2000 metrów ponad tym wszystkim

Tatry 2007

Tak! Tego właśnie mi było trzeba. Kilka miesięcy na pełnych obrotach przerwanych zaledwie kilkoma luźniejszymi dniami czy kilkoma przepitymi (nieco za bardzo) wieczorami to stanowczo za duże obciążenie. No trudno, tak się sprawy poukładały, że od samego początku czerwca do końcówki września ręce były pełne roboty. Jednak udało się! uczelnia jeszcze nie ruszyła pełną parą, a w pracy trochę ostatnio luźniej było i terminy nie goniły... no i co? Nie pozostało nic innego niż tylko spakować plecak i ruszyć. Odpowiedź na pytanie 'gdzie?' mogła być tylko jedna w moim przypadku. Plany 'słowackie' na te wakacje (z powodu braku czasu) nie miały niestety większych szans, ale i 'u nas' jest też zawsze co robić. Wyjazd od początku miał być pozytywny (jak każdy inny zresztą…), trochę spontaniczny (nie było możliwości zaplanowania wszystkiego). Miejscami noclegowymi się nie przejmowałem, w październiku Tatry i Zakopane (na szczęście!) nieco pustoszeją. Gwoli wyjaśnienia, tytuł główny owego opowiadania jest małym zapożyczeniem z hasła reklamowego kompleksu narciarskiego na lodowcu Kitzsteinhorn (Austria), co prawda w oryginale liczba jest o tysiąc większa, jednak Tatry aż tak nie urosły, a hasło pasowało mi wprost idealnie do wycieczki. Odpoczynek i odetchnięcie od 'tego wszystkiego' były mi koniecznie potrzebne.

Jechałem sam. początkowo była to wizja nieco niewesoła - zawsze, szczególnie w kilkudniowej wycieczce, fajnie mieć kogoś do towarzystwa. Jednak było to czyste błogosławieństwo. Zero obowiązków wobec innych, zero przejmowania się czymkolwiek, tylko ja i 'moje zachcianki'. Samotne wędrowanie ma również pewne zalety - większy kontakt ze spotkanymi przypadkowo ludźmi, więcej czasu na własne przemyślenia, a te samoistnie nasuwają się w górach (tym jednak Was nie będę tutaj częstował - nie czas i nie miejsce na to). Tyle słowem wstępu starczyć powinno z nadmiarem... zresztą te ledwo 4 dni krótkim opisem się nie zapowiadają.

dzień 1, wtorek 09-10-2007 - "Być może świat ma sens, przynajmniej w masywie Czerwonych Wierchów"

czerwone wierchy

Cytatem z wiersza Michała Jagiełły postanowiłem rozpocząć opowiadanie z mojej tegorocznej wyprawy w Tatry, bardzo marzyła mi się Świnica, ale na pierwszy dzień mogło by to być trochę za wiele. Aklimatyzacja i te sprawy, więc jeszcze w czasie podróży autobusem miejskim z Gliwic do Katowic postanowiłem przejść przez 'Czerwone', wysokości to już są niemałe (najwyższa Krzesanica - 2122 m n.p.m..), trudności właściwie brak. No i jeszcze mnie tam nie było - przynajmniej nie w ciągu ostatnich lat. W Katowicach chwila przerwy, oprócz mnie jeden jeszcze pan wyraźnie czeka na nocny autobus do Zakopanego (odjazd 00:15). Byłoby rzecz jasna zbyt pięknie gdyby w ciągu 15 minut do odjazdu nic się nie stało. W pewnym momencie z sąsiadującej ulicy dobiegł głos nagłego hamowania i potężny huk. Nie zastanawiając się ani chwili wybiegłem z przystanku, dwa autobusy miejskie, chwila nieuwagi... Młody kierowca wymusił pierwszeństwo, starszy nie zdążył wyhamować. Całe szczęście nie było już pasażerów. Młody strasznie zdołowany, świadomy tego co się stało i z rozbitym łukiem brwiowym po mojej prośbie wyszedł z busa. Szczerze mi go żal... chwila nieuwagi, a kłopotów na kilka lat pewnie. Po kilku chwilach pojawia się więcej osób, niedługo potem pogotowie. Potraktowałem to jako swoisty znak, przestrogę. Po kilku chwilach rozmowy z krwawiącym kierowcą pospieszyłem na przystanek. Wycieczka miała się zacząć.

Przejazd do Zakopanego trwał 4,5h. Spało się z początku bardzo ciężko, prawe oko bardzo mi łzawiło (jakiś mały kawałeczek szkła wpadł mi do niego przy strzaskanych autobusach).

Postanowiłem jednak sobie, że nic nie zakłóci mi tego dnia spokoju. Kiedy opuszczałem autobus na zakopiańskim dworcu niebo wciąż było zupełnie ciemne, ulice i chodniki puste (z wyjątkiem 2 panów oferujących pokoje). Zawiązałem buty, założyłem plecak i ruszyłem ku Dolinie Strążyskiej - przez miasto jakieś 50 min. marszu, tak więc przy wejściu do TPN znalazłem się przed godziną 6.

Góry ledwo majaczyły gdzieś wciąż w półmroku, leśna droga wypełniona była ciemnością. Chwila odpoczynku, kilka łyków wody, kubeczek herbatki, czołówka na głowę, stuptuty na buty i w końcu znowu ruszam w drogę! Zwyczajem swoim narzucam sobie całkiem ostre tempo. Szlak przez Strążyską aż do Kopy Kondrackiej czy Giewontu jest raczej nudny i mozolny, chociaż oferuje kilka ciekawych pejzażyków. Pierwszy krótki postój - właściwie tradycyjnie miał miejsce przy Polanie Strążyskiej, tam mogłem już powoli pozbyć się latareczki, las był już nieco rzadszy, a Słoneczko przyświecało nieco jaśniej - chociaż wciąż nie było go widać między chmurami i mgłami. Droga aż do przełęczy Kondrackiej pomiędzy Giewontem a Kondracką minęła mi dość szybko, spotkałem tylko jednego człowieka, i muszę przyznać, przyprawił mnie nieco o kompleksy. Niemłody już pan, na oko między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką po prostu śmignął koło mnie, nie tyle wchodził, co prawie wbiegał na Giewont i z powrotem - jak wynikło z kilku zamienionych zdań w ten właśnie sposób się hartuje, taki codzienny trening? W każdym razie kondycja podziwu godna, przypuszczam, że nawet po pełnej aklimatyzacji i dobrej rozgrzewce, bez obciążenia miałbym poważny problem dotrzymać mu tempa, a tego dnia było to po prostu niemożliwe. Na przełęczy chwilka przerwy i ruszam dalej. Jednak już nieco wolniej.

Podejście na Kopę Kondracką nie jest bardzo długie, byłem już praktycznie na docelowej grani na ten dzień. Jednak stało się to, czego się obawiałem - nieprzespana noc, a także brak aklimatyzacji pozbawiły mnie sił. W połowie drogi musiałem po prostu stanąć. Podjąłem dość radykalną decyzję - potrzebuję chwili snu, nałożyłem kurtkę, rękawiczki, czapkę, nakryłem się śpiworem i nastawiłem budzenie na 20 minut. Powoli, mimo potężnego, dziwnego pulsowania w czaszce przysnąłem, trochę rozgoryczony - pewien byłem, że z Kondrackiej będę zmuszony zejść do Kuźnic.

Obudziłem się mimo opatulenia trochę zmarznięty, jakieś 10 minut zajęło mi dojście do siebie, krótki posiłek i dwa kubki ciepłej herbatki (dobry termos to podstawa! nawet taki zamieszkały przez mrówki faraonki, byle trzymał ciepło zalany herbatą pół doby wcześniej). Doszedłem powoli do siebie i ruszyłem w górę - czułem się znacznie zregenerowany, ale z wyrokiem kontynuacji, czy też zaprzestania wycieczki poczekać wolałem do momentu wejścia na szczyt.

czerwone wierchy

Widoki nie były oszałamiające, wręcz przeciwnie, z dołu wyrywały się masowo mgły i przysłaniały wszystko wokół, od czasu do czasu jednak wierzchołki Czerwonych wyłaniały się spośród białych tumanów. Obserwując to zjawisko zastanawiałem się, kto mógł wpaść na pomysł nazwania tego masywu "czerwonym" - na mój gust, tego dnia wierchy były zdecydowanie białe, ewentualnie siwe, całe połacie przyschniętych już traw bieliły się szronem otulając dalekie od czerwoności wapienne zbocza. Szedłem już tym wolniej, nie było powodu się forsować. Powoli dotarłem na Kopę. Potworne zmęczenie sprzed niecałej godziny minęło. Kiedy cała mgła ograniczająca bardzo widoczność rozrzedziła się a moim oczom ukazały się Tatry, moje Tatry, tego dnia właściwie tylko moje, Tatry w pełnej okazałości niewyspanie przestało odgrywać rolę, aklimatyzacja nie była już tak konieczna, poczułem się doładowany siłami. Czułem, wiedziałem, że jestem u siebie – w końcu.

Granica mgieł czy właściwie chmur kończyła się na wysokości 1900-1950 m n.p.m.., zaraz powyżej powietrze było czyste, przejrzyste, a widoki uległy diametralnej zmianie – całe prawie Tatry wysokie były na wyciągnięcie ręki, miejscami tylko chmury przyciskane do zboczy gór wyskakiwały w górę dziwnymi akrobacjami, chwilowo zakrywając część panoramy, zaraz znikając. Gorzej było z widokami na niższe Tatry zachodnie – tutaj wyłaniały się tylko pojedyncze wierzchołki, czasem większe części grani. Tym niemniej na panoramę nie było sposobu narzekać, szczyty może cięższe stały się do rozpoznania, ale całość była po prostu cudna. I te chmury... te morze chmur... nieraz widziałem już morze chmur – tego dnia jednak zaskoczył mnie jego ogrom, jako że Czerwone Wierchy nie wyskakują dużo ponad 2000 m n.p.m.. a chmury swój górny kres miały niewiele poniżej tej grani brzeg morza był tuż obok. Chmury sięgały po sam horyzont – bez żadnego miejsca przejrzystości. Istny ogrom. I taki właśnie widok towarzyszył mi prawie cały dzień.

Trasa przez Czerwone nie jest trasą trudną, kiedy wbijemy się już na główną tatrzańską grań nie ma większych przewyższeń, a ścieżka jest szeroka i prosta. Mimo to Czerwone uważane są odcinek niebezpieczny, słyszałem, że raz – są bardzo niebezpieczne w czasie mgły i słabej widoczności, a dwa – polubiły to miejsce pioruny. Na szczęście (tym razem) pioruny trzymały się z dala ode mnie. Spokojnym tempem przeszedłem, bez pośpiechu, karmiąc oczy widokiem Tatr upiększanym gonitwami chmur wszystkie trzy szczyty, po drodze zatrzymując się na krótką pogawędkę z poznańskim turystą idącym z naprzeciwka, zresztą miało to miejsce gdzieś na Krzesanicy (2122 m n.p.m.. – najwyższej z trójki Czerwonych). Na całej grani Czerwonych była to jedna z 3 osób, z którymi się spotkałem. Dzień był całkiem słoneczny na tej wysokości, chociaż podejrzewam, że w Zakopanem było raczej mało słońca tego dnia (pisałem o cudnym, z mojej perspektywy oczywiście, morzu chmur), jak na połowę prawie października było dzięki temu całkiem ciepło i szło się bardzo przyjemnie.

Po osiągnięciu Ciemniaka (tak jak Małołączniak – 2096 m n.p.m.. – najdalej na zachód wysunięty Czerwony Wierch) zacząłem powoli się żegnać z większymi wysokościami na ten dzień i rozpocząłem to co zawsze jest najbardziej męczące – zejście w dół. Zgodnie z planem w ciągu 3 godzin miałem się znaleźć w mojej noclegowni na ten dzień – schronisku Ornak (ponoć pustym już prawie). Oczywiście zgodnie z planem wcale nie oznacza, że tak właśnie było... plan uległ zmianie, kiedy znalazłem się na odbiciu od zielonego szlaku w lewo zgodnie z moim kierunkiem marszu – odbijał tam szlak czerwony prowadzący do Przełęczy Tomanowej. Niecałe pół godzinki szlakiem chyba trochę zaniedbanym, porośniętym kosówką tak, że miejscami naprawdę ciężko było się poprzedzierać, szczególnie z niemałym i nielekkim plecakiem. Mimo odniesionych ran (zadrapania na dłoniach...) szlak jest jak najbardziej godny polecenia. Widok z Tomanowej nie jest najbardziej oszałamiającym widokiem w Tatrach, ale jest zupełnie inny – taki trochę spokojniejszy, a przede wszystkim zupełnie inny. Sama Dolina Cicha robi z tego miejsca bardzo przyjemne wrażenie, otoczona jest dobrze znanymi szczytami po stronie polskiej (Kasprowy, Świnica, Walentkowy Wierch) widzianymi pod nieznaną ‘po naszej stronie’ postacią. No i przede wszystkim decyzja padła. W momencie wiedziałem – IDĘ NA ŚWINICĘ. Męczyła mnie i kusiła, jednak – przyznam – trochę się obawiałem (jak się potem okaże niepotrzebnie). Było już popołudnie, trzeba było się powoli zbierać, a do schroniska miałem jeszcze dłuższą chwilę. Ostatnie kilka spojrzeń i ruszyłem w drogę.

Po przybyciu do schroniska zamówiłem klasyczny zestaw obiadowy w postaci kiełbasy i piwa. Pewien niepokój wdarł się we mnie w momencie zapłaty za posiłek – okazało się, że zapas pieniędzy przygotowany na wyjazd został... został nienaruszony w szufladzie w pokoju w akademiku. Tak więc, plany na wieczór trochę zostały zaburzone, poza tym wyglądało na to, że w Ornaku zabiwakowała również niezbyt cicha, paroosobowa wycieczka około dwudziestolatków, z tego typu co to bardziej przyjeżdżają się pochwalić nowymi butami, czy też polarkiem... Postanowiłem więc zejść do Zakopanego i tam spędzić pierwszą noc, o kwaterę nie jest ciężko pod Tatrami w obecnych czasach nawet w sezonie, a już nie mówiąc o październiku. Konieczność lepszego zorientowania się na temat warunków i prawdopodobnie ‘skombinowania’ sobie raków oraz znalezienia źródła pieniędzy sprowadziła mnie gdzieś koło godziny 18 do wyjścia z Doliny Kościeliskiej i busikiem dotarłem do centrum. Znalezienie noclegu trwało może 3 minuty, wraz z negocjacjami cenowymi. Muszę przyznać, że wieczorem poczułem co to prawdziwe zmęczenie. Biorąc pod uwagę niekrótką trasę, bezsenną noc i ogólny brak snu ostatnimi czasy nie powinno być dziwnym, że po wzięciu prysznica i zjedzeniu (całkiem niewielkiej jak na moje zwyczaje) kolacji już o godzinie 19 leżałem w łóżku... zaśnięcie również nie przysporzyło mi większych kłopotów, a należę raczej do ‘nocnych Marków’.

Warunki w wyższych partiach miały nie być łatwe, po wrześniowych opadach śniegu (było wtedy ponad 50cm) pozostały płaty twardego śniegu oraz miejscowe oblodzenia, toprowcy polecali ‘specjalistyczny sprzęt’ – tzn. raki, czekan. Pomyślałem więc, że rozejrzę się za rakami w Zakopanem, a na środę zostawię sobie jakąś łatwiejszą traskę, tak żeby mieć czas na

dzień 2, środa 10-10-2007 – spokój.

Budzik, kiedy zadzwonił koło godziny 7 został zupełnie zignorowany. Wycieńczenie z dnia i nocy wcześniej dawało się we znaki, w dodatku pokój, w którym przebywałem zupełnie sam i nie był wcześniej w żaden sposób nagrzany nie zachęcał mnie zbytnio to wyjścia z ciepłego śpiworka. Dopiero, gdy po lekkim rozbudzeniu się i odczuciu silnego głodu postanowiłem się ruszyć. Małe zakupy w „Biedronce” nieopodal, krótki, zrzucający resztki snu spacerek, śniadanko, kawka... wszystko powoli – nie spieszyło mi się też tego dnia nigdzie – zanim pootwierają sklepy na Krupówkach minie jeszcze kilka dobrych chwil. Rozmowa z sąsiadami, pakowanko, plecak na plecy i w drogę. Na dobry początek dnia, z prozaicznej przyczyny – zamknięcia wszystkich interesujących mnie sklepów – skierowałem się do Atmy, willi, w której kiedyś mieszkał sam Szymanowski, a obecnie znajduje się jego muzeum. Bardzo przyjemne i dobrze zorganizowane miejsce, na jego zwiedzeniu zależało mi tym bardziej, że uchwałą naszego sejmu z dnia 16 listopada 2006 rok 2007 został ogłoszony rokiem tego właśnie, bez wątpienia wielkiego kompozytora (125. rocznica urodzin i 60. śmierci).

czerwone wierchy

Kiedy powróciłem na najbardziej obleganą ulicę Zakopanego udało w końcu mi znaleźć otwarty sklep. Niestety na temat warunków sprzedawca niewiele mógł mi powiedzieć, a chciałem w końcu dostać rzetelne i pewne dane. Ze stronki TOPRu widziałem tylko tyle, ze wyższych partiach gór warunki są ciężkie, występują miejscowe oblodzenia oraz większe płaty twardego, zmrożonego śniegu, wejście na które może spowodować poślizgnięcie. Jak tych drugich się nie bałem, tak lodu już się obawiałem. Na śniegu zawsze można sobie poradzić, kopnąć mocniej nogą i stopień gotowy, no i przyczepność nie ta.

Niezbyt oczywiście pasowało mi kupowani raków, ale sprzedawca wyszedł z propozycją wypożyczenia – koszta całkiem niewielkie, 15zł za dobę. Wziąłem bez mrugnięcia okiem – dobrego zabezpieczenia nie zastąpi się niczym.

No i w drogę, na ten dzień w planach było tylko dojście do Murowańca, więc czasu było sporo. Po drodze wstąpiłem tylko na ulubione zakopiańskie placki ziemniaczane, a potem w stronę Kuźnic, by docelowo przejść drugą po asfalcie do Morskiego Oka najnudniejszą dla mnie trasą w Tatrach – czy to Jaworzynką czy też przez Boczań (zazwyczaj decyduje rzut monetą) w stronę Polany Gąsienicowej. Plan docelowy uległ modyfikacji już przy odbiciu na Nosal, zawsze to ciekawiej niż iść asfaltem poskakać sobie trochę po skałkach. Widoczność tego dnia była zdecydowanie słabsza niż poprzedniego, momentami zapowiadało się nawet na deszczyk, który wcale nie zwiastowałby niczego dobrego. Na szczęście to niespodziewanego załamania pogody nie doszło. Już na Nosalu zmieniłem zdanie i postanowiłem nie schodzić do Kuźnic, tylko skierować się przez Przełęcz Nosalową na żółty szlak w stronę Polany Olczyskiej i jej wywierzyska, dalej zielonym przez Wielki Kopieniec, czerwonym na Psią Trawkę i długim podejściem czarnym szlakiem przez Dolinę Suchej Wody. Króciutka trasa planowana na ten dzień wydłużyła się znacznie, ale przejścia tymi szlakami należą do prostych, wręcz relaksacyjnych.

Prostota tych ścieżek wcale nie jest dla nich ujmą – wręcz przeciwnie, czasem trzeba trochę spokoju, ulgi, no i widoki ze ścieżek reglowych także słyną swoim urokiem, niestety tego dnia na wiele popatrzeć nie mogłem, granica chmur znacznie się obniżyła. Minusem niestety łatwej dostępności takich ścieżek są ludzie... tego dnia co prawda były raczej puste i niezbyt wiele osób napotkałem na swojej drodze, ale śmieci zostawianych przez tabuny wycieczek szkolnych, pojedynczych spacerowiczów, którzy pewnie chcieliby być nazwani turystami i inne zjawiska masowe potrafią naprawdę popsuć humor, szedłem więc spokojnymi, niskimi ścieżkami i raz po raz się schylałem po papierki, woreczki foliowe, a czasem i jakąś puszkę czy butelkę, gdybym miał pozbierać absolutnie wszystko pewnie do Murowańca dotarł bym późno po zmierzchu. Mam tylko nadzieję, że udało mi się zebrać więcej niż przeciętny śmieciarz zostawia. Na pamiątkę, a może w nagrodę za wytrwałość udało mi się pozyskać również trochę tandetny, plastikowy, niebieski różaniec, czyżby jakiś znak :)?

W schronisku byłem wieczorem – koło godziny 18. Bardzo zadowolony z wybranej trasy, dłuższej o kilka godzin od początkowo planowanej, no ale co bym miał robić od 15 nawet w tak fajnym schronisku jak Murowaniec? Chyba nie siedzieć, w góry przyjechałem. Wybrałem najtańszy pokój, który i tak tego wieczora świecił pustkami. Oprócz mnie niemiecki dziennikarz i dwoje studentów. Jak się później okazało – świat naprawdę jest mały (dziewczyna pochodzi z bliskiego mi Rybnika, a ponadto chodziła do równoległej z moją klasy w tym samym liceum, pozdrowienia Agnieszka!). Spokojny wieczór zszedł na kilku pogaduszkach, kilku opowiadaniach no i oczywiście przedpremierowym przymierzeniu raków. Po zgaszeniu światła na sen długo czekać nie musiałem.

dzień 3, czwartek 11-10-2007 – punkt kulminacyjny, choć nie do końca.

Rano, kiedy zadzwonił budzik tym razem wstawanie poszło mi dużo sprawniej, co się jednak dziwić, jeżeli wystarczyło spojrzeć przez okno by zobaczyć Kościelec, zszedłem do bufetu, śniadanko, herbatka do termosu, pakowanie najpotrzebniejszych tylko rzeczy. I w drogę! Do Zawratu!

Pogoda tego dnia zapowiadała się dużo lepiej, niebo nie było może zupełnie bezchmurne, ale jedyne okazy chmur były niezbyt okazałych rozmiarów, przemykały tylko gdzieś – wysoko ponad Doliną Gąsienicową. Również zgodnie z prognozami dzień miał być pogodny, bez opadów – wręcz idealny, a w dodatku ostatni taki tej jesieni – na piątkowe popołudnie zapowiadali deszcze, a na kolejne dni zupełną niepogodę (a jesień – co tu dużo ukrywać w górach się właśnie kończyła). Narzuciłem sobie tradycyjnie stałe, dość porządne tempo, po chwili przywitał mnie jeden z moich ulubionych tatrzańskich widoków – Czarny Staw wraz z całą potęgą swojego otoczenia, widok, który zawsze robi na mnie potężne wrażenie, przytłacza mnie a zarazem wlewa jakąś pozytywną, czystą energię i wypełnia chęcią parcia na przód, co po krótkiej sesji zdjęciowej uczyniłem. Szło się bardzo przyjemnie, rzeźwiący chłód poranka i czyste niebo stanowią jak dla mnie idealne warunki do wędrówki.

czerwone wierchy

Wszystkie północne ściany otaczające Gąsienicową potwierdzały informacje o możliwości występowania znacznych trudności i o tym, że śnieg utrzyma się już do zimy. Zresztą nic w tym dziwnego jak na tatrzańskie realia. Oczom prezentował się całkiem zimowy widok kontrastujący z wciąż jesiennym Podhalem i bardziej naświetlonymi wschodnimi stokami Kościelców. Sam Zawrat próbował straszyć pokaźnym śnieżnym jęzorem zajmującym znaczną część górnego odcinka żlebu z niego schodzącego. Kolejny kawałek czasu zajęło obejście Czarnego i zaraz potem powoli (mój ulubiony) staw zaczął się oddalać, kurczyć. Coraz bliżej natomiast pojawiały się warstwy śniegu i chłód północnych ścian Orlej Perci bijący od tych zbocz nawet w środku lata, atmosfera otoczenia powoli z przyjemnej bijącej ciepłem jeszcze jesieni przekształcała się w kamienną pustynię, linia kosówki oprócz kilku mniejszych wysepek w tym miejscu kończy się tuż nad wodą, wyżej na stromych, zimnych zboczach pełnych kamiennych usypisk niewiele już rośnie. Powoli kończy się również spacerek i zaczyna chodzenie po górach. Mijam rozwidlenie szlaków żółtego (odbijającego w stronę Koziej Przełęczy) i niebieskiego – prowadzącego przez Przełęcz Zawrat do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Chwilka stromego podejścia nad kotłem Zmarzłego Stawu i ostatni bardziej ‘wyluzowany’ odcinek.

Zmarzły staw, jeden z mniejszych w Tatrach, całkowicie zamarzający na zimę, pokryty był już widocznie grubą warstwą lodu, fakt ten powinien trochę wyjaśniać dlaczego na tej już wysokości praktycznie nie ma w południowej części Gąsienicowej roślinności (na północnych stokach gór). Idę dalej, na całym szlaku spotkałem jednego tylko turystę.

No i powoli zaczyna się przygoda – mijam tabliczkę ostrzegawczą TOPR / TPN / PTTK o niebezpieczeństwach na szlaku, zachowaniu ostrożności, kamieniach... niestety kiedy przeglądam kroniki TOPR zastanawiam się, czy ludzie w ogóle rozumieją treść tych tabliczek, ale to temat na inną zupełnie okazję. Pierwsze kawałki śniegu wyglądają niegroźnie, jednak już było widać, że wyżej nie będzie tak łatwo. Z czasem zaczęło przybywać śniegu, a także pojawiły się pierwsze większe oblodzenia oraz na ściankach nieopodal zacieki wodne, wyglądające jak zamarznięte w ciągu ułamka sekundy. Właściwie do pierwszych łańcuchów dojść można było bez większych problemów, śnieg, który miejscami zalegał, nie utrudniał marszu.

Pierwsze wymagające już właściwie umiejętności (...i raków) trudności pokonałem niejako z marszu. Nie było to łatwe zadanie szukać nogami gołych skał, na których można było się zaprzeć lepiej nogami. No było ciężko, pierwsze wygodne miejsce i postanowiłem zorganizować postój, trochę byłem zgrzany ostatnim odcinkiem. Kilka łyków wody, kubeczek herbaty, zakładam raki w międzyczasie obserwując manewry turysty, który towarzyszył mi cała drogę od Czarnego. Podszedł wyżej, trochę w lewo, potem znowu w prawo. Widać było rezygnację, która powoli go opanowywała. Nie miał z pewnością raków, niestety zmuszony był zawrócić. Słusznie. A ja się cieszę, dobrze zrobiłem je wypożyczając, nie wyobrażam sobie, gdybym musiał wtedy zawrócić – zbyt rzadko tu jestem, żeby mieć na to czas, a tu – dzień w plecy, zły humor itd...

Na początku trochę niepewnie ruszyłem dalej w górę, błyskawicznie jednak zacząłem czuć raki na nogach i możliwości przez nie dawane, cała droga do przełęczy w ciszy i skupieniu (raki same za mnie nie pójdą) minęła dość szybko, doceniłem wygodę oferowaną przez 2 powyginane kawałki stali – niezależnie czy idzie się po śniegu, po oblodzonej czy czystej skale przyczepność zawsze zagwarantowana. Wokół mnóstwo śniegu, właściwie cały żleb pokryty był kilkucentymetrową warstwą pozostałości z wrześniowych opadów. Zima... myślałem zbliżając się szczekając rakami o skały i chrzęszcząc o śnieg do grani. Myśl jednak urwała się w momencie, w którym dotarłem na miejsce, nagle widok diametralnie się zmienił i jak to bywa w Tatrach – z kroku na krok. Na południowych stokach wciąż panowała jesień. Nie trzeba było jej szukać, była tuż obok. Śnieg w pewnym momencie po prostu zniknął spod stóp. Czyste niebo, przejrzyste powietrze, przyjemnie przygrzewające słoneczko, wszystko to jakoś dziwnie blokowało myśl, że górska jesień lada moment ma się na dobre skończyć, że jest się na ponad dwóch tysiącach metrów, że jest połowa października.

Na samej przełęczy w końcu spotkałem jakieś żywe dusze, a nawet całą ich, sporą grupę. Kiedy tylko wyłoniłem się zza skał wszystkie miny przybrały nagle dość radosną postać, nie dziwi mnie to wcale – sielanka, w której tkwili tu, na nasłonecznionym Zawracie nijak pasowała do szczęku raków... W tych warunkach i z całkiem dobrym czasem pozwoliłem sobie na dłuższy postój, porządne śniadanie i kilka pogawędek z turystami. Pora była wciąż wczesna, grubo przed południem, a reszta drogi wyglądała już na bardzo łatwą i przyjemną. Świnicę obchodzi się południem, śnieg tam nie występował już, lodu także prawie nie było (były po drodze 2 czy 3 zacienione miejsca w których pozostały jego resztki, ale nie powodowały większych utrudnień) – potwierdziło mi to kilka osób, które tam już zawitały w ciągu ostatnich dni.

Kilka refleksji wzbudziło się we mnie słuchając opowieści o ‘odważnych’, którzy pchali się na Orlą bez przynajmniej raków – a co gorsza widząc znaczne trudności w postaci oblodzeń postanawiali się pchać dalej. Zastanawiam się tylko jak skończyła się wyprawa kilku Słowaków, którzy mimo ostrzeżeń postanowili iść dalej – mam nadzieję, że zgodnie z zapowiedziami zawrócili zaraz za Małym Kozim.

Po kolejnej sesji zdjęciowej przywiązałem raki do plecaka (trochę z żalem, że pewnie już ich nie poużywam) i ruszyłem w dalszą drogę, teraz już główną granią Tatr. Droga na Świnicę minęła spokojnie, szczyt wiele się nie zmienił od kiedy byłem tu ostatni raz, tylko widoki trochę lepsze, a uczucie radości z ‘dopięcia swego’ jak zwykle napawało pozytywną energią – tym razem o tyle mocniej, że przyjście tu było prawie celem całej mojej wyprawy.

Również na szczycie Świnicy byłem prędzej niż się spodziewałem, więc znowu sporo czasu przeznaczyłem na pogaduszki z napotkanymi turystami. Posiedziałem spojrzałem jeszcze na mapowe międzyczasy i uśmiechnąłem się do siebie spoglądając na północ, wszystko w tamtą stronę jest już niższe... łącznie ze strasznym od strony południowo-wschodniej Kościelcem, wyglądającym na niezdobywalny gdy patrzeć znad Czarnego Stawu, przynajmniej dla przeciętnego człowieka, pozbawionego magicznych umiejętności taterników czy alpinistów. Ze Świnicy jest to dość niepozorne wzniesienie gdzieś, poniżej, ale nic dziwnego, jeżeli ich różnica wynosi około 150m. W rzeczywistości Kościelec tylko straszy, a droga na niego jest bardzo prosta, od strony przełęczy między oboma Kościelcami prowadzi szeroka ścieżka, z miejscowymi tylko ekspozycjami i nieznacznymi trudnościami. Napędzany trochę myślą o zdobyciu tego dnia jeszcze Kościelca w drodze powrotnej (i tak miałem zamiar być w pobliżu – schodząc przez przełęcz Świnicką w Zachodnią część Doliny Gąsienicowej) ruszyłem w dół.

czerwone wierchy

Nie przeszedłem jednak wiele – może 15m od szczytu i osłupiałem prawie, pewien kruk zaczął kołować nad szczytem, kilka kółek, każde węższe, potem się nieco oddalił, by znowu majestatycznie szybując przybliżył się kilkoma kołami i osiadł na szczycie. Zanim jednak zdołałem ściągnąć plecak, wydobyć aparat, i zacząć się skradać dorodne ptaszysko postanowiło się wzbić. Niestety, nie udało mi się go ‘upolować’ siedzącego, mimo, że byłem już bardzo blisko dzielił nas kamyk idealnie zasłaniający całego kruka. Na pocieszenie zostały mi tylko zdjęcia tuż po starcie – z pięknie rozpostartymi skrzydłami. Ostatni raz z tymi potężnymi ptakami tak blisko miałem styczność na Wrotach Chałubińskiego, kiedy 2 zaczęły kołować tuż nad moją głową... Ptaki te robią naprawdę imponujące wrażenie. Pamiętać należy, że nie tylko nie są to ‘te czarne’ co latają po miastach, ale największe... wróble. No może nazywanie kruka wróblem to mała przesada, jednakże do rzędu wróblowatych ptak ten właśnie należy, od ‘tych czarnych’ zamieszkujących miasta gawronów jest przeszło dwukrotnie większy. Skrzydła o rozpiętości ponad metra robią wrażenie.

Reszta dnia minęła (niestety) bez bliższych spotkań ze zwierzętami, które o tej porze roku, kiedy ruch turystyczny znacznie traci na intensywności i nieporównanie bardziej maleje (jak dobrze!) poziom decybelów wydawanych przez tabuny turystów – w wielu przypadkach z przypadku. Przekonał się o tym również spotkany na szczycie pan, który rano przechodząc koło Zielonego Gąsienicowego Stawo mijał niedźwiedzia w odległości kilku ledwie metrów.

Pewnych trudności sprawiło mi jeszcze zejście z Przełęczy Świnickiej, na górnych odcinkach czarnego szlaku schodzącego stamtąd napotkałem kilka oblodzeń, ale wszystkie były bezproblemowe do obejścia, no i przede wszystkim sama ścieżka nie biegnie tam ‘przez skałę’. Jako, że strasznie nie lubię schodzić stromymi, nudnymi ścieżkami ostatni fragment przebyłem w półbiegowym stylu i zaraz ruszyłem dalej. Przełęcz Karb zdobyta została bez większego wysiłku, zgodnie z planem ze Świnicy odbiłem w prawo i ruszyłem na Kościelec. Kilka miejsc nieznacznie oblodzonych nie utrudniło wejścia, po drodze kolejne miłe spotkanie – ledwo za startem mijałem się z pewnym małżeństwem, zagadałem tylko o warunki na trasie, a dostałem nawet ofertę ‘asekuracyjną’ gdybym dnia następnego nie miał możliwości wrócić do domu. Właśnie takich ludzi chciałbym spotykać w górach na każdym kroku! Pozdrawiam serdecznie Pani Mariolu!

Droga na Kościelec całkiem szybko mi przeleciała pod nogami – niebawem byłem na szczycie. Tego dnia byłem już w stanowczo lepszej formie niż w dniu przyjazdu, ponadto organizm się już też zaaklimatyzował. Z wielką przyjemnością wpatrywałem się w główną bohaterkę dzisiejszego dnia głuchą ciszę i spokój przerwało dopiero przyjście trójki Słowaków oraz... małego ptaszka, który swą odwagą zafascynował nas wszystkich. Skakał między nami – przedstawicielami niszczycielskiego przecież gatunku – a zwabiony okruchem chleba nie bał się nawet podejść (dosłownie pod mój but). Tym niemniej jak najbardziej miał rację... to on w końcu był u siebie. Szeroki uśmiech na mojej twarzy spowodowały jeszcze słowa jednego z przybyszy „przygód kilka wróbla Ćwirka” – jak widać, nie tylko ja jeszcze pamiętam tak znamienite kreskówki. Przed wyruszeniem zostałem jeszcze poczęstowany... kieliszkiem rumu i w dół tą samą drogą do Karbu, gdzie skierowałem się w prawo w stronę Czarnego Gąsienicowego. Słońce już schowane było za zachodnimi grzbietami i oświetlało tylko wyższe partie Żółtej Turni, Granatów i wierzchołek Koziego. Wokół ‘mojego’ stawu panowała znowu pustka, tym razem miałem jednak więcej czasu, do schroniska trafiłbym z tego miejsca nawet w nocy, a było wtedy jeszcze grubo przed 19. Wpatrzony w półmrok otoczenia Czarnego i tej części Doliny Gąsienicowej siedziałem zamyślony rozkoszując się pięknem gór i tym tylko, że są. Wpatrzony tak siedziałem przerywając zadumę tylko od czasu do czasu witając się z przechodzącymi w pobliżu, nielicznymi turystami. Minęła mi tak prawie godzina aż gdzieś obok pojawili się znajomi ze schroniskowego pokoju wybijając mnie na dobre ze stanu zamyślenia i zapatrzenia, w momencie również zorientowałem się, że jest całkiem chłodno, co tłumaczyło lekkie zdziwienie pojawiające się na twarzach przechodzących w pobliżu, siedziałem cały ten czas w bluzce z krótkim rękawkiem. Wspólnie ruszyliśmy w ostatni tego dnia, krótki odcinek szlaku przez kosodrzewinę prowadzący do Polany Gąsienicowej i Murowańca, tam (jak zwykle) zamówiłem piwo i kiełbasę.

czerwone wierchy

Wieczór minął bardzo sympatycznie na różnych rozmowach i opowiadaniach, siedzieliśmy w czworo (Agnieszka, Krzysiek i Tim – zaznajomiony Niemiec). Muszę przyznać, że po takim dniu nawet 2 piwka potrafią wprowadzić człowieka w całkiem miły stan. Tego wieczora nasz pokój stał się znacznie mniej kameralny i zapełnił się ludźmi, zostało jedno miejsce wolne, na sen jednak nie trzeba było czekać długo. Na następny dzień zaplanowane miałem przejście przez Kozią Przełęcz do Doliny Pięciu Stawów Polskich, a potem przez Świstówkę do Doliny Rybiego Potoku i w dół... wiedziałem jednak, że istnieje duże prawdopodobieństwo rozszerzenia tej trasy... wszyscy, którzy mnie znają pewnie wyobrażają sobie co mogło mi po głowie chodzić.

dzień 4, piątek 12-10-2007 – emocje, radość, koniec i większa jeszcze kulminacja

Rano wstałem najwcześniej z całego pokoju, poranna toaleta, lekkie orzeźwienie, po cichutku zwinięcie śpiwora, spakowanie plecaka do końca i zejście na śniadanie. Lekko już suchy chleb i tak bardzo smakował, brakowało jednak mi herbatki. Niestety kuchnie otwierają dopiero o ósmej, do której brakowało pół godziny. Czas był dla mnie tego dnia o tyle cenny, że musiałem zdążyć do godziny 18 dostać się do centrum Zakopanego w celu oddania raków, ponadto od popołudnia miało przyjść pogorszenie pogody, łącznie z deszczem. Bardzo przykro zapowiadał się cały dzień bez termosu ciepłej herbatki, ale co zrobić... szczęście jednak tym razem się do mnie uśmiechnęło – w momencie kiedy opuszczałem stolik otwarli magiczne okienko i pojawiły się czerwone, plastikowe dzbanki z wrzątkiem, termos szybko został napełniony gorącą wodą, herbata się parzyła – można ruszać!

Dzień był nieco chłodniejszy od poprzedniego, mimo to ludzi było więcej niż dzień prędzej – przypuszczam, że ze względu na rozpoczynający się powoli weekend. Jednak na szlak ruszyłem pierwszy spośród ludzi przyuważonych w schronisku, być może właśnie dzięki temu udało mi się na ścieżce, całkiem niedaleko schroniska (jakieś 200m) spotkać jelenia. Niestety kiedy tylko usłyszał, że się zbliżam pierzchnął w bok i szybko zniknął mi z oczu. Po kilkunastu minutach po raz ostatni na ten rok mogłem napoić swoje oczy widokiem Czarnego Stawu Gąsienicowego i jego otoczenia. Pozwoliłem sobie tylko na krótką przerwę i ruszyłem w dalszą drogę. Okrążając staw spotkałem dwóch tylko turystów. Chwilkę rozmowy przeznaczyliśmy na wymianę swoich planów, panowie słysząc, że dzień wcześniej byłem na Zawracie wypytali mnie jeszcze tylko o warunki. Droga do rozwidlenia szlaków niebieskiego (kierunek Zawrat) i zielonego (prowadzącego w stronę Granatów, z żółtą odnogą w stronę Koziej Przełęczy). Teraz jeszcze tylko próg skalny, którego pokonanie wymagało nieco wysiłku (ciężki plecak, strome podejście i wciąż nie opadające tempo) i zaczyna się prawdziwa zabawa. Najpierw moim oczom ukazała się kociołek ze Zmarzłym Stawem, zaraz potem, gdy podniosłem oczy zbocza Koziego i jego otoczenia, powoli zarysowywała się trasa na tamten dzień. Z dołu wygląda to na miejsce bardzo niedostępne, a wrażenie pustkowia i niedostępności całej Doliny Gąsienicowej tam chyba osiąga swoje apogeum. Jest to miejsce bardzo surowe, pozbawione już na tej wysokości prawie roślinności, zdaje się – szczególnie kiedy Słońce wciąż schowane jest gdzieś za graniami odczuwać tam wręcz klimat grozy. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to miejsce w pewien ascetyczny sposób piękne. Także Zawrat straszył swoim jęzorem śnieżnym, który ze względu na mniejsze nachylenie terenu nie zleciał w dół i ze względu na znaczne zacienie miejsca nie stopniał od słońca. Patrząc na północ, w stronę stromych, bardzo wysokich ścian i zboczy można zapomnieć, że jest się w Tatrach – górach jakby nie patrzeć niewielkich, ale wystarczy się odwrócić (również warto!) i zobaczyć Zakopane i okolice, dużo niższe, pokryte wciąż zielonymi lasami wzgórza, no i oczywiści Czarny Staw w swojej całej okazałości. Długo tak bym się mógł nad tym miejscem i jego urodą rozwodzić... Dodam już jednak tylko kilka słów na temat samego Zmarzłego Stawu – jeziorka zamarzającego w całości – jednego z mniejszych tatrzańskich Stawów o głębokości zaledwie 4 metrów. Już na początku października 2007, kiedy zawitałem tam podczas wspominanej wyprawy na powierzchni była gruba tafla lodu – nie wiem jak bardzo, ale wytrzymywała nie tyle ciężar człowieka, co nawet potężne uderzenie kamieniem (gdzieś w odległości 2 metrów od brzegu w taflę tkwił wbity kamień, zagłębiony na parę centymetrów – mimo to nie wyrządził większych szkód w samym lodzie).

Zafascynowany tak wczesnym pokryciem się stawu grubą warstwą lodu odpocząłem sobie kilka chwil i uzupełniłem zapas wody w organizmie, a potem w butelce. Zniecierpliwiony oczekiwaniem na odrobinę przygody zacząłem śledzić przebieg ścieżki, którą za chwilę miałem podążyć. Kiedy bicie serca uspokoiło się, oddech ustatkował dogryzłem jeszcze kawałek czekolady i ruszyłem stromą ścieżką w górę. Wokół na skałach sporo było lodu, jednak sam szlak póki co pozostawał względnie czysty. Dopiero w odległości około 15 minut, kiedy pokrywy lodu zaczęły robić się większe i trudniejsze do przejścia postanowiłem ubrać raki.

Droga w górę jest dość mozolna, latem, kiedy jest sucho nie jest trudna – bez problemu pokonuje się skalne płyty i podchodzi zakosami w górę względnie rzadko używając sporadycznie umieszczonych łańcuchów, jednak po opadach deszczu robi się trudniej, nie mówiąc już o oblodzeniach i innych temu podobnych przyjemnościach. Jednak wcale mnie to nie zrażało – spokojnym, ale stanowczym tempem dreptałem sobie do celu. Plecak nie ciążył mi tak jak się tego spodziewałem, nie porównując już kondycji do podejścia z dnia pierwszego. Względne trudności spotkały mnie tylko na ostatnich kilkudziesięciu metrach, w wąskiej szczerbie u samego szczytu wąziutkiej Koziej Przełęczy.

czerwone wierchy

Od momentu wyjścia z Murowańca nie minęło więcej jak 2 godziny, kiedy mym oczom ukazała się Dolina Pięciu Stawów. Ściągnąłem plecak i po kolejnej sesji fotograficznej podjąłem decyzję. Siły wciąż mam, czasu również sporo, warunki pogodowe wciąż bardzo dobre... w najgorszym przypadku odpuszczę sobie Świstówkę, no i po raz kolejny nie przejdę żółtego szlaku schodzącego z Koziej do Pięciu Stawów.

Decyzja padła – Kozi Wierch nowy cel dnia. Przyznam szczerze, że pewne myśli kołatały się, próbując mnie odwieść od tego – ciężki plecak, znaczne trudności i ciężkie warunki (lód, śnieg), szedłem sam – w razie czego nikt nie usłyszy wołania... ale wola parcia tam gdzie wyżej i stromiej, tam gdzie ciężej i trudniej, dalej... to było znacznie silniejsze. Tym bardziej, że Kozi Wierch jest taką... moją górą, moim szczytem, na który chyba zawsze chętnie wrócę. Być może właśnie wyprawa na ten szczyt, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem utrwaliła we mnie góry jako największe hobby... Ruszyłem. Teraz już bardzo ostrożnie i bardzo wolno jak na mnie, krok za krokiem, ruch za ruchem, bez pośpiechu. Podszedłem do drogi z największym (należnym jej zresztą) szacunkiem. Początkowy etap trasy – wspinaczka od wyszczerbionej Koziej Przełęczy na Kozie Czuby – nie sprawia raczej więcej trudności, leży na oświetlonej, czyli suchej w tym momencie skale, biorąc pod uwagę, że było to moje kolejne przejście tą trasą czułem się wręcz jak u siebie w domu.

Wiele mi do szczęścia nie trzeba – wystarczy ostra skała i zimny łańcuch w ręku, a cały świat staje się piękniejszy. Łatwa część trasy jednak szybko się kończy – po kilku minutach wróciłem na północną stronę, gdzie znowu powitał mnie zimowy krajobraz i raki po raz kolejny stały się nie tylko użyteczne, ale konieczne.

Droga przebyta w najwyższym (moim) stopniu ostrożności trwała dokładny czas mapowy, znam tę trasę dobrze, byłem tu nieraz, kiedy widziałem zbliżający się wierzchołek czułem czystą radość, wiedziałem, że jestem już na miejscu, radość lekko tylko mąciły myśli, że niedługo opuszczę tę cudną krainę i będę musiał wrócić do codzienności. Jeszcze tylko kilka kroków i znalazłem się na wysokości 2292m n.p.m.. z gardła wyrwał mi się krótki okrzyk zachwytu. Widoki były jeszcze wciąż piękne, gdzieś już czuć było nadchodzące pogorszenie pogody, wiał zimny wiatr, gdzieś wyżej pokazywały się brzydkie, ciemne chmury, ale cała panorama rysowała się dokładnie jak w przewodniku.

Upragnione zdobycie Świnicy nie przyniosło mi chyba tyle radości co ponowne przejście najcięższych odcinków udostępnionych turystom szlaków Tatr i wejście na ten najwyższy całkowicie polski wierzchołek. Ta Góra chyba nigdy mi się nie znudzi, tym bardziej, jeżeli każde kolejne wejście będzie posiadało jakąś dodatkową atrakcję – jak oblodzenia czy ciążący coraz bardziej plecak... Każde jej zdobycie napawa mnie radością, tę samą co już dosłownie lata temu, kiedy zdarzyło mi się tam wdrapać po raz pierwszy, jeszcze kiedy po górach wędrowałem z ojcem.

Odpoczynek nie trwał tu długo, kilka kostek czekolady, trochę herbaty, woda i szybko w dół, wiatr, wiejący na szczycie, szybko mnie wychłodził.

Raki ostatecznie poszły w odstawkę, zejście z Koziego Wierchu do Doliny Pięciu Stawów należy do mozolnych, może nawet niekrótkich, ale raczej łatwych, ponadto jest to stok ładnie nasłoneczniony, więc śniegu ani lodu tam nie było. Po drodze udało mi się po raz pierwszy od Stawu Gąsienicowego spotkać żywych ludzi. Słowaka, który nocował w Murowańcu (przez Świnicką Przełęcz, Świnicę, Dolinę Pięciu Stawów i Kozi zmierzał ku Granatom – skąd miał zejść Żlebem Kulczyńskiego do Gąsienicowej. Mam nadzieję, że udało mu się to – chociaż pewnie przypłacił to końską dawką adrenaliny, był nieco zdziwiony, kiedy mu powiedziałem, że raki mogą okazać się konieczne...) i turystę z lękiem wysokości (chciał tylko wejść i zejść z Koziego).

Wystarczy zejść kilka tylko metrów od szczytu i już przestaje być w jakikolwiek sposób strasznie, sam Kozi, jak i cała Orla od tej strony wyglądają całkiem łagodnie, z trochę tylko poszarpanym wierzchem.

W schronisku panował gwar, całe szczęście było jeszcze gdzie usiąść, a gwar sprzyjał rozmowom, szczególnie z ludźmi poznanymi dzień wcześniej na szlaku. Humor jak najbardziej mi dopisywał – była jeszcze bardzo wczesna godzina, koło południa więc czasu było bardzo dużo, pogoda powoli przejawiała oznaki psucia się (coraz ciemniejsze i niższe chmury), dawała jednak wciąż nadzieję na kilkadziesiąt minut warunków sprzyjających.

W calu ogrzania się i napełnienia nieco żołądka zamówiłem sobie kwaśnicę, po chwili na jednych z ostatnich wolnych jeszcze miejsc usiadło dwóch chłopaków, kilka lat ode mnie młodszych, ze smakiem zajadających się tą samą potrawą, kilka zamienionych zdań, poczęstowałem ich jeszcze chlebem, którego miałem jeszcze zapas i ruszyłem dalej – ku Morskiemu Oku.

Atmosfera w Schronisku w „Piątce” odbiegała od Murowańca – mieszali się tu turyści, którzy tu dopiero zaczynają wędrówki z tymi, dla których to miejsce jest upragnionym celem, po ciężkiej przeprawie przez dolinę Roztoki, czy też od Morskiego przez Świstówkę. Podobnie było na niebieskim szlaku, niestety całkiem tłoczno – sami ludzie nie przeszkadzają, ale hałas, zatrzymywanie się na środku szlaku, marudzenie... jednym słowem pewne turystyczna kultura, czy też raczej jej brak bywają bardzo uciążliwe. O turystycznym powitaniu niestety tam można było prawie zapomnieć, szkoda – uważam to za piękny zwyczaj, na szczęście ‘w górze’ wciąż kultywowany i nie zapomniany przez prawdziwych turystów (wcale nie znaczy to, że każdy kto wejdzie wysoko staje się ‘prawdziwym turystą’. Turysta to stan ducha ;) ).

Sama Świstówka to niezbyt wysoka górka, szlak przez nią prowadzący jest jednak uroczy, pełen cudnych, malowniczych widoków. Sama stromiznę zbocz schodzących ku Roztoce robi wrażenie. Widoki na doliny Pięciu Stawów i Morskiego Oka potęgowane przez szum Siklawy robią oszołamiające wrażenie, można je z całą pewnością zaliczyć do najbardziej malowniczych widoków w Tatrach. Ponadto przejście tym szlakiem stanowić może cenną lekcję geografii, rzeźba polodowcowa widoczna jest jak na dłoni – moreny, kotły... Zaznaczyć warto, że szlak wbija się na wystarczającą wysokość, by widać było prawie wszystkie okoliczny jeziora – brakuje tylko tych najwyżej położonych w „Piątce” (Wole Oko, Zadni), Czarny Staw Pod Rysami jest również widoczny – pod kątem idealnie eksponującym kocioł, w którym ów się znajduje.

Żal mi się zrobiło gdy po nieco ponad godzinie zobaczyłem Schronisko nad Morskim Okiem i wiecznie go otaczający tłum. Godzinę 14:10 mogę uznać za koniec wycieczki... na kilka chwil postanowiłem zatrzymać się jeszcze w schronisku, wypić coś ciepłego, zawartość termosu pozostawiając na długą jeszcze drogę powrotna.

No i w dół – uśmiechając się mimo wszystko po drodze, czasem trochę śmiejąc się mimowolnie z tych wszystkich upchanych na bryczkach, nie wiedzących jak cudownie jest tam – wyżej. Takie mimowolne, trochę może niezdrowe uczucie wyższości... ale cóż na to poradzę. Zresztą nie występuje ono tylko u mnie jak się okazało.

W Zakopcu niestety brakowało mi już trochę... pieniędzy (pomijając fakt, że na koncie miałem 40zł około, których niestety nie mogłem wypłacić). Do autobusu powrotnego miało minąć jeszcze kilka długich godzin, spędziłem je przeglądając „Nykę”, spacerując po równi i ciesząc się, z tego co udało mi się zrobić, z tego co widziałem i poczułem. Radość z pewnego oczyszczenia, które było mi potrzebne. Radość również z tego, że zobaczę niedługo już bliskie osoby (tydzień poza domem zazwyczaj przelatywał mi szybko – jednak tydzień górski ma trochę inne właściwości) i bynajmniej nie chodziło o koncert Mandaryny, na który w sobotę udało mi się załapać.

Niestety Polska nasza kochana jest krajem, w którym komunikacja stanowi problem – do Katowic udało mi się dostać sprawniej niż z Katowic do Gliwic (35km...), od północy do wczesnych godzin rannych przyszło mi czekać na pierwsze połączenie, ale jakoś nie czekało się źle.

Ogólnie wycieczkę uważam za jak najbardziej udaną. Czasem doskwierało bycie samotnym, ale dawało dodatkowe możliwości i to nie te fizyczne, a w poznawaniu i łapaniu kontaktu z innymi, to też wlewa w człowieka trochę pozytywnych emocji, a radości z Koziego, po męczącym kawałku samotnej (tam i wtedy zupełnie samotnej) drogi postaram się nie zapomnieć.

dzień x, środa 27-02-2008 – suplement.

Po dacie kończenia tej epopei widać jakim jestem dobrym i zawziętym pisarzem, ale tak już się to porobiło, że zima prawie cała minęła, a mi dopiero teraz udało się dopisać ostatnie parę zdań. Następnym razem postaram się lepiej, ale niestety wir codzienności potrafi porywać równie mocno jak górskie wędrówki, a czasem życie robi jeszcze dodatkowo na złość, a raczej my sami sobie robimy na złość, tylko czasem nie chcemy tego widzieć i szukamy na to wymówek, ale to akurat rozważania, nie na to miejsce, chociaż z całą pewnością każdy, kto przeczytał to opowiadanie i uznał, że mu coś dało być może przeczyta i kolejne, a w nim mimowolnie poczęstuję Was trochę przemyśleniami... ale to wszystko jeszcze przed nami.

Jarosław Kożdoń

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.