Republika Południowej Afryki - kraj kontrastów i dzikich zwierząt
Moja przygoda z Południową Afryką zaczęła się w zasadzie 14 kwietnia 2002 roku w... Inowrocławiu. Każdy normalny mógłby zadać sobie pytanie, co ma Inowrocław do RPA, ale odpowiedź jest bardzo prosta. Tego dnia kończyły się zawody centralne XXVIII Olimpiady Geograficznej, które były jednocześnie eliminacjami do IV Międzynarodowej Olimpiady Geograficznej w Durbanie w Republice Południowej Afryki. Ja, co prawda nie jechałem do Inowrocławia z nadziejami na wyjazd, było w końcu wielu dużo bardziej zaprawionych w bojach olimpijskich konkurentów. Tak się jednak zdarzyło, że niespodziewanie dla wszystkich, z samym zainteresowanym włącznie, olimpiadę wygrał niżej podpisany drugoklasista rodem z Tychów, chodzący do elitarnego;) III LO w Katowicach. Tak więc marzenie wielu miało się stać moim udziałem...
Zbiórka reprezentacji polski, składającej się z czwórki zawodników i dwóch tzw. liderów, nastąpiła ostatniego lipca 2002 roku na największym na całym Mazowszu, i w Polsce zresztą też, lotnisku Okęciem w całym kraju zwanym. Po krótkiej pogadance przy udziale rodziców, szybkim poinformowaniu nas, co możemy, a czego nie możemy robić (to niech się każdy domyśli :-) ) podczas zawodów, wsiedliśmy do samolotu linii Lufthansa i odlecieliśmy do Frankfurtu nad Menem. W związku z brakiem bezpośrednich połączeń relacji Polska-RPA, (kto i jak często tam lata :-) ??) przesiadka ta była niezbędna.
Z Frankfurtu, również Lufthansą, polecieliśmy bezpośrednio do Johannesburga. Lot trwał około 10 godzin i przebiegał bez większych zakłóceń, jednymi słowy, turbulencji, zepsutych silników i ataków terrorystycznych brak. Jedyne, czego żałowaliśmy to fakt, że lecieliśmy nocą i nie mogliśmy podziwiać pięknej Afryki z lotu ptaka. Jedynie nad ranem dało się dojrzeć wyraźnie zarysowane kształty Zbiornika Kariba na Zambezi (zainteresowanych odsyłam do Atlasu).
Do Johannesburga dolecieliśmy wcześnie nad ranem, co przy dużej wysokości, na której położony jest Johannesburg - 1750m.n.p.m. i porze roku, która panuje w sierpniu na półkuli południowej (zima dla niewtajemniczonych), oznaczało niezbyt wysokie temperatury. Gorąca Afryka powitała nas tylko 8 stopniami powyżej zera... Ponieważ to nie największe miasto RPA było celem naszej podróży, po raz kolejny musieliśmy zmienić samolot. Żeby to jednak uczynić, musieliśmy przejść z terminala lotów międzynarodowych przez odprawę paszportową, do terminala lotów krajowych. Od razu znalazło się dwóch sympatycznych panów ubranych na pomarańczowo, pokazali identyfikatory, że pracują na lotnisku i powiedzieli, że nam pomogą. Owszem pomogli zawieźć bagaże, ale jak się okazało życzyli sobie za tą usługę pieniędzy. Wygrzebaliśmy jakieś drobne centy, w sumie może dwa dolary, żeby tylko się odczepili... Tak też dostaliśmy się na pokład samolotu South African Airlines, którym dotarliśmy do Durbanu.
IV Międzynarodowa Olimpiada Geograficzna w Durbanie 2-7 sierpień 2002.
Jak widać po datach, przylecieliśmy do Durbanu dzień przed rozpoczęciem zawodów. Podobnie uczyniło jeszcze kilka drużyn. Zostaliśmy odebrani z lotniska przez głównego organizatora zawodów Kevina Wintera, na co dzień pracującego na Uniwersytecie w Kapsztadzie. Razem z drużynami Białorusi i Rumunii udaliśmy się do miejsca zamieszkania i, w zasadzie, przeprowadzenia całej olimpiady. Był to budynek Treasure Beach Project, usytuowany dosyć daleko od centrum miasta. Byliśmy bardzo zaskoczeni warunkami, jakie tam zastaliśmy. Byliśmy uprzedzeni o fakcie, że będziemy mieszkać w warunkach zbliżonych do akademików, mieliśmy wziąć własne śpiwory, itp. Pomimo to byliśmy zaskoczeni. Nie mówię, że negatywnie czy pozytywnie, do wszystkiego się da przyzwyczaić. Zostaliśmy zakwaterowani w 24-osobowym pokoju, bez krzeseł, szafek, z jednym stolikiem na całe pomieszczenie. Jak się jednak później okazało miało to też swoje pozytywne strony. Po prostu wymuszało kontakt z ludźmi z innych krajów. Za to widok, gdy się weszło do tego pokoju był zniewalający - taki artystyczny nieład;). Tego samego dnia po południu wybraliśmy się na powitanie Oceanu Indyjskiego. Nie kąpaliśmy się w nim, aczkolwiek nogi trzeba było obowiązkowo zamoczyć. Zaszliśmy również na kwaterę, gdzie mieliśmy zarezerwowane noclegi, na wypadek gdybyśmy w Treasure Beach mogli spać dopiero od 2 sierpnia. W ramach zadośćuczynienia daliśmy właścicielowi dwie laleczki w polskich strojach ludowych. Wieczorem dojechali jeszcze Słoweńcy. Położyliśmy się spać grubo po północy, bo trzeba się było dobrze poznać, pogadać...
2 sierpnia był bardzo słonecznym dniem. Mimo zimowej pory temperatura sięgała do 25 stopni. Ponieważ tego dnia reszta drużyn dopiero przyjeżdżała do Durbanu, my skorzystaliśmy z okazji, aby rozejrzeć się troszkę po centrum miasta. Do centrum zabraliśmy się mikrobusem z Kevinem, który jechał na lotnisko po kolejnych uczestników. Tak naprawdę to był to jedyny dzień, w którym mogliśmy spokojnie przejść się po mieście, później wszystko było już w biegu. Poszliśmy sobie wzdłuż plaży, przy której mieści się sporo hoteli i basenów. Wyglądem centrum Durbanu nie różni się niczym od miast europejskich. Jest w nim sporo wieżowców niczym nie odbiegających od tych z zachodu Europy czy USA. Po spacerze poszliśmy na "coś do picia" - w moim przypadku na shake'a bananowego. Kolejny cel znaleźliśmy w przewodniku, który dostałem od moich najlepszych i jedynych przyjaciół z klasy, gdy tylko dowiedzieli się, że jadę do RPA. Celem tym był FitzSnake Park. Znaleźć tam można, jak zresztą wskazuje nazwa, dużo przeróżnych gatunków węży oraz kilka egzemplarzy krokodyli. Jak można było wyczytać, jest to największy producent surowicy przeciw jadowi węży w całym RPA. Zamierzaliśmy powoli wracać do budynku, żeby nie spóźnić się na kolację, uprzednio kupując jednak jakieś pamiątki, bo nie wiadomo było czy gdzieś indziej będzie czas i czy będzie taniej. Wzdłuż plaży na tzw. Waterfroncie, stały stragany, na których Zuluski sprzedawały wyroby sztuki ludowej. My, jak to na prawdziwych, przedsiębiorczych Polaków przystało, po usłyszeniu ceny rozpoczynaliśmy twarde negocjacje. Tak prawdę powiedziawszy, to niektóre ceny były śmiesznie niskie, ale targować się wypada i jest to całkiem sympatyczne. Średnio udawało nam się kupić wszystko za 75% ceny wyjściowej, choć nie zawsze... Na Treasure Beach wróciliśmy autobusem komunikacji miejskiej. Było to niesamowite przeżycie, gdyż byliśmy jedynymi "białymi twarzami" w tym pojeździe. Większość pasażerów tworzyli Murzyni i Hindusi, niezwykle liczni w Durbanie. Jechaliśmy przez obszary zamieszkane przez biedotę. Dopiero w dzielnicy przemysłowej dojrzeliśmy prawdziwą biedę ludności i kontrasty wśród ludności tego kraju. Po kolacji odbyło się oficjalne rozpoczęcie IV Międzynarodowej Olimpiady Geograficznej. Spać poszliśmy późno, bo trzeba było się zapoznać ze wszystkimi nowoprzybyłymi. A rano trzeba było wcześnie wstać, bo do łazienki z trzema prysznicami było ponad 50 chętnych facetów... Dziewczyn było znacznie mniej. Liczba uczestników przedstawiała się następująco: 42 chłopaków, 6 dziewczyn... Czy to o czymś może świadczyć??
3 sierpnia był pierwszym dniem prawdziwych zawodów. Najpierw mieliśmy wykonać część obserwacyjną, a wieczorem napisać test. Część obserwacyjna w skrócie wyglądała następująco: pięćdziesiąt młodych osób idzie główną ulicą miasta, coś notuje, wchodzi do wszelkich możliwych budynków zobaczyć, co w nich jest i liczy krokami odległość między domami. Po co?? Sami tego nie wiedzieliśmy. Dopiero pod wieczór mieliśmy się o tym przekonać. To była tylko pierwsza część zadania. Druga miała się rozegrać w nowo wybudowanym, ogromnym centrum handlowym na obrzeżach Durbanu. Tam wiedzieliśmy tyle, że mamy się rozejrzeć, co się buduje dookoła tego centrum, spróbować ustalić czemu powstało, itp. Mądrzy Polacy (jak to fajnie brzmi) pierwsze, co zrobili, to udali się do kierownictwa centrum handlowego. Wśród dyrektorów było kilkoro sympatycznych, młodych ludzi, którzy chętnie odpowiedzieli nam na nurtujące nas pytania. Po nas na ten sam pomysł wpadli Białorusini, jednak kto pierwszy, ten lepszy. Im już tak chętnie nie odpowiadali... Po części obserwacyjnej zabrano nas na krótką wycieczkę "relaksującą" w okolice ujścia rzeki Mgeni. Znajdował się tam las mangrowy. W lesie tym rosną drzewa z korzeniami powietrznymi (oddychają powietrzem), które są podczas przypływów zalewane przez słone wody morskie. Ponieważ zaszliśmy nad ocean, duża część osób postanowiła zamoczyć się chociaż częściowo. Nikt jednak nie był w stanie zakasować rosyjskiego lidera, który jak stał, tak się rzucił w wodę. Ach, ta słowiańska fantazja... Test zaczęliśmy pisać dopiero o 20, czyli około dwie godziny po zachodzi słońca. Wszyscy byli totalnie wyczerpani, a tu trzeba było myśleć... Musieliśmy m.in. narysować plan użytkowania gruntów na parterze West Street, gdzie prowadziliśmy obserwacje, wskazać różnice w prowadzeniu działalności na tej ulicy i w centrum handlowym, itp. Po tak wyczerpującym dniu wszyscy położyli się spać bardzo wcześnie, tak koło 1 w nocy...
4 sierpnia rozpoczął się ok.6 od pobudki urządzonej nam przez południowoafrykańskiego kolegę, który... zaczął śpiewać piosenki Enrique Iglesiasa. Cóż lepszego niż taka pobudka... ?? Ten dzień wydawał się być luźniejszym od poprzedniego. Tuż po śniadaniu napisaliśmy 45-minutowy test z ogólnej wiedzy geograficznej. Później były prezentacje poszczególnych krajów. My wylosowaliśmy numer pierwszy, więc przypadł nam zaszczyt rozpoczynania całej zabawy. Postawiliśmy na turystykę i ogólny odbiór naszego kraju, dlatego też umieściliśmy w naszej prezentacji dużo zdjęć. Na koniec przeprowadziliśmy krótki quiz dla liderów z innych krajów. Najkrócej naszą prezentację określa właśnie wypowiedź jednego z nich: "Bardzo interaktywna". Głównym punktem tego dnia było oficjalne otwarcie kongresu Międzynarodowej Unii Geograficznej. Gościem honorowym był Nelson Mandela, którego wykład rozpoczynał oficjalną ceremonię. Później przemawiało jeszcze dwóch profesorów, ale ich wypowiedzi niezbyt zainteresowały młodych geografów, którzy w dużej części... zasnęli - był to efekt zmęczenia zawodami. Po części oficjalnej odbyło się cocktail party, którym można się było porządnie najeść. Wieczorne rozmowy w kuchni przeciągnęły się aż do wczesnych godzin nocnych. Wtedy w budynku zapanowała cisza...
5 sierpnia upłynął dosyć szybko. Po dokończeniu prezentacji geograficznych pozostałych krajów, udaliśmy się na punkt obserwacyjny, skąd było doskonale widać tereny przemysłowe i lotnisko w Durbanie. Był to wstęp do testu, podczas którego mieliśmy zadecydować, co ma powstać w miejscu lotniska (to ma zostać przeniesione gdzie indziej). Po kolacji odbył się wieczór kulturalny. My (a w zasadzie nasze dziewczyny) zatańczyliśmy z Czechami polkę, zrobiliśmy również quiz wymowy trudnych wyrazów. Wszyscy się znakomicie bawili, gdyż "Grzegorz Brzęczyszczykiewicz" w ustach Afrykańczyka brzmi przezabawnie.
6 sierpnia był ostatnim dniem zawodów. Rano pojechaliśmy do Valley Trust, organizacji pomagającym najbiedniejszym mieszkańcom okolic Durbanu, gdzie opowiedziano nam jak należy działać, aby zmniejszyć biedę tych ludzi. Po powrocie napisaliśmy test. Mieliśmy 5 milionów dolarów do zagospodarowania, ażeby pomóc miejscowej ludności. Szkoda tylko, że te pieniądze były na papierze... Wieczorem ponownie pojechaliśmy do International Convencion Centre, gdzie odbywał się bankiet z okazji zakończenia kongresu. Na tymże bankiecie ogłoszono zwycięzców Olimpiady. Zostali nimi drużynowo Rumuni, a indywidualnie najlepszy wynik uzyskał Florin Olteanu (Rumunia). Skoro to nie my wygraliśmy, to dobrze, że wygrali właśnie Rumuni. Zasłużyli na to swoim zachowaniem, a poza tym najbardziej się z nimi zaprzyjaźniliśmy. Z ogłoszeniem pozostałych wyników musieliśmy poczekać do rana.
7 sierpnia był ostatnim dniem pobytu Treasure Beach. Po śniadaniu zebraliśmy się pod budynkiem, w celu usłyszenia kolejnych lokat zajmowanych przez poszczególne zespoły. My na szczęście nie musieliśmy czekać zbyt długo, gdyż zajęliśmy miejsce na drugim stopniu podium. Za nami była Białoruś. Muszę przyznać, że odetchnęliśmy troszkę z ulgą, bo po trzech zwycięstwach Polaków w poprzednich olimpiadach, niemiło byłoby wracać ze złym wynikiem. Drugie miejsce jak najbardziej nas usatysfakcjonowało, choć... Później szybko się pożegnaliśmy, gdyż większość ekip spieszyła się na lotnisko, na samolot. Na szczęście Holendrzy, Czesi, Tajwańczycy i my nie musieliśmy się spieszyć. Każda z drużyn we własnym zakresie miała po zawodach organizowaną wycieczkę. Wszystkich szerzej zainteresowanych Międzynarodową Olimpiadą Geograficzną odsyłam na stronę internetową: http://geocompetition.org
Wycieczka po KwaZulu-Natal - jednej z dziewięciu prowincji RPA
Na wycieczkę wyruszyliśmy tego samego dnia około godziny 14.00. Przyjechał po nas, bardzo popularną w RPA toyotą na 8 osób, rześki, siwawy pan, bardzo sympatyczny. Nazywał się Rob i miał być naszym przewodnikiem przez następne 6 dni. Jak się później okazało miał 65 lat, choć na to z pewnością nie wyglądał. Z Durbanu udaliśmy się na północ, w stronę St. Lucia Greater Wetland Park. Tego dnia dotarliśmy do miejscowości St. Lucia, gdzie spędziliśmy noc. Ku zdziwieniu obsługi Namib Lodge, w której się zatrzymaliśmy, postanowiliśmy skorzystać z basenu. Było to o tyle dziwne, że pora roku nie bardzo do tego typu czynności pasowała. No, ale dla nas było wystarczająco ciepło.
8 sierpnia powitał nas słoneczną pogodą. Po wczesnym śniadaniu, na które można sobie było zażyczyć na przykład omlet z serem i pieczarkami, pojechaliśmy do Mission Rocks nieopodal Jeziora Św. Łucji. Wraz ze strażnikiem parku, udaliśmy się na 3-godzinny spacer po sawannie i po mokradłach. Mieliśmy możliwość podziwiania zarówno niezliczonej liczby ptaków (St. Lucia to raj dla ornitologów), jak i krokodyli oraz hipopotamów. Zbliżając się do jeziorek, w których znajdowały się te niebezpieczne zwierzęta musieliśmy zachować szczególną ostrożność. Hipopotam jest w stanie w ciągu kilku sekund wyjść z wody i później biec z prędkością 40 km/h. Jedynie salwując się na drzewo można przed nimi uciec. Na szczęście my nie musieliśmy z tego sposobu korzystać. Poza tym strażnik wyposażony był w karabin z amunicją ostrą, gotowy w każdej chwili do strzału. Następnie mieliśmy w planie rejs statkiem po estuarium rzeki St. Lucia. Tam, już ze znacznie mniejszej odległości mogliśmy podziwiać krokodyle wylegujące się na małych wysepkach. Mieliśmy również niebywałe szczęście, że natknęliśmy się na stado hipopotamów stojących w wodzie. Jest to o tyle zaskakujące, że zwierzęta te zazwyczaj w ciągu dnia leżą na boku, prawie całkowicie zanurzone w wodzie. Po drodze na miejsce naszego kolejnego noclegu zahaczyliśmy o False Bay - zatokę jeziora St. Lucia, nad która mieliśmy znaleźć jakieś skamieniałości. Jedyne co udało nam się odkryć, to duże skupiska kaktusów, które równie łatwo można znaleźć w wielu polskich domach. Do Intibane Game Lodge ( intibane w języku Zulu znaczy "guziec" - dla niewtajemniczonych guziec to takie zwierze - Pumba z "Króla Lwa") dojechaliśmy jeszcze przed zmierzchem, na kolację zajadając się pieczenią z antylopy - szczerze mówiąc wolę schabowe...
Dnia 9 sierpnia, z samego rana pojechaliśmy na safari do Parku Narodowego Hluhluwe-Umfolozi. Jeździliśmy specjalnym autem przystosowanym do tego typu atrakcji, podziwiając zwierzęta. Niestety z Wielkiej Piątki Afrykańskiej widzieliśmy jedynie bawoła afrykańskiego. Reszty nie mieliśmy okazji oglądać. Ponadto widzieliśmy bardzo dużo zebr, impali, nyali i gnu błękitnych. Podczas postoju przeżyliśmy bardzo miłe spotkanie. Po ponad tygodniu spotkaliśmy Polaków. Był to profesor z Polski wraz z małżonką. Obydwoje uczestniczyli również w kongresie Międzynarodowej Unii Geograficznej. Miejsce spotkania również było niezwykle interesujące - kolejka od toalety... Przy wyjeździe z parku występowali młodzi Zulusi w swych strojach, prezentując ludowe tańce. Aż przyjemnie było im wrzucić drobne Randy (to jest waluta południowoafrykańska). Po powrocie zjedliśmy drugie śniadanie i około południa poszliśmy do mieszczącego się niedaleko Intibane Game Lodge skansenu wsi zuluskiej. Mogliśmy tam zobaczyć jak Zulusi wykonują broń, tarcze, charakterystyczne dla nich koraliki, czy też usłyszeć jak się produkuje zuluskie piwo. Tradycyjna zuluska wieś -kraal ma kształt koła, pośrodku którego znajduje się zagroda dla bydła. Bydło było środkiem płatniczym wśród Zulusów, i do dziś dzień za żonę pan młody musi zapłacić jej ojcowi odpowiednią liczbę krów. Wokół zagrody znajdowały się okrągłe domki mieszkalne. Całość otoczona była ogrodzeniem. W jednym kraalu mieszkało kilkadziesiąt osób z jednej rodziny. Rodziny są tak liczne, gdyż wśród Zulusów dozwolona jest poligamia. Bogaci Zulusi mają po kilka żon. Po wizycie w skansenie pojechaliśmy w stronę granicy z Suazi. Byliśmy nad zaporą Pongola, która zamiast ułatwić życie ludności zamieszkującej tereny poniżej jej zbudowania, utrudniła je. Wieczoru, który nastąpił chyba nigdy nie zapomnę. Po barbecue przyszedł czas występów Zulusów. Po zaprezentowaniu kilku tańców, przewodzący im młodzieniec powiedział, że teraz wybiorą dwie osoby z gości do tańca. Widocznie zapamiętał naszą wizytę w skansenie, bo wybrał mnie i Kasię. Zostaliśmy przebrani w dosyć skąpe stroje zuluskie, po czym rozpoczęliśmy naukę. W dużym uproszczeniu taniec ten polegał na jak najwyższym, rytmicznym unoszeniu nóg i dodaniu do tego ruchów rąk. Gdy po występie, już przebrani wracaliśmy do stoły, przywitały nas gromkie oklaski wielonarodowej widowni. To było bardzo przyjemne... Jeszcze tego wieczora Rob pokazał nam Krzyż Południa. Tak w zasadzie, to ten krzyż to 4 gwiazdy, a południe nie jest żadną z nich, tylko mieści się w 1/3 odległości od "podstawy" krzyża do jego góry.
10 dzień pobytu w RPA rozpoczęliśmy 2-godzinnym spacerem w okolicy naszej Lodge'y. Mogliśmy zobaczyć kilka żyraf, dajki, i antylopy. Na swej drodze natknęliśmy się na martwe gnu błękitne. Jak szybko oceniła nasza przewodniczka, powodem śmierci była susza. Antylopa w podeszłym wieku, nie zdołała po prostu dojść do wodopoju. Po powrocie zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy w drogę przez Hluhluwe-Umfolozi National Park na zachód. Podczas kilku godzin jeżdżenia po terenie parku, udało nam się uzupełnić częściowo braki z dnia poprzedniego. Z Wielkiej Piątki spotkaliśmy mnóstwo nosorożców, a słonie widzieliśmy z bardzo dużej odległości. Nie udało nam się za to dojrzeć ani lwa, ani lamparta. Może innym razem. Najciekawszym wydarzeniem tego dnia było spotkanie oko w oko z nosorożcem białym. Wyszedł na ulicę 5 metrów od naszego samochodu. Był jednak bardzo sympatyczny, bo pozwolił nam przejechać. Po wyjechaniu z terenu parku, minęliśmy Ulundi i udaliśmy się do Mtonjaneni Lodge. Gdy przyszło do rozpakowywania samochodu, nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Jazda po bezdrożach parku narodowego pozostawiła ogromny ślad na wszystkim, co było w aucie. Warstwę kurzu można by liczyć na centymetry, jeszcze następnego dnia ilość pyłu w samochodzie przeszkadzała w normalnym oddychaniu. Tego wieczoru przeżyłem najdłuższą kolację mojego życia. Normalnie podczas całego pobytu na kolację poświęcaliśmy około półtora godziny, bo nikomu się nigdzie nie spieszyło. Tego wieczoru natomiast jedliśmy około 2,5-godziny. Przepraszam, na jedzenie czekaliśmy około godziny, a wcześniej na przyjście obsługi jeszcze pół. Wieczór zakończyliśmy grając w bilard.
Kolejny dzień upłynąć nam miał na zwiedzaniu Szlaku Pól Bitewnych. My jednak spragnieni byliśmy już bardzo Gór Smoczych, więc nawet pominęliśmy miejsce, gdzie mieliśmy zjeść lunch. Ale po kolei... Wyjechaliśmy wcześnie rano (jak co dzień zresztą), kierując się w stronę Isandlhwany - miejsca bitwy brytyjsko-zuluskiej w 1879 roku. Zulusi rozwścieczeni najazdem Brytyjczyków na swoje terytorium pokonali wojska angielskie. Ułatwił im to błąd taktyczny dowódcy brytyjskiego, który rozdzielił swoje wojska. Trzeba jednak przyznać, że Zulusi mieli zdecydowanie liczebniejszą armię. W Isanlhwanie zwiedziliśmy muzeum poświęcone bitwie, zaszliśmy również od miejscowego kościoła, w którym akurat odbywało się nabożeństwo. Co nas najbardziej zdziwiło, to fakt, że nie było w kościele mężczyzn, tylko kobiety i dzieci.
Kierując się w dalszym ciągu na zachód, przejechaliśmy rzekę Buffels, opuszczając tym samym Zululand, a wjeżdżając do Natalu. Ponieważ mieliśmy zaplanowany lunch w Dundee, które nie było nam zbytnio po drodze, zdecydowaliśmy się z niego zrezygnować. Zatrzymaliśmy się za to w Ladysmith, aby coś zjeść i udaliśmy się dalej, do celu naszej podróży - Gór Smoczych. Zbliżając się w kierunku gór odnosiliśmy nieodparte wrażenie, że w końcu dobijemy do tego szerokiego łańcucha górskiego o stromych ścianach. Najlepiej oddaje to widok 6-kilometrowej, bazaltowej ściany, wysokiej na półtora kilometra. Jest to tzw. Amfiteatr. Znajduje się on w Królewskim Parku Narodowym w Natalu, do którego udaliśmy się jeszcze tego samego dnia. Przed bramą wjazdową, dziewczyny zakupiły sobie słomkowe kapelusze, które są charakterystyczne dla regionu Gór Smoczych, ale po ich drugiej stronie w Lesotho. Z parkingu wybraliśmy się na około 2-godzinny spacer, mogąc choć troszkę poczuć klimat tych gór. Gdybyśmy byli w innej porze roku niż zima, mielibyśmy możliwość podziwiania przez lunetę drugiego, co do wysokości, wodospadu na Ziemi - Tugela na rzece o tej samej nazwie. Spada on z wysokości 948m, to jest około 50m mniejszej niż Wod. Angel w Wenezueli. Niestety, zdarza się, że zimą rzeka Tugela wysycha i z oglądania tego wodospadu nici. Już po zmierzchu dotarliśmy do Stanford Park, gdzie mieliśmy spędzić ostatnią noc w RPA. Do pokoi zaprowadziły nas dwie Zuluski, niosąc nasze bagaże na... głowach. Sposób nad wyraz ciekawy, ale wymaga lat praktyki. Po kolacji, na której afrykańskie specjały popijaliśmy winem otrzymanym po zawodach od Słoweńców, poszliśmy grać w bilard. Górę wzięło doświadczenie - nikt nie potrafił wygrać z Robem. Spać położyliśmy się po północy...
12 sierpnia, ostatni dzień pobytu na kontynencie afrykańskim. Nim jednak przyszło nam wyjeżdżać zdążyliśmy troszkę zobaczyć. Przed szóstą rano opuściliśmy miejsce noclegu, udając się ponownie w góry. Udaliśmy się tym razem bardziej na południe, do Parku Narodowego Giant's Castle. Poza pięknymi widokami na górujący nad parkiem Giant's Castle (3314m.n.p.m.) i inne okoliczne szczyty, główną atrakcją parku są naskalne rysunki Buszmenów, zamieszkujących te tereny w niegdysiejszych czasach. Obecnie Buszmeni mieszkają głównie na pustyni Kalahari i w Namibii. Wracając jednak do rysunków, to jest ich kilkaset, a niektóre pochodzą nawet z XIII wieku. Idąc do jaskiń z malowidłami, mijał nas strażnik parku, który miał nam później opowiedzieć o życiu Buszmenów. Mogliśmy się wtedy doskonale przekonać o uprzejmości Afrykańczyków. Mało który z nich przejdzie obojętnie obok nieznanego nawet człowieka. Zawsze padnie grzecznościowe: "Hallo! How are you??" Jest to niezwykle miłe, aczkolwiek czasami nawet denerwujące. Po zjedzeniu śniadania na wolnym powietrzu (woleliśmy nie tracić rano czasu i wyjechaliśmy jak najwcześniej) udaliśmy się w drogę powrotną do samochodu. Jakie było nasze zdziwienie, gdy Zulus pracujący przy wyjeździe z parku pożegnał nas swojskim "Do widzenia". Jak się dowiedzieliśmy, jest to jego hobby i przywitać i pożegnać potrafi w prawie każdym języku. Niedługo potem i my powiedzieć mieliśmy "do widzenia" Afryce. Droga powrotna upłynęła dosyć szybko, nawet można powiedzieć za szybko... Mieliśmy około 15 minut na szalone, jeśli chodzi o tempo, zakupy na Waterfroncie w Durbanie, a później już tylko na lotnisko i do domu. Po przylocie do Johannesburga spotkała nas miła niespodzianka - spotkaliśmy drużynę Czech. Oni również udawali się już w drogę powrotną do Pragi po krótkim pobycie w Górach Smoczych. Lecieliśmy tym samym samolotem do Frankfurtu nad Menem, później nasze drogi się rozdzieliły.
O godzinie 7.05 13 sierpnia lecieliśmy już do Warszawy. Tam odebrały nas rodziny i wszyscy wróciliśmy do domów, normalnej, szarej codzienności. Czy jeszcze kiedykolwiek będzie mi dane powiedzieć "Sawubona" - zuluskie dzień dobry?? Miejmy nadzieję, że tak.
Tomek Sawicki
All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.



