Szczawica 2008
Zobacz też:
Wyjazd był po cichu organizowany jako firmowy wypad GT WERTEP. Chciałem zobaczyć jak uda się coś takiego zorganizować w małej skali. Udało się od rodziców pożyczyć samochód i ruszyć z Kamilą i dwojgiem znajomych z północy. W wtorek rano Kamila, Gosia, Alan i ja zapakowaliśmy się do Astry II sedan z trzema parami nart i ruszyliśmy w stronę Szczawnicy. Naszą drogę wygenerował niemiecki silnik, z którego Alan się nabijał, ale i tak był bardziej dokładny niż można było się spodziewać. Przynajmniej czas podróży nie wziął się z kosmosu.
Trzy pary nart wskazywały na to, że na pokładzie mamy nowicjusza. Alan miał postawić pierwsze kroki na nartach. Ale po kolei z pominięciem kwesti rozładunku, bo kogo to interesuje. Po południu warunki na trasach były naprawdę trudne. Sztuczny sypki śnieg był grząski i bardzo utrudniał jakąkolwiek jazdę. Narty się w nim całkowicie zapadały aż do kostki w bucie. Gdzie nie było zasp na wierzch wychodził czysty lód. Jak na pierwszy dzień makabra. Po kilku zjazdach byliśmy troszkę zdegustowani. Liczyłem bardzo, że po ratrakowaniu warunki się poprawią, ale wiedziałem, że po południu będzie tak samo. Znałem te trasy. Po południu za rodzinnej niebieskiej trasie są muldy, a na czerwonej odsłania się lód. Tylko naturalny śnieg potrafi zmniejszyć to zjawisko i pozostawić stoki zdatnymi do jeżdżenia przez cały dzień. W sytuacji gdy dobre warunki były tylko na polanie gdzie ćwiczył Alan stwierdziłem, że trzeba się pogodzić z ciężkimi warunkami po południu. Następnego ranka kupiliśmy karnet dopołudniowy.
Jazda do 14 było wyborem najlepszym z możliwych. Dawało nam to około 4h jazdy w dobrych warunkach. Po rozgrzewce na trasie niebieskiej na okrągło ujeżdżaliśmy z Kamilą czerwoną trasę. Palenica I dawała naprawdę sporo radości. Stromizny pokonywaliśmy gładko wybierając te rzadziej uczęszczane miejsca. Alan dzielnie ćwiczył na polanie i niestety trochę naciągnął mięsień. To był jego ostatni raz na nartach tego roku. Wystarczyło by stwierdził, że ma ochotę na zakup własnego sprzętu i powrót na stok za rok. I to najważniejsze. Witamy nowego narciarza! Tymczasem na wszystkich trasach na krawędziach szalała Gosia, która zatrzymywała się tylko wtedy kiedy naprawdę musiała.
Oni muszą grać coś jeszcze
Przez cały wyjazd śmialiśmy się z bujnej twórczości zespoły Feel, który przez telewizję został wypromowany w ciągu ledwie roku do rangi zespołu typu Myslowitz. Tragedia. Po głowie chodziła nam ciągle piosenka, która wygrała Sopot 2007 i wpadaliśmy w euforię gdy była puszczana w radiu lub w telewizji w restauracji. Alan tymczasem dotarł do granicy, ale piwa stamtąd nie przyniósł. Przysłał nam za to wieść, że wieczorem ma być koncert Feela w namiocie Żywca pod wyciągiem. Brzmiało to bardzo realnie, bo to w końcu Walentynki, ale zamiast Feela przybył jakiś mebel, Sofa chyba i tyle wyszło z plotek o koncercie. A już się baliśmy, że jak się spóźnimy choć 10 minut to będzie już po występie.
Przyszedł w końcu czas na prawdziwie studenską fantazję. W pokoju mieliśmy jeszcze dwa Żubry, z którymi trzeba było coś zrobić. Alan stwierdził, że może grzańca w Piotrusiu (czajnik), którego co dzień gmerał za uszkiem by ten zagotował wodę na herbatę. Czajnik Piotruś bez oporów zrobił dla nas litr grzanego piwa. Było całkiem smaczne jak na taką amatorszczyznę. Grzaniec z miodem by Piotruś. Musicie spróbować. Zainteresowanym dam namiary na pokój.
Na koniec przyszła zima
W nocy spadło sporo świeżego śniegu. Zasypało samochody. Rano było słychać nieudane próby wyjazdu samochodów pod górę obok naszego ośrodka. Trochę stresu mi to nagoniło. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy na ostatnie pół dnia na stok. Ponieważ na wyciągu byliśmy jako jedni z pierwszych to z radością skorzystaliśmy z wyrzeźbienia świeżych śladów w puchu poza trasą. Mieliśmy z tego naprawdę sporo radości. Przez pierwsze godziny zamiecie śnieżne zmieniały się miejscami z bijącym słońcem. Bez gogli jazda była bardzo trudna. Prawie niemożliwa. Na szczęście pogoda się w końcu ustabilizowała i mogliśmy spokojnie wyjeździć się ile dusza zapragnie. Przed 14 zakończyliśmy na czerwonej trasie pięknymi popisowymi zjazdami. Tak pożegnaliśmy się z Palenicą.
Wyruszyliśmy późno bo dopiero o 17, ale powrót był na szczęście tylko formalnością. Nigdzie nie pobłądziliśmy, a i samochody jechały raczej w przeciwnym kierunku. Alan i Gosia jeszcze tego wieczoru wsiedli do pociągu by po kolejnych 11 godzinach znaleźć się w Gdańsku. Wyjazd zaliczam do bardzo udanych. We wspaniałej ekipie spędziliśmy na nartach cztery dni i mieliśmy dobre warunki śniegowe. Mam nadzieję, że to nie ostatni taki wypad i jeszcze nie raz pokuszę się o taki wyjazd.
Michał Pawełczyk
All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.



