym ze zwalonych drzew nurt ustawił nas bokiem, więc Gosia wysiadła z kajaka, żeby przeciągnąć go pod pniem. Wody nie było nawet po kolana. Jednak w pewnym momencie głębokość niespodziewanie wzrosła o jakieś półtora metra, przez co Gosia jako jedna z pierwszych miała okazję do kąpieli. Przy młynie okazało się, że podobny los spotkał również Sławka, najprawdopodobniej w tym samym miejscu.

Zjedliśmy po kromce chleba i popłynęliśmy dalej. Poza płynięciem przez większość czasu nic się nie działo, co nie oznacza oczywiście, że samo płynięcie było nudne. Pogoda była idealna, słońce było schowane za chmurami więc nie parzyło, nie było też zimno ani nie padało. Do czasu. Przy brzegu koło „miejsca z sauną”, jak określali to pole namiotowe koło Kotowiny inni kajakarze stała tabliczka z napisem „pierogi”. Po długim namyśle postanowiliśmy się zatrzymać, część musiała nawet zawrócić, bo już zaczęli płynąć dalej. Wyciągnęliśmy dzioby kajaków na brzeg i siedliśmy pod daszkiem, po chwili miły pan spytał ile jakich pierogów (z mięsem lub z jagodami). Gosia od razu zadeklarowała się, że nie będzie jeść, więc nieopatrznie zamówiliśmy dziewięć porcji, zapominając, że jednej osoby jeszcze nie ma. Na szczęście zorientowaliśmy się na tyle wcześnie, że dało się zmienić zamówienie. Gospodarzom trochę nie podobało się, że muszą kroić cebulę na osiem porcji pierogów, ale w końcu się przełamali. Przy okazji gospodarz spytał skąd i gdzie płyniemy. Później zaczął proponować, żebyśmy się u niego zatrzymali, bo pogoda się pogorszy.

Kiedy czekaliśmy na pierogi, zaczęło kropić. Każdy przykrył swój kajak czym mógł, jedni pelerynami przeciwdeszczowymi, tata użył ciężkiego gumowego materaca, złożonego na trzy. Ja miałem pod ręką karimatę, więc rozwinąłem ją na kajaku, przygniatając ją wiosłami. Uszczelniłem jeszcze parasolem i zadowolony z siebie wróciłem do czekania.

Przyszła pierwsza partia pierogów. Zadeklarowałem już, że zjem na końcu, więc czekałem dalej. Nagle zaczęło mocniej padać, więc podbiegłem do kajaków, wleciałem nawet do wody zjechawszy po mokrym brzegu. Ustałem. Okazało się, WSE przez otwory na kaptury pelerynek lała się do środka woda, poprawiłem więc przykrycia i przemoczony wróciłem pod daszek. Padało na tyle mocno, że koszulka przemokła mi całkowicie po kilku sekundach, więc szybko ją zdjąłem i przykryłem się ręcznikiem. I wtedy przeszła prawdziwa nawałnica. Wyglądało to jak pędząca biała ściana poziomego deszczu. W ułamku sekundy karimata, parasol, a nawet ciężki materac wylądowały w trzcinach po drugiej stronie rzeki. Wszyscy pobiegli do kajaków, które targane wiatrem zaczęły osuwać się z brzegu i odpływać. Razem ze Sławkiem skoczyłem do wody, żeby zdmuchnięte rzeczy nie popłynęły z prądem rzeki. Początkowo wody było po kolana i nie przewidziałem, że dwa metry od brzegu poziom wiele się nie zwiększył i skoczyłem na brzuch do wody. Trochę podrapałem kolano, ale nie to było teraz ważne. Udało nam się wszystko pozbierać i bezpiecznie przynieść z powrotem.

W międzyczasie Gosia wytargała cały nasz kajak na brzeg, razem obróciliśmy go na bok na tyle, na ile pozwalała na to przymocowana do tyłu krata, która od 2004 roku na każdym spływie robi nam za ruszt i stojak nad ogniskiem. Oparliśmy kajak o drzewo i schowaliśmy się pod daszek. Nie miało to już większego znaczenia, bo i tak byliśmy przemoczeni. Żadne słowa nie oddadzą tego, co się wtedy działo, jeszcze nigdy żaden z nas nie widział takiej nawałnicy. Wszystko trwało pięć, może dziesięć minut. Zaraz potem wyszło słońce. Zrozumiałem słowa gospodarza, który powiedział mi zaraz po zamówieniu pierogów, że zrobimy duży błąd, jeśli teraz wypłyniemy. Gdyby uderzyło w nas na środku jeziora, prawdopodobnie nie mielibyśmy szans uchronić kajaki przed wywróceniem.

zdjęcie części drużyny na molo

Nastroje nie były zbyt dobre, chyba po prostu baliśmy się zajrzeć do kajaków. Zaczęły się pojawiać głosy, żeby zostać na miejscu na noc, spać na sianie pod dachem i wysuszyć rzeczy. Nie bardzo podchodził mi ten pomysł, Gosi także, więc wyciągnęliśmy nasz kajak na trawę, rozpakowaliśmy wszystko i zaczęliśmy wylewać z niego wodę. O dziwo zamokły nam tylko karimaty. Duży plecak wepchnięty w tył namókł z zewnątrz, ale w środku ubrania popakowane w worki były suche. również śpiwory upchane w workach w dziobie w ogóle nie ucierpiały. Wszyscy przekonali się w końcu, że nie jest tak źle i zabraliśmy się do roboty. Od razu poprawił się wszystkim humor, nawet Wojtek z szerokim bananem na twarzy wylewał wodę z worka, w którym pływały sobie jego buty.

Niebo zrobiło się już całkiem pogodne, kajaki były suche, co miało się suszyć to się suszyło. Zaczęliśmy komentować to co stało się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu minut. Wszyscy czuliśmy ogromną wdzięczność do Kasi, dzięki której w ogóle się tam zatrzymaliśmy. Przyszedł gospodarz, najpierw pozbierał pieniądze za pierogi, a później stwierdził, że nigdy nie widział takiego ładnego skoku na główkę do tak płytkiej wody.

Mokre rzeczy trochę przeschły, co nie było suche, miało wyschnąć na biwaku. Spakowaliśmy kajaki i wypłynęliśmy dalej. Dopłynęliśmy do jeziora po kilkunastu minutach, trochę pokropiło, ale nie było to nic, czym warto się przejmować. Znowu rzeka, potem już tylko jezioro Bolesty, przy którym mieliśmy zaplanowany biwak. Dopłynęliśmy mniej więcej do połowy jeziora, zanim znaleźliśmy ładne miejsce na biwak. Całe jezioro położone było wyraźnie w dolinie, brzegi były strome, dopiero kilkanaście metrów ponad linią wody robiło się płasko i taki poziom utrzymywał się po horyzont.

Na jednym z takich wzniesień zobaczyłem drewnianą ławkę ze stołem. Urzekło mnie to i zacząłem przekonywać, że jest do idealne miejsce. Andrzejowi i Halinie również spodobało się miejsce, część wolała jednak zostać na dole, prawdopodobnie przez perspektywę noszenia wszystkiego na górę. Za miejscem wyżej przemawiał również fakt, że jest szansa, żeby dojechał tam samochód, którym miała przyjechać mama. Podpłynęliśmy do brzegu, tata wysiadł, żeby zobaczyć jak wygląda podłoże. Brzeg był wysoki na ok pół metra, trawa również była wysoka. Zawróciłem na pierwsze miejsce, był tam o wiele ładniejszy brzeg i drewniany pomost. Wyskoczyłem z kajaka i pobiegłem na górę. Widok był piękny, żadnych zabudowań aż po horyzont, jezioro kilkanaście metrów pode mną. No i ławka pięknie się prezentowała. Tak, to było to miejsce.

Z uśmiechem zszedłem na dół, reszta powoli zaczęła wychodzić z kajaków i wypakowywać rzeczy. Wziąłem tyle ile się dało, zostawiłem na górze i poszedłem przez pole w stronę drogi, którą miał jechać wujek z mamą. Wojtek poszedł ze mną, więc nie musiałem sam wyglądać auta. Zgraliśmy się perfekcyjnie, zobaczyliśmy samochód kiedy tylko wyszliśmy na drogę. Pokazaliśmy, w którą stronę trzeba jechać i poszliśmy za nim. Był to kawałek do przejścia, nam się specjalnie nie spieszyło, więc większość rzeczy leżała na górze kiedy byliśmy z powrotem.

Zaczęliśmy rozstawiać namioty. Wiało na tyle mocno, że wygięły się stelaże namiotów. W końcu wymyśliliśmy, żeby ustawić je przedsionkiem w stronę wiatru, bo jest stabilniejszy i zakotwiczony trzeba odciągami. Pomysł okazał się dobry jednak trzeba było stale uważać, żeby nie puścić tropiku, który pewnie by odfrunął, gdyby tylko dać mu szansę. Andrzej i Halina z chłopakami nie mieli tego problemu, bo rozstawili namioty pod drzewami, które skutecznie hamowały silny wiatr. Nasz drugi namiot nie miał przedsionka, ale na szczęście wiatr trochę złagodniał. Kiedy namioty już stały, poukładaliśmy z tatą kajaki na dole, po czym wszyscy zabrali się za przygotowania do obiadu.

Każdy miał coś do roboty, Andrzejowi powierzyliśmy niezwykle odpowiedzialną funkcję kierownika ds. sosu. Zabrał się do tego niezwykle profesjonalnie, dzięki czemu sos do pulpy wyszedł palce lizać. Zgłosiłem się na ochotnika to rąbania drewna, co pochłonęło mnie na dość długi czas. Wujek w międzyczasie pojechał do domu, a my z niecierpliwością czekaliśmy na jedzenie.

Opłacało się długo czekać, pulpa była wspaniała. Dumni z siebie siedzieliśmy przy plastikowych miseczkach zamiatając widelcami, rozkoszując się widokiem ciągnącego się za sztućcem sera. Ilościowo było w sam raz, nie dość, że wszyscy się najedli, to nawet została jedna miseczka. Latarki zdecydowanie niszczyły nastrój, więc próbowaliśmy oświetlić stół świeczkami, jednak wiatr skutecznie gasił je po kilku dmuchnięciach.

Po jedzeniu posprzątaliśmy obozowisko. Jedzenie, siekierka i wszystkie walające się drobiazgi poszły to specjalnie w tym celu postawionego mniejszego namiotu. Część poszła spać, a ci wytrwalsi siedli przy ognisku z gitarą, umilając reszcie zasypianie. Do końca siedzieli rodzice, Andrzej z Haliną no i ja. W końcu i oni poszli spać, więc i ja dałem spokój. Jeszcze tylko trochę Kaczmarskiego, SDMu i powiedzieliśmy sobie z Andrzejem „dobranoc”. Było koło wpół do pierwszej.

widok z serca doliny rospudy

O wpół do siódmej przeleciał nad nami samolot, który mnie obudził. Poszedłem na poranny spacer z saperką i po powrocie stwierdziłem, że przeszła mi już ochota na spanie. Rozpaliłem ognisko i siadłem z moją poranną prasą, co chwila zerkając na gładkie jak szkło jezioro w dolinie. Chwilę po siódmej z namiotu Andrzeja zaczęły dobiegać jakieś głosy, parę minut później wstała Gosia i siadła koło mnie. Piękny poranek.

Wszystkich zatkało ze zdziwienia, kiedy Halina zaproponowała, że pójdzie do jeziora umyć garnki po wczorajszej pulpie. Mieliśmy cały czas jeden garnek czysty na herbatę, ale woleliśmy się nie kłócić, pobiegłem tylko po gąbkę i płyn do zmywania, który potajemnie zabrałem. Wszyscy byliśmy pełni podziwu i wdzięczności, kiedy Halina wróciła z czystymi garnkami. Ja bym się chyba na to nie zdobył.

Postawiłem wodę na ogniu, kiedy wszyscy wstali był już prawie wrzątek. Garnek herbaty był gotowy, siedliśmy przy stole do śniadania. Po śniadaniu była kawa, po której zaczęliśmy zwijać obóz. Kiedy większość rzeczy była już na dole, Halina znalazła na górze naszą saperkę (a dokładniej sam szpadel, bez trzonka), a że miała na górze jeszcze parę rzeczy do zrobienia, zrzuciła go na dół. Ustawiłem się na dole, żeby go złapać, ale wbrew naszym oczekiwaniom szpadel zatrzymał się w połowie stoku. Nikomu nie chciało się wdrapywać specjalnie po niego, więc postanowiliśmy zabrać go przy okazji ostatniego kursu na górę. Może za rok jeszcze tam będzie.

Zapakowanie kajaków nie było takie proste jak pierwszego dnia, ponieważ doszły nam dwie gitary, cały karton z jedzeniem i kilka baniaków wody mineralnej. Nie było już kajaka bagażowego, ale to największa zabawa upychać rzeczy do kajaków. Obie gitary poszły do nas, jedną Gosia upchała w dziobie, obok śpiworów, drugą wsadziłem w worek, obwiązałem i przymocowałem do stalowej kraty na tyle kajaka. Wiem po sobie, że człowiek, który nie spróbował, nigdy nie pojmie jak wiele rzeczy można upchnąć do kajaka.

Jezioro strasznie się dłużyło, tym bardziej, że wiało prosto w twarz, a konstrukcja za moimi plecami działała jak spadochron. W końcu jeziora wiatr ustał, wpłynęliśmy w rzekę. Nie było już niespodzianek w postaci kamieni czy mielizn, więc płynęło się przyjemnie.

Aż dopłynęliśmy do drugiej w czasie spływu przenoski kajaków. Nie potrafiliśmy dojść do tego, jakie zadanie wykonuje budynek postawiony na całej szerokości rzeki, ale nie obchodziło nas to zbytnio. Było tam dość głęboko, a dzieci ze stojącego przy brzegu drzewa spuściły sznur ze związanych krótszych sznurków, co stanowiło genialną skocznię do wody. No i zaczęła się zabawa. Jako pierwszy odważył się Andrzej, potem Sławek, Wojtek i ja. Wejść jak najwyżej, złapać linę, skoczyć i puścić się przy maksymalnej wysokości. Genialne. Niestety czas uciekał, więc przenieśliśmy kajaki, ale zaraz po tym wróciliśmy do skakania. również Gosia się przełamała i wykonała modelowy skok.

Rozbawieni wsiedliśmy do kajaków i popłynęliśmy dalej. Wypłynęliśmy z Gosią chyba jako przedostatni. Kolejny postój zaplanowaliśmy na Świętym Miejscu. Do końca dnia mieliśmy płynąć tylko rzeką, więc kolumna trochę się rozciągnęła. Nie spieszyło nam się szczególnie, jednak kiedy nawet na dłuższych prostych nie było widać nikogo przed nami, postanowiliśmy trochę przyspieszyć.

Wojtek z Gosia w ich kajaku

Nagle Gosia krzyknęła, a kajak przechylił się gwałtownie na bok. Ogromny kamień przesunął się po dnie kajaka, poczułem nawet wybrzuszenie, kiedy znalazł się pode mną. Zrobiło się nerwowo i niespokojnie, tym bardziej, że kamieni było więcej. Płynęliśmy najwolniej jak się tylko dało, żeby zachować sterowność, ale to nie uchroniło nas przed zderzeniami z kolejnymi kamieniami. Tego lata poziom rzeki jest wyższy niż zwykle, więc kamienie, które zwykle wystają ponad wodę, były schowane Tuż pod nią. Zatrzymaliśmy się na pierwszej napotkanej polance i wytargaliśmy kajak na brzeg. Obróciłem go na bok na tyle, na ile pozwalała przymocowana krata z gitarą, a Gosia sprawdziła dno. Na szczęście było całe, choć spodziewałem się dużej dziury, biorąc pod uwagę, z jaką siłą uderzyliśmy w pierwszy kamień. Wsiedliśmy więc do kajaka i powoli popłynęliśmy dalej. Mieliśmy na swojej drodze jeszcze kilka kamieni, większość z nich udawało nam się jednak ominąć. Ustaliliśmy nawet, kto kontruje którym wiosłem, na wypadek konieczności gwałtownego hamowania. Przeraziła nas trochę ta świadomość, że reszta jest dość daleko przed nami i że w razie uszkodzenia kajaka jesteśmy zdani praktycznie na siebie.

W końcu rzeka zrobiła się bardziej przyjazna, znacznie wzrosła głębokość, wpłynęliśmy między trzciny. Ciągle jednak z uwagą obserwowaliśmy każdą wypukłość na wodzie i omijaliśmy je, o ile pozwalały na to zwalone drzewa. Przy jednym z takich drzew musieliśmy się zatrzymać i zastanowić jak przeprawić kajak na drugą stronę. W jednym miejscu pień wystawał trochę z wody, jednak na tyle wysoko, żeby przeciągnąć kajak górą, z kolei tam, gdzie pień był najwyżej, wydawało się zbyt nisko. Gosia wysiadła i stanęła na drzewie, żeby odciążyć przód, a ja pochylony starałem się rękami jak najmocniej odepchnąć od pnia i zanurzyć kajak, żeby nie uszkodzić gitary. W pewnym momencie zza zakrętu wyłonił się tata płynący do nas, okazało się, że Święte Miejsce jest praktycznie obok nas, a tata wrócił do drzewa, żeby zabrać od nas gitarę. Udało nam się jednak bezpiecznie przepchać kajak pod drzewem i popłynęliśmy razem do miejsca postoju.

Okazało się, że tata ma dziurę z boku kajaka. Nurt przy Świętym Miejscu jest wartki i łatwo przepłynąć zbyt daleko, kajak ustawił się bokiem i uderzył w niego inny. Na szczęście dziura nie była zbyt duża i, co najważniejsze, nie nabierała wody bo była w górnej części, nad listwą boczną.

Rozważaliśmy wcześniej biwak na Uroczysku, jednak było tam tyle ludzi, że wydało nam się to aż tak kuszące. Polanka z kapliczką jest popularnym miejscem początków i końców spływów, więc ludzi i aut było ile było. Nie wyciągaliśmy w związku z tym kajaka na brzeg, przywiązaliśmy go tylko do drzewa i stanęliśmy na trawie, gdzie w końcu można było ochłonąć po ostatnich przygodach i podzielić się z resztą wrażeniami ze starć z kamieniami. Inni też mieli na ten temat trochę do powiedzenia.

Ostatni odcinek był męczący. Robiło się trochę późno, spodziewaliśmy się czterdziestu minut, wyszło o godzinę dłużej. Wpłynęliśmy w odcinek Rospudy najczęściej pokazywany na zdjęciach. Wąska rzeka, wokół zarośnięte mokradła, bagna i trzciny sięgające dwóch metrów. W linii prostej nie pokonaliśmy zbyt dużej odległości, jednak co chwila rzeka zawracała zamiast po prostu skręcić, co strasznie wydłużało drogę. Ponadto roiło się tam od wodorostów, które często przytrzymywały wiosło zbyt głęboko zanurzone w wodzie.

O dziwo nie było tylu komarów i gzów, ile jest tu zwykle. Płynęliśmy do wielokrotnie sprawdzonej polanki w lesie, więc ilekroć rzeka zbliżała się do linii lasu, rosła w nas nadzieja, że to już tu, przez co byliśmy coraz bardziej zawiedzeni, kiedy okazywało się, że odbijamy z powrotem między trzciny.

Przy lesie było kilka zwalonych drzew, na jednym trzeba było stanąć i przeciągnąć kajak. Za nami płynął Andrzej z Haliną, Wojtek i Olek i Kasia ze Sławkiem. Gosia postanowiła przeciągnąć ich wszystkich, jako że i tak stała już na drzewie. Chłopaki zaraz pognali do przodu, a my płynęliśmy między Andrzejem i Sławkiem.

W końcu zobaczyliśmy charakterystyczny błotnisty brzeg i źródełko bijące z lewej strony. Uradowani przybiliśmy do brzegu, zanurzyliśmy się po kostki w błocie i wybiegliśmy na trawę. Błoto było tak zimne, że po wyciągnięciu każdego kajaka musiałem wybiec na trawę i podskakiwać, dopóki skostniałe stopy nie przestawały boleć. Dopiero przy brzegu zaczęły dawać się we znaki komary, więc możliwie szybko wypakowaliśmy kajaki i zabraliśmy się za rozstawianie namiotów.

Jako pierwsi dopłynęli rodzice, mama od razu poszła do lasu poszukać gałęzi nadających się do pieczenia kiełbasek, a tata rozpalił ogień. Kiedy dopłynęliśmy, mama siedziała przy ognisku z kilkoma kiełbasami na patyku, żeby każdy mógł coś w siebie wrzucić kiedy dopłynie. Po rozstawieniu namiotu Gosia weszła do środka ułożyć karimaty, śpiwory i wypakować potrzebne ubrania, a ja siadłem przy ognisku z kolejnym patykiem uginającym się od kiełbasek. O przygotowanie patyków zadbali Wojtek i Olek. Kiedy zabiliśmy głód, poszliśmy do lasu po drewno. Znalazłem na ziemi kilka patyków i wróciłem z nimi do obozu. W lesie było sporo komarów, więc włożyłem w końcu długie spodnie, koszulę z długimi rękawami i spryskałem się środkiem na komary, który został mi jeszcze ze Szkocji. Przeterminowany dwa lata, ale nie można było narzekać na jego działanie.

Wojtek przytargał z lasu pokaźne drzewko, które znalazł leżące gdzieś w lesie. Zabrał się za rąbanie go, ale szybko go zmieniłem. W końcu moja siekiera. Nie wiem czemu rąbanie drewna sprawia mi aż taką przyjemność. Po kilkunastu minutach machania przy ognisku leżały pocięte kawałki drewna, a ja, zlany potem, odłożyłem siekierę i siadłem przy ogniu na kapoku. Nad ogniskiem stał garnek z wodą, pierwotnie miał się w niej gotować ryż na pulpę, jednak po zjedzeniu kiełbasek, nikt z nas nie był już głodny no i nikomu nie chciało się tak naprawdę jej przygotowywać. Ostatecznie każdy dostał po gorącym kubku i sprawę obiadu i kolacji uznaliśmy zgodnie za zamkniętą. Na gitarę też specjalnie ochoty nie mieliśmy, zaczęliśmy grać w filmy, jednak dość szybko skończyły nam się pomysły. Jednak wybraliśmy sobie zbyt długi odcinek, do tego po przygodach z kamieniami byliśmy także zmęczeni psychicznie.

Powoli zaczęło dawać o sobie znać sześć godzin snu i wczesna pobudka, więc po którymś z kolei ziewnięciu pożegnałem się ładnie i zacząłem iść w stronę namiotu. Nie wiem czym to było spowodowane, ale wszyscy nagle zaczęli zbierać rzeczy do namiotów, więc zostałem i pomogłem. Dobrze się stało, bo chwilę po tym zaczęło padać, coraz bardziej.

Spodziewaliśmy się deszczu już wcześniej, najpierw kiedy z kierunku skąd wiał wiatr zaczęły płynąć w naszą stronę ciemne chmury, później kiedy słyszeliśmy grzmoty. Ostatni raz deszcz miał nadejść, kiedy na nawietrznej pojawiła się tęcza, a po chwili jeszcze jedna, Tuż nad nią. Za to wieczorny deszcz wszystkich zaskoczył.

Noc zapowiadała się ciepła, więc zapięliśmy tylko moskitierę, dzięki czemu miałem ciągle widok na ognisko. Dopóki nie zasnąłem, ciągle paliło się mimo deszczu.

Drugiego dnia pospałem dłużej, bo wstałem trochę po siódmej, z namiotu rodziców dochodziły już głosy. Tradycyjnie już zacząłem rozpalać ognisko, wszystko było mokre, więc trzeba było pociąć drewno na drobne zapałki, które znacznie łatwiej się paliły. Do palącego się już ogniska dorzuciłem parę kawałków, które schowaliśmy wieczorem w przedsionku namiotu, żeby nie zmokły na deszczu. Ostatecznie obyło się bez papieru w ognisku.

Kiedy tak sobie leżałem i dmuchałem w ogień, zza zakrętu wyłoniło się dwóch mężczyzn w odblaskowych kamizelkach. W pierwszej chwili pomyślałem, że to straż leśna albo strażacy i od razu zacząłem oceniać jak jest wilgotno i czy ognisko jest w odpowiedniej odległości od drzew, namiotów. W miarę jak się zbliżali, rosła w mojej głowie kwota grzywny, jaką przyjdzie nam zapłacić za biwak i ognisko, jakby nie patrzeć, nie na polu namiotowym. Nie wiem czemu zawsze mam takie myśli. Kiedy podeszli bliżej, na ich kamizelkach zobaczyłem duży napis „ochrona”. Grzecznie się przywitałem, panowie odpowiedzieli i przeszli obok, w stronę brzegu. Tam stanęli przy kajakach, rozejrzeli się i zaczęli wracać. W międzyczasie z namiotu wyszedł tata i na pytanie co ochraniają odpowiedzieli, że wynajął ich wykonawca planowanej obwodnicy do pilnowania lasu przed ekologami. Wymieniliśmy parę zdań, panowie poszli, a my wróciliśmy do naszych zadań. Chyba widok kajaków przekonał ich, że nie planujemy przykuwać się do drzew, więc puścili nas wolno. Chyba że zebraliśmy się na tyle szybko, że nie zastali nas, kiedy wrócili z uzbrojonym po zęby patrolem obywatelskim.

Za moskitierą namiotu Andrzeja i Haliny zaczęły pokazywać się głowy, tata powoli zaczął składać namiot, a ja dalej dmuchałem w ognisko. Po chwili na ogniu stał już garnek z wodą, wszyscy wstali i zabrali się za śniadanie. Po jakimś czasie namioty zaczęły znikać, wszystko znalazło się w kajakach, zostało jeszcze tylko kilka razy zapaść się po kostki w lodowatym błocie, parę podskoków i można płynąć.

Nie było powodów, żeby się spieszyć, został nam ostatni odcinek rzeki i dwa jeziora do przepłynięcia (na szczęście nie wzdłuż). Spokojnie toczyliśmy się więc między trzcinami, co jakiś czas kontrując i przyspieszając tylko przed zakrętami, żeby nie wpaść w trzciny. Po ok godzinie rzeka zrobiła się głębsza i szersza. Zaczęły nas mijać gondolki na silnikach z turystami podziwiającymi dolinę Rospudy.

Dopłynięcie do jeziora zabrało nam trochę ponad półtorej godziny. Na środku jeziora Rospuda znajduje się wysepka, która na każdym spływie służy nam jako ostatni przystanek przed dopłynięciem do domu. Tak było i tym razem, zatrzymaliśmy się tam, zjedliśmy parę kanapek, napiliśmy się kawy i płynęliśmy dalej. Jeziora Rospuda i Necko nie są oddzielone od siebie żadnym kanałem ani rzeką, więc ciężko było nam określić, kiedy znaleźliśmy się na Necku. Na Rospudzie było spokojnie, za to za ostatnim cyplem (to juz chyba Necko) wiał dość mocny, boczny wiatr. Normalnie nie stanowi to problemu, jednak kiedy ma się za plecami wysoką na pół metra konstrukcję uszczelnioną folią, pływanie strasznie męczy, bo ten żagiel obraca kajak dziobem do wiatru i kieruje po przekątnej przez środek jeziora pełnego żaglówek i motorówek.

W końcu, koło czternastej dobiliśmy do brzegu w Augustowie. Zanieśliśmy na podwórko wszystkie bagaże, w międzyczasie przetestowałem kapok, który cały spływ robił mi za siedzisko i chyba nie odważyłbym się mu zaufać na głębokiej wodzie. Próba na głębokości ok metra rozwiała moje obawy, że kapok spotka podobny los, co koło ratunkowe w kultowym „Rejsie” pana Piwowskiego. Kiedy wszystko było już zaniesione, pozostało tylko przetrzeć kajaki i popłynąć do wypożyczalni dokończyć formalności.

W wypożyczalni każdy kajak trzeba było obrócić na bok, pani przetarła dno z piasku i sprawdzała, czy wszystko jest w porządku. I okazało się, że kamienie z końcówki drugiego dnia jednak spowodowały pewne szkody. Na dziobie była dziura. ciężko było stwierdzić, czy to dziura czy tylko wgniecenie, zastanawiałem się tylko jak udało się nam ją przeoczyć, kiedy sprawdzaliśmy dno po uderzeniu w kamień. Może to i lepiej, że jej nie znaleźliśmy, oszczędziło nam to przynajmniej sporo nerwów i rozładowania całego kajaka, żeby sprawdzić, czy nie nabieramy wody.

Dziura kosztowała nas dodatkowe 10 zł, co, jak się następnego dnia dowiedziałem, reszta ekipy postanowiła rozłożyć na wszystkich uczestników, jako że nie była to niczyja wina i mogło to spotkać każdego. Nie wpadło mi wtedy do głowy, żeby za to podziękować, więc teraz wszystkim za ten gest bardzo dziękuję.

Spływ jednak nie skończył się na zdaniu kajaków. Drugiego dnia postanowiliśmy nie robić pulpy, zostały nam jednak wszystkie półprodukty. No, poza kiełbasą, którą skończyliśmy na wyspie, ale i tak trzeba było pojechać do sklepu. I tak, kiedy już wszyscy byli wykąpani, na podwórku stanęła kuchenka gazowa, na której pod czujnym okiem Andrzeja, robił się sos. W pewnym momencie zaczęło padać, jednak nie zrobiło to na nas większego wrażenia, przenieśliśmy tylko kuchenkę pod daszek.

Wieczorem wszyscy siedli przy stole i każdy skupiony na swojej miseczce wspominał piękne chwile na wodzie. Po jedzeniu w ruch poszły gitary i tak, z pójściem spać ostatniej osoby, zakończył się nasz spływ Rospudą, kto wie czy nie ostatni bez hałasu setek ciężarówek pędzących wiaduktem pięćdziesiąt metrów od pięknej polanki z błotnistym brzegiem i bijącym obok źródełkiem.

Wojtek Lortz

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.