Rysy po słowacku

Dzień przed wyjazdem był mały burdel. Nikt (PKS) dokładnie nie wiedział gdzie jedziemy, jak śpimy i na ile jedziemy. Ale cel był zbożny, w góry! Trzeba uchwycić ostatnie chwile lata i słońca. Pod koniec dnia dowiedziałam się tylko ze koło 9 rano mam być w Gliwicach i wziąć mapy Słowacji i Tatr. Więc spakowałam się na najgorsze i pożyczyłam od rodziców trochę koron Słowackich na wszelki wypadek.

Dzień 1 "Road trip"

ekipa na tle dwutysięczników

Pobudka koło 7 rano, autobus do Gliwic. Gliwice dworzec PKS 9:15. Rozglądam się, jest okej widzę Krzycha przy aucie. Poznaję innych uczestników wycieczki: Maciek, student chemii z Gliwic od teraz kojarzony z aparatem, Wojtek, robi coś z filmami i reklamami (Wrocław) z Tarnowskich Gór, kierowca. Michał, student zootechniki (Warszawa) z Kędzierzyna Koźla. Cytat Krzycha na temat Michała: "Jest denerwujący, ale naprawdę się przydaje. Jak go nie ma zazwyczaj jest cicho i nudno." No i Krzychu (czyli PKS), Magister Inżynier Automatyk, za przeproszeniem, Sosnowca. Ja widzę chłopaków pierwszy raz w życiu, Krzychu zna ich z "szybowców", na razie jest dobrze. W aucie na początku trochę sztywno, ale potem Michał się rozkręcił, nudno nie było. Zaczepiał Wojtka kiedy tylko się dało. Maciek w tym czasie robił zdjęcia wszystkiego co się rusza.

Przekroczyliśmy granicę bez żadnych problemów. Aaa, bo właśnie w drodze stwierdziliśmy, że jedziemy gdzieś... w Tatry słowackie. Gdzie dokładnie to się po na miejscu sprawdzi.

Powoli robiło się późno, więc stwierdziliśmy, że jak nam się spodoba jakieś miasto to stajemy. Stanęło na miejscowości Strbske Pleso.

Wjechaliśmy w pierwszy lepszy zajazd gdzie był hotel. Nasza strategia byla prosta: jak najtaniej! Plan polegał na obejściu całej miejscowości (była niewielka) i znalezieniu najtańszego noclegu, jeśli nie będzie nic taniego, nie ma sprawy, śpimy w aucie. Chodziliśmy długo, ceny wahały się w granicach 1000 sk, 2000 sk, 500 sk. Najtańszy okazał się nasz pierwszy wybór, tylko 250 sk za dobę. Lokal całkiem spoko, czysto ciepło, ale ostatnie piętro po rozpakowaniu poszliśmy się przejść po mieścinie porobić parę zdjęć i obejrzeć gdzie zaczynają się szlaki. Mieścina prześliczna!!!

Obeszliśmy całe przepiękne jezioro i zdecydowaliśmy się na pierwsze podejście. Podeszliśmy pod... skocznię narciarską A nie było to proste, ale mieliśmy motywację: "Zdążyć przed zachodem słońca".

skłay i granie w podejściu na rysy

W sumie na zachód nie zdążyliśmy, ale fajnie było. Wieczorem... wieczorek zapoznawczy. Zdecydowaliśmy, iż następnego dnia idziemy na Rysy... Cóż przynajmniej spróbujemy.

Dzień 2 "Rysy conquer"

Pobudka była ciężka. Trzeba było chodzić na palcach, bo chłopcy narzekali, że za głośno stąpam. Już koło 7 rano byliśmy na szlaku. Słoneczko świeciło, zachmurzenie 0%, ślicznie było Po półgodzinnej wędrówce zobaczyliśmy pierwsze szczyty i wszyscy powyciągali aparaty.

Po półtora godziny osiągnęliśmy pierwsze schronisko przed Rysami. Okazało się, że jest w remoncie. Szkoda bo zakładaliśmy, iż właśnie tam zjemy śniadanko i kupimy ciepła herbatkę. Schronisko położone jest też nad jeziorkiem więc chociaż mogliśmy porobić troche zdjęć. Przed wejsciem na szlak stała budka z drewnem, a na niej napis. Wynikało z niego, że za 10 kilo zaniesione do schroniska pod rysami ochotnik otrzymuje herbatkę. Jednak się nie skusiliśmy

Powoli wychodziliśmy z kotliny. Widoki przepiękne. Zaczyna się wyrypa w górę. Gdzieniegdzie płaty śniegu i lodu. W słońcu ciepło, w cieniu gór sweter, kurtka i zimno.

Koło 10 rano podeszliśmy wystarczająco wysoko żeby minąć tak zwane Żabie Jeziora. Wyglądem jak nasze Czarne Stawy. Powyżej Żabich Jezior zaczęły się łańcuchy. Łańcuchy były w cieniu, więc słońce po nocy nie roztopiło jeszcze zalegającego na nich lodu. Na szczęście przy łańcuchach były jeszcze liny, które nie były już tak lodowane i śliskie jak łańcuchy.

Po drodze wypatrzyliśmy ciekawy widok. Zdaje się że zaopatrzenie szło do schroniska i przed łańcuchami zostawił sobie na później butle z gazem, która wyglądała raczej ciekawie na szlaku.

Właściwie to szybko skończyła nam się woda, więc przy jakichkolwiek źródełkach, rzeczkach uzupełnialiśmy zapasy, niestety koło schroniska jedynym źródłem wody był śnieg, ale nam to nie przeszkadzało. Mieliśmy również przy sobie tabletki musujące, więc robiliśmy sobie szejki ze śniegiem, i muszę przyznać że nie były złe.

Schronisko było bardzo przytulne. Było cieplutko i milutko, czyli tak jak lubię. Wojtek wziął nawet nadworną gitarre i zagrał jedyny utwór jaki znał ;> i gral go raz po raz.

Po małym pożywieniu i odpoczynku wyszliśmy na podbój najwyższego szczytu Polski

Na górze dało się odczuć rzadsze powietrze, również kolor nieba był bardziej niebieski. A chmur dalej 0%. Śniegu było coraz więcej. Na szczęście był zmrożony i stary, więc się nie lepił i prawie nie zapadał.

Na sam szczyt prowadziły dwie drogi. Jedna krótsza przez grań i jedna dłuższa szlakiem trawersem do grani. Ja, Krzychu i Michał poszliśmy szlakiem, a Wojtek i Maciek granią. Ten oto podział zaowocował tym, iż Wojtek i Maciek czekali na as kolo 10/20 minut na szczycie.

Na szczycie dało się złapać polski zasięg. Widok był przedni. Kto wszedł na szczyt najpierw wyciągał komórkę i dzwonił. Oczywiście schemat rozmowy był podobny, a przynajmniej początek, w stylu: "Cześć jestem właśnie na Rysach, a ty??".

gosia na szczycie

Na szczycie siedzieliśmy z godzinę, zdjęciom nie było końca, słoneczko mocno grzało, wiaterek chłodził. A, że zbieralo się coraz więcej ludzi postanowiliśmy, że w koncu zejdziemy.

W drodze na dół tym razem ja, Krzych i Michał poszliśmy grania, a Wojtek i Maciek szlakiem. Teraz jak na to patrzę to nie był to najlepszy pomysł. Droga ta byla bardzo... ekspozycyjna. No, co by tu długo nie mówić Wojtek i Michał znowu na nas czekali, ale tym razem z 30 minut...

Droga na dól byla o wiele szybsza. Śnieg się już troche roztopił więc założyłam stuptuty a Krzychu ślizgał się na dół na pupie. W schronisku zjedliśmy substytut obiadu i powędrowaliśmy z powrotem.

W drodze powrotnej wypiliśmy wszystkie zapasy naszych szejków ze śniegu. Na szczęście niżej były już rzeczki i jeziorka więc problemy z wodą się skończyły.

Do pokoju wróciliśmy wieczorkiem padnięci. Maciek, Wojtek i Michał po drodze do hotelu zahaczyli jeszcze o jakiś fast food. A my z Krzychem poszliśmy szybko do pokoju żeby wziąć prysznic. Ogólnie mój jadłospis na wyjeździe opierał się głównie na kaszce mannej dla niemowląt, bochenku chleba z pasztetem pomidorowym i innych spożywczych rzeczy wyżebranych od chłopaków.

morskie oko

Dzień 3 "Byczenie się"

Tego dnia mieliśmy się wyprowadzić, więc koło 9 rano byliśmy już spakowani i siedzieliśmy z mapą na masce samochodu. W planach były jakieś źródła termalne. Ogólnie chcieliśmy iść jeszcze w jakieś górki i wieczorkiem się wytaplać. W planach była albo Tatralandia albo Besenova. Pojechaliśmy do Smokovca szukać jakiegoś miejsca na noc. Przejechaliśmy całą miejscowość szukając bezpłatnego parkingu. Po krążeniu tam i z powrotem znaleźliśmy w końcu parking koło zamkniętego hotelu. Stamtąd wyszliśmy na miasto szukając centrum informacji turystycznej, gdzie mieliśmy nadzieje wziąć parę mapek i dowiedzieć się czegoś na temat tanich noclegów. Niestety okazuje się że Smokovec jest jednym z droższych miast położonych koło Wysokich Tater. Nie wiedzieliśmy, teraz już wiemy. W każdym razie powoli przechodziła nam ochota na chodzenie, więc stwierdziliśmy, iż idziemy się wymoczyć i potem znaleźć jakiś nocleg, albo na odwrót. Wyjechaliśmy więc w kierunku Liptovskigo Mikulasa z zamiarem dojechania do Tatralandi. Po drodze Maciek nagle krzyknął do Wojtka: "Zatrzymaj się". Wszyscy się przestraszyli, Wojciech się zatrzymał a Maciek wybiegł z aparatem z samochodu. Okazało się, iż Maciek wypatrzył helikopter który transportował pale drewna z lasu do jakiegoś schroniska. Po setce zdjęć pojechaliśmy do Tatralandi. Na miejscu okazało się, że bilety były troszku droższe niż nam się wydawało. Mieliśmy ulotki i widzieliśmy cenniki, ale nie zauważyliśmy, iż przy cenniku była drobna gwiazdka. No cóż pod gwiazdką drobniuteńkim druczkiem napisane, iż w weekend ceny są o 33% droższe. Zrezygnowani wróciliśmy do auta. Śmiem twierdzić, iż przeze mnie poszliśmy do Tatralandi, bo zarzekałam, że to za drogo... No ale wyszło nam to na dobre. W aucie na parkingu wybraliśmy nowy plan. Przez telefon zamówiliśmy nocleg w Besenovej. Był on raczej drogi bo okazało się, że poza opłaceniem noclegu (koło 320 sk) właściciel zażyczył sobie zapłaty za dojazd na miejsce, czyli dodatkowo 50 sk na głowę... Niestety nie mając innego pomysłu zgodziliśmy się i pojechaliśmy na baseny termalne.

W drodze do basenów mijaliśmy domy z ogłoszeniami o tanich noclegach. No więc wiele nie myśląc zaczęliśmy kombinować jak by tu zaoszczędzić. Z kombinowaniem nam się udało znaleźliśmy nocleg za 250 sk, odmówiliśmy poprzedni nocleg i biegiem na baseny. Och, baseny były nieziemskie. Moczyliśmy się przez wiele godzin do samego zamknięcia basenu. Były tam baseny z woda termalna do pływania, baseny z cieplejszą zimniejszą woda termalna jak również baseny kryte, gdzie były zjeżdżalnie, jacuzzi. Ja i Krzych kupiliśmy bilety ekonomiczne gdzie mieliśmy dostęp tylko do basenów zewnętrznych, a reszta ekipy kupiła bilety biznesowe (gdzie mieli do dyspozycji baseny wewnętrzne, zjeżdżalnie i jacuzzi). W sumie większość czasu po prostu leżeliśmy w najgorętszym basenie (z wodą o temperaturze około 40 stopni) i było nam świetnie. Jeśli było za gorąco przechodziliśmy do zimniejszego i tak w kółko.

Zaraz koło basenów była restauracja, tania restauracja. Lody były tam przepyszne. Chłopaki zamówili tam sobie obiad, ja z moją kaszką dla niemowląt dałam się częstować ich porcjami. Ogólnie za wszystko płacił Krzychu, gdyż tylko on załadował sobie kasę na breloka, ale spokojnie potem wszystko mu oddaliśmy. Wieczorkiem całkiem zrelaksowani poszliśmy na piwko do baru, a potem szybko spać.

Dzień 4 ”Sivy vrch”

Niestety ostatni dzień, dzień powrotu... Po i w trakcie śniadania oglądaliśmy słowacką realizację filmową Tarzana. No, ale cóż mieliśmy jeszcze jeden mały szczyt do zaliczenia przed przekroczeniem granicy. Więc koło 10 podjechaliśmy na parking gdzie zaczynał się szlak, przebraliśmy buty i zaczęliśmy wspinaczkę. Szło nam wyjątkowo szybko. Może to kwestia wygrzania się w termalnych źródłach, może aklimatyzacji, a może wyspania, ale nawet się nie zmęczyłam. Jak zwykle skończyła nam się woda, a nienauczeni poprzednimi doświadczeniami nie kupiliśmy więcej. Na szczęście zawsze jest jakieś źródełko po drodze. Po jakieś godzinie zostawiliśmy za sobą las i szliśmy przez kamienie i kosodrzewinę podziwiając piękne widoki dookoła. Pogoda była genialna, zerowe zachmurzenie, słoneczko grzało, wiaterek słaby...

Po drodze na szczyt były również łańcuchy. Koło 14 robiliśmy już sobie zdjęcia na szczycie.

gosia na szczycie

Szybciutko wróciliśmy do autka i zaczęliśmy podróż powrotną. Droga do granicy upłynęła szybko, jeszcze małe zakupy nad granicą i kierunek Katowice. Niestety w Polsce akurat były jakieś imprezy, dożynki czy co, więc korki nieziemskie, a do tego niedziela już była. Dopiero koło 21 byliśmy w Katowicach. Muszę przyznać, iż wycieczka była bardzo udana.

Małgorzata Lejeune

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.