Ucieczka - Tatry, 14-16 Marzec 2008

Jak już w suplemencie ostatniej opowieści/relacji zaznaczyłem, poniekąd tłumacząc się z opóźnienia, ta relacja będzie trochę inna - z góry przepraszam za mimowolne wtrącane przemyślenia nie-na-temat, dodane niezwykle pewnie interesujące fakty z życia, narzekania, wydźwięk użalania się nad sobą itd. Zresztą jak będzie - zobaczymy, planu całej opowieści nie mam, będzie to trochę przepływ myśli i wspomnień bezpośrednio z głowy, przez ręce i klawiaturę na wirtualny papier.

Kto ma wiedzieć, wie, kto nie wie, wiele się pewnie domyśli, w każdym razie w dniu wyjazdu trwało już to około miesiąca, miesiąca czasu, który z całą pewnością mógłbym określić jako najgorszy czas w moim życiu. Teraz też nie jest zbyt dobrze. Dobrze było tydzień temu, kiedy o tej porze siedziałem przy piwku w Murowańcu i rozmawiałem sobie ze spotkanymi ludźmi - ludźmi takimi jak ja... ale o tym w swoim czasie. Cały ten okres z całą pewnością zniszczył mnie psychicznie, straciłem motywację do wszystkiego prawie. Nie pomógł nawet tygodniowy (docelowo, bo ostatecznie 2 dni zostały skradzione...) urlop w Marsylii (pozdrawiam Cię Basiu, powinnaś zostać przewodniczką!), co prawda oddaliłem się na jakiś czas od kłopotów - ale po powrocie wszystko wróciło do stanu ‘przed’. Nie wiedziałem i wciąż nie wiem, co zrobić... czuję się po prostu strasznie pusty.

To słowem, wydłużonego może nieco, wstępu. Generalnie od strony turystycznej niemającego pewnie większego znaczenia, ale cała wyprawa odbyła się głównie ze względu na pewne przeżycia osobiste, które dodatkowo przemyśleniami wypełniły prawie cały czas tej krótkiej wycieczki - ucieczki. Nie zgodzę się jednak z kimkolwiek twierdzącym, że uciekają wyłącznie tchórze, czasem po prostu tracimy wszelkie siły i musimy się do wszystkiego zdystansować, musimy - nawet na kilka chwil uciec do swojej enklawy, swojego miejsca na Ziemi, tam gdzie zawsze czujemy się spokojnie, dobrze. Tatry chodziły mi po głowie od dłuższego już czasu. Zresztą na ten właśnie sezon miałem zaplanowane zdobywanie pierwszych tatrzańskich doświadczeń zimowych (co zostało nawet wypunktowane w dziale „Planowanych wypadów” naszej szanownej Grupy Turystycznej). Początkowy plan wyjazdu przypadał co prawda na luty, ale tak wyszło, że nie wyszło. Nie wyszło także zbieranie towarzystwa na wyprawę, znowu więc trafiłem w Tatry sam... jakoś ostatnio to modne się dzieje - może jestem złym towarzyszem, ludzie mnie unikają? A może po prostu mam pecha... W każdym razie wyjazd miał się odbyć niezależnie od wszystkiego - sam, z kimś, pogoda, niepogoda, na przekór wszystkiemu i wszystkim.

Na szczęście, oprócz towarzystwa, wszystko sprzyjało wyjazdowi - pogoda, zagrożenie lawinowe, które co prawda 2 tygodnie wcześniej ogłoszone zostało na trójkę, ale zaraz potem spadło nawet do jedynki, w dniu wyjazdu - i przez cały jego czas - ogłoszona była, jeszcze względnie bezpieczna, dwójka. Brakowało jedynie dobrego humoru... ale ten, kiedy tylko myślałem o dotknięciu Tatr poprawiał się na kilka chwil i tak się kształtował - zależnie od tego o czym myślałem - sinusoidalnie.

14 III 2008

Ostatni o wyjeździe dowiedzieli się rodzice, właściwie zostało im to oznajmione, bez większego pola manewru w nocy przed wyjazdem. Bynajmniej nie było tak ze względu na brak szacunku, nie liczenie się ze zdaniem, czy cokolwiek w tym stylu, wiem i tak, że się denerwowali i mimo, że dowiedzieli się najpóźniej najwięcej od nich usłyszałem. Wyjazd jednak był faktem, nie planem, nie mogło być inaczej. Noc przed wyjazdem nie była zbyt długa, miałem jeszcze kilka spraw do załatwienia, kilka rzeczy do napisania, nie wspominając już o przepakowaniu plecaka i ostatecznie położyłem się na ledwie dwie i pół godziny. Wstałem jednak z chęcią i całkiem rześko. Przemaszerowałem przez budzące się wciąż Żory po drodze kupując jeszcze chleb - jak zawsze, niezmiennie w piekarni przy rynku. Tuż przed godziną siódmą autobus podjechał na żorski dworzec i ruszył, starą sprawdzoną już kilka razy trasą - Pszczyna - Bielsko Biała - Żywiec - Nowy Targ - Zakopane. Usadowiłem się sprytnie na ostatnich siedzeniach, co pomogło mi w wygodnym wyłożeniu się i przespaniu kilku chwil podróży nadrabiając zarwaną noc. W wolnych chwilach pisałem... długi list pełen przemyśleń. Różnych. Taki swoisty pamiętnik, jednak pisany z wyraźną, trochę mimowolną myślą o kimś, komu jakby snułem opowieść.

Pierwszy widok Tatr - jeszcze z daleka, z okna autobusu upewnił mnie w jednym. Tak, zmierzałem tam gdzie zmierzać powinienem. Sam widok, wciąż odległych, ale już tak bliskich Tatr na jakiś czas wypędził ze mnie smutek.

W Zakopanem zjawiłem się tuż po godzinie jedenastej. Było bardzo pogodnie, Słońce mocno przygrzewało i w żaden sposób nie można było wyczuć tam na dole zimy, śnieg widoczny był jedynie w wyższych partiach Tatr, Podhale wypełniała wiosna. Ja wciąż jeszcze nie mając wszystkiego, co potrzeba ruszyłem przez centrum i szybko zmuszony byłem do zmodyfikowania swojego ubioru - kurtka zimowa i polar to było stanowczo za dużo na temperaturę sięgającą 10˚C. Szybkie zakupy (herbata, skarpetki, pasta do zębów) w okolicach mekki wszystkich ‘turystów’ – Krupówek, coś ciepłego do szybkiego przekąszenia i w dalszą drogę, do Kuźnic - na piechotkę. Była to bardzo dobra rozgrzewka przed wejściem na szlak. Kwadrans przed godziną pierwszą stanąłem u wejścia do parku, dumnie przechodząc z plecakiem i wystającymi z niego elementami szpeju, spotykając się z tymi niezbyt rozumiejącymi wzrokami kolejkowiczów czekających na upragnioną atrakcję - wjazd gondolami na Kasprowy. Rozłożyłem się tuż przy budce z biletami wzbudzając kolejne kontrowersje - ze względu na temperaturę tego dnia zdołałem się już nieco przepocić, aby zapobiec przemoczeniu się od wewnątrz i zagrzaniu postanowiłem się trochę przewietrzyć, zostając w samym krótkim rękawku, na dodatek zaraz przebrałem także skarpety, na nowo nabyte, lepiej nadające się do trekkingu. W międzyczasie rozgrywała się w mojej głowie tradycyjna już bitwa tras... Jaworzynka, czy Boczań? Ostatecznie padło na Boczań – szybciej po prostu wbiję się wyżej i może złapię jeszcze jakieś widoczki.

W międzyczasie zostałem minięty przez 2 wspinaczy, którzy zatrzymali się tylko na chwilę. Ruszyłem kilka minutek po nich, tym niemniej udało mi się dojść ich dość szybko - w okolicach szczytu Boczania, tam jednak tempo mi siadło, poczułem potrzebę złapania drugiego oddechu, organizm zareagował na postępujący spadek ciśnienia, zaczął walczyć o tlen i przyzwyczajać się do nowych warunków. Powoli łapiąc dech zamieniłem po kilka słów z ponownie spotkanymi alpinistami, po drodze spotkałem jeszcze Pawła, zmierzającego również w stronę Murowańca, na kurs zimowej turystyki. Wdałem się w rozmowę z nim, nie żałując, że tempo bardzo przez to siadło, tym bardziej, że po wyjściu z lasu pokrywającego stoki Boczania oczom ukazały się piękne widoki. Góry latem pełne są majestatu, surowe, onieśmielające, jednak zimą, pokrywający je śnieg wrażenie to potęguje, stają się niedostępne, wręcz groźne, a jednocześnie niezwykle pociągające... coś w środku mówi, chcę... muszę! tam iść.

Na pogaduszce z Pawłem zleciała reszta, spokojnej już drogi do Murowańca (droga wiedzie tam bez większych przewyższeń, a udeptany śnieg nie przeszkadzał w najmniejszym stopniu). W schronisku postanowiłem chwilkę posiedzieć, zarezerwować sobie miejsce noclegowe i przekąsiłem tradycyjną kiełbasę, zapijaną piwkiem. W międzyczasie zostałem popędzony przez kolegów wspinaczy, z którymi mijałem się w drodze z Kuźnic, liczyli, że przetrę im trochę szlak do Czarnego, niestety wybrali się wcześniej niż ja. Oczywiście, nie miałem zamiaru reszty dnia spędzać w ciepłym, wygodnym schronisku... Apetyt mi jednak sprzyjał, więc wyciągnąłem odrobinę własnego prowiantu, 2 kabanoski, trochę chleba i dopiero wtedy poczułem, że mogę ruszać dalej. Czułem się nieco zmęczony (organizm mimo wszystko i do 1500 metrów musi się zaaklimatyzować, a tradycyjny już niedobór snu temu z pewnością nie sprzyja). Ze schroniska wyszedłem koło przed 16tą. Zastana aura nieco mnie zdziwiła - ze ślicznej, wiosennej pogody, promieni Słońca cudnie rozświetlających szczyty Tatr niewiele już zostało, nawet Kościelec zakryły chmury, na domiar złego zerwał się wiatr wzbijający w powietrze tumany śnieżnego pyłu. Mały spacerek w celu rekonesansu sytuacji, w czasie którego planowałem podejść być może nawet w okolice Zmarzłego stawu zamienił się w prawdziwą wyprawę, szło się niewygodnie, cudowny sprzęt w postaci kominiarki, okularów i kaptura zapiąłem dopiero w trakcie chodu, przez co nie do końca wszystko grało - okulary się nie trzymały, bo krzywo wsadziłem je pod kaptur, a przez kominiarkę szybko parowały i obraz świata stawał się jeszcze bardziej mglisty, na domiar złego nie do końca dobrze przywiązałem jednego raka. Nie było jednak co się rozczulać, a raczej zapamiętać sobie kilka rzeczy, do Czarnego Stawu, który o tej porze roku jest rzecz jasna (dla kontrastu?) biały dotarłem w czasie mapowym. System podpierania się jednym kijkiem i czekanem nieźle się sprawdzał. Do Czarnego dotarłem nawet nieco szybciej niż czas mapowy, ale ochota pójść dalej minęła mi już trochę - czułem się trochę zmęczony, potrzebowałem odpoczynku. Posiedziałem kilka chwil pod kamykiem schowany przed porywistym wiatrem, posiliłem się, napiłem resztek herbatki w międzyczasie przypatrując się dwóm postacią wspinającym się po Małym Kościelcu. Odetchnąłem trochę, po czym wstałem, przypatrzyłem się jeszcze drodze do jutrzejszego celu i po śladach... zaraz, zaraz gdzie moje ślady? I na nowo przecierając sobie zawianą już drogę ruszyłem do schroniska.

Wieczór był całkiem udany. Trochę się zdrzemnąłem, wziąłem prysznic i zszedłem do głównej Sali, gdzie przejrzałem po raz kolejny mapę, przeczytałem trasę opisywaną w przewodniku, mimo że i to, i to znałem już na pamięć. Wziąłem się za spisywanie swoich kolejnych przemyśleń. Gdy poczułem głód zamówiłem sobie jakąś przekąskę, a przy jej odbiorze zostałem zaczepiony i zaproszony (bo tak sam siedzę) do stolika przez zaznajomionych już nieco Alpinistów. I w tym towarzystwie wieczór upłynął aż do godziny 22, kiedy to należy grzecznie opuścić salę jadalną i udać się do pokojów. Byli oni kolejnym dowodem na to, że świat jest niezmiernie mały - jeden pochodził z Żor (tak, z mojego rodzinnego miasta), a drugi z leżących nieopodal Pawłowic. Niestety - brakowało ich częstego towarzysza podróży, pewnego doktora, pracującego na moim wydziale, na Politechnice Śląskiej. Oczywiście znanego mi z jakiś zajęć laboratoryjnych.

Sen pierwszy raz od długiego czasu przyszedł łatwo i szybko. Zmęczenie, kilka piwek wypitych w dobrym towarzystwie i spokój, który dają góry, ta piękna mieszanka zrobiła swoje.

15 III 2008

Rano wstałem nieco przed godziną 7mą, tak żeby zdążyć się przyszykować i jak najwcześniej opuścić schronisko, ale zarazem zdołać pozyskać trochę wrzątku (ten wydawany jest od godziny 7:45). W okolicach 8mej opuściłem Murowańca i ruszyłem w drogę (tym razem już wszystko ustawiłem sobie prosto, kominiarka, czapka, kaptur...). Pogoda co najmniej nie sprzyjała spacerom, chmura wisiała na wysokości schroniska, wiał wiatr, tyle dobrze, że nic nie padało z nieba.

Jak się obecnie okazuje - po kolejnej wycieczce i noclegu w Murowańcu ( patrz – link do nowej) łóżko to - bo trafiłem do niego 2 razy z rzędu ma moc proroczą - z wyszczególnieniem napisu na desce "IDŹ PAN W CH** Z TAKĄ POGODĄ!!".

Po drodze spotkałem Radka - Warszawiaka, który przyjechał na jeden tylko dzień, również miał zamiar przekroczyć Zawrat i zejść do doliny Pięciu Stawów. Jako, że obaj szliśmy sami postanowiliśmy połączyć siły. Zawsze to raźniej. Rozmawiając luźno na takie i inne tematy ruszyliśmy na przełaj przez Czarny Staw Gąsienicowy. Gdy doszliśmy do drugiego brzegu nieśmiało zaczęliśmy wspinać się w górę próbując odnaleźć charakterystyczne elementy otoczenia Zmarzłego Stawu, kotła kościelcowego i dalszej drogi przez żleb zawratowy ku Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Sprawiało nam to jednak nie lada kłopot, mimo względnie dobrej znajomości terenu (któremu wyjątkowo uważnie przyglądałem się w październiku planując już wtedy zimowe wypady w te strony - patrz 2000 metrów ponad tym wszystkim). Zabawne może się zdawać, ale z każdym - pozornie nieznajomym - w górach takich jak Tatry, w porze takiej jak zima, znaleźć można wiele wspólnych tematów i cech, jakże różnych nieraz od pasji gór, aż po pewne życiowe zaniedbania, człowiek idąc z kimś górskim szlakiem często otwiera się, opowiada nawet o bardzo osobistych sprawach. Radek miał chyba trochę więcej szczęścia i nie poniósł takich strat jak ja, wynikających z pewnych postępków, których być nie powinno, a przynajmniej wszystko u niego się ułożyło.

Wróćmy jednak do tematu szukania drogi, już nie życiowej, a drogi w stronę Zawratu. Powoli zaczynaliśmy (nie przyznając się do tego otwarcie) powątpiewać w to, gdzie jesteśmy, kluczyliśmy już powoli bezsensu we mgle, to trawersując z lewa na prawo, to podchodząc wyżej, to schodząc niżej. Po około 30-40 minutach od opuszczenia powierzchni Czarnego Stawu chmura postanowiła się podnieść, co prawda niewiele powyżej naszych głów, ale wystarczająco, żebym stanął jak wryty i zaklął pod nosem... odwróciłem się do stoku plecami i spojrzałem na prawo - w dole wypatrzyłem drzewa. Coś mi tu nie gra, pomyślałem, przecież las widoczny może być tylko w stronę Waksmundzkiej, a to nie ten kierunek. Proces analizy obrazu wrzucił piąty bieg i zacząłem się intensywnie zastanawiać i wypatrywać. Wszelkie widziane znaki charakterystyczne zaczęły potwierdzać moje przypuszczenie. Znak nad Czarnym Stawem wskazujący kierunki szlaków (Murowaniec, Zawrat, Kościelec - ten drewniany przy wejściu od Hali Gąsienicowej). Potem dach Murowańca, kształt Czarnego Stawu itd...

W końcu po intensywnym procesie analizy doszedłem, że bardziej prawdopodobne jest to, że daliśmy ciała i właśnie chodzimy gdzieś pod Granatami, niż to, że jesteśmy w dobrym miejscu, a staw i cała okolica się przesunęły... Postanowiliśmy zejść do powierzchni stawu i obrać już tym razem dobry kierunek, było to tym razem dużo łatwiejsze, w górę ruszało właśnie trochę ludzi. Idąc w dół spojrzeliśmy jak nasz ślad po śniegu pokrywającym Czarny Staw powoli zakręca robiąc łuk w lewo. Niestety w takich warunkach, widoczności nieprzekraczającej 20 metrów łatwo stracić orientacje. Lekcja – póki nie sprawię sobie GPS - brać ze sobą zawsze kompas.

Muszę przyznać, że powierzchnię stawu przywitałem z niezwykłym uczuciem ulgi. Zagrożenie lawinowe, jakie na siebie sprowadzaliśmy trawersując w lewo i prawo po tych stokach, nie było małe - ja to pal licho diabli, ale Radek - przecież ona ma rodzinę...

Po Czarnym w tym momencie chodziło już całkiem sporo ludzi, w tym kilkunastoosobowy kurs, który zmierzał tylko do Zmarzłego Stawu, jednak przez chwil kilka skorzystaliśmy z wydeptanych przez nich śladów. Towarzysz mój powoli zaczynał jednak słabnąć - wcale zresztą mnie to nie dziwi - i wątpić w powodzenie swojego przejścia (miał mniej komfortową ode mnie sytuację, zamiast wygodnego noclegu w schronisku czekało go zejście do Zakopanego). Parę minut nad Zmarzłym Stawem, powoli wchodząc w żleb schodzący z Zawratu (ostatni etap podróży) wymieniliśmy się telefonami (czy raczej ich numerami) i rozstaliśmy się, życząc sobie wzajemnie powodzenia - nie tylko w wyprawie tamtego dnia.

Ja - by uniknąć samotności nieśmiało (tak, kurna, jestem nieśmiały) dołączyłem do 3ki pogodnie wyglądających facetów. No i muszę przyznać - dali mi popalić. Ruszyliśmy ostro w górę, było już po godzinie 10, czas na gubieniu i znajdowaniu drogi trochę zleciał, ale tak to już jest z tymi drogami - raz się je gubi, raz znajduje, szkoda tylko, że czas leci i mimo, że ponoć (zgodnie z teorią względności Einstein’a) i czas jest wymiarem, co teoretycznie daje możliwość podróżowania w nim - czyli zmiany naszego położenia względem niego... cokolwiek i jakkolwiek - mi (niestety) jeszcze nigdy się nie udało w czasie cofnąć (chociaż kilka razy miałem wrażenie, że czas - sam z siebie - przesunął się do przodu...).

Idąc ciągle w niezmienionych warunkach (widoczność nieprzekraczająca 15m) od czasu do czasu, dysząc, zamieniało się słowo ze współtowarzyszami (Markiem, Witkiem i Łukaszem), jak się okazało, wrocławiakami. Muszę przyznać, że wszechobecny biało-szary kolor zaczynał już powoli trochę dołować, nawet widok kamyków wystających spod śniegu gdzieniegdzie był bardzo radosnym elementem urozmaicającym wędrówkę.

Mniej przyjemnym urozmaiceniem były 2 czy 3 SMSy, które dostałem w odstępie około 5minut. Każdy bardzo podobnej treści - "W rejonie Morskiego Oka lawina porwała turystę, co u Ciebie?". Żeby uspokoić tych, którzy się przejmowali postanowiłem odpisać, na kolejne odpisywałem już używając tego samego tekstu "U mnie warunki ciężkie, ale wszystko w porządku, brnę do przodu, ku Zawratowi". W tym momencie pomyślałem chwilkę o szczęściu, jakie mnie spotkało - to nie ja. Muszę jednak przyznać, ze wypadek ten - mimo, że wydarzył się tuż obok, niecałe 5km w linii prostej, zupełnie mnie nie dotyczył. Trochę dziwne uczucie zupełnej odległości od "tego". Ja w końcu miałem swoją drogę i nic nie mogłem zrobić, nie miałem na tamto wpływu, a dbać musiałem bardziej o swój los i śnieg otaczający mnie... z poziomu nizin zupełnie inaczej to wszystko wygląda, zupełnie inaczej się na to patrzy, osiąga się zupełnie inny poziom empatii. I nie jest to egoizm, jak pewne osoby by chciały to nazwać - trzeba dbać i patrzeć na pierwszym miejscu na siebie, na swoje siły, ale myśląc nie tylko o sobie - bo jak pomóc komukolwiek innemu, jak pomóc towarzyszom podróży, jeżeli nie dbało się wcześniej o własne siły... no i kto lepiej niż "ja sam" pomogę sobie, odkryję, że słabnę muszę zawrócić, nie tylko dla siebie, ale żeby oszczędzić dodatkowego niebezpieczeństwa idącym ze mną.

Idąc i słabnąc coraz bardziej (skubańcy mieli naprawdę mocne tempo - no i lepszą aklimatyzację, dzień wcześniej zdobyli Świnicę...) w pewnym momencie obróciłem głowę w lewo, coś mi jednak nie pasowało, jakoś za jasno się zrobiło, coś za... dużo... widzę... W jednym momencie obudziłem się jakby z transu przebierania nogami i koncentracji na miarowym oddychaniu. Mgła rzedła - i to w naprawdę szybkim, czarodziejskim wręcz tempie. Na lewo odsłaniała się właśnie Zamarła Turnia, na prawo widoczne już były Zawratowa i Niebieska Turnia, chmury jakby rozpierzchły się wokół, nawet kilku minut nie trzeba było, żeby odsłoniła się cała Dolina Gąsienicowa i jej otoczenie a na nas zaczęło pozytywnie świecić Słońce. Humor momentalnie i jakby mimowolnie się poprawił. Jednak na prawdziwą eksplozję dobrego humoru przyszło mi czekać jeszcze około dwudziestu minut, kiedy stanąłem na wysokości 2158 metrów. Sam fakt osiągnięcia celu zazwyczaj polepsza humor, ale widok roztaczający się z Zawratu dosłownie mnie powalił, krystaliczne już teraz powietrze wyostrzało kontury całych Tatr Wysokich. Patrząc na Gerlach, Rysy i Wysoką po prostu tryskałem radością. Na południu i wschodzie nie było teraz śladu żadnej chmurki, Tatry zachodnie widoczne były nieco gorzej, tam chowały się jeszcze małe, nisko podróżujące obłoczki. Widok był oszałamiający.

Radości nie potrafiła nawet zmącić niezwykle smutna wiadomość o śmierci poszkodowanego w lawinie. Po 30 minutach wygrzebali go spod śniegu, udało się nawet przetransportować do szpitala, gdzie niestety z powodu poważnych obrażeń po półgodzinnej reanimacji zmarł. Wtedy nie miało to - niezależnie od tego jak by to brutalnie zabrzmiało - żadnego znaczenia. Przebywanie w górach bardzo zmienia podejście do niektórych spraw - te, na które nie mamy żadnego wpływu oddalają się od nas bardzo, znaczenia natomiast nabierają te, na które mamy wpływ te, które są na wyciągnięcie ręki (lub ręki z czekanem, jak ktoś ów dzierży w ręku). Nie miałem wtedy żadnego wpływu na zdrowie, życie czy drogę - przyjaciela, mimo że nawet nie znam jego imienia. Gdybym mógł - zamieniłbym się z nim, zaryzykowałbym - ale nie mogłem i cała sprawa nie dotyczyła mnie wtedy w najmniejszym stopniu, dlatego nie potrafiłem się przejmować, szczególnie w takich okolicznościach.

Moralność w górach nieco się zmienia - zresztą prowadzono na ten temat już długie debaty i wiele już napisano - ale ktokolwiek, zanim waży się ją krytykować niech zastanowi się, czy ma w ogóle pojęcie co i o czym mówi. Z poziomu morza wszystko wygląda bardzo inaczej... na górze wszystko staje się klarowne. Po eksplozji radości zawirowanej nieco niewesołymi wiadomościami doszło do mnie, że jestem zupełnie przegrzany, w środku urządziłem sobie niezłą saunę, co później musiałem odchorować przez kilka dni... kolejne doświadczenie. Całe szczęście koszulka się sprawdziła, niby koszulka jak koszulka... nie chciałbym wtedy jednak mieć na sobie zwykłego, codziennego bawełnianego "t-shirta". Woda parowała ze mnie jak z parowozu. Po przewietrzeniu się wrzuciłem coś na ząb, a robiłem się już potwornie głodny (ewentualnie była to kwestia godziny, było koło pierwszej po południu, czyli zwyczajowej godziny obiadowej w pracy). Trochę herbatki, trochę wody i ruszyliśmy w dół, do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Początkowo ostrożnie, bo terenem tym lubią schodzić lawiny, do czasu obejścia Dolinki pod Kotłem (z zupełnie niewidocznym Zadnim Stawem) trawersem zboczami Kołowej Czuby, szliśmy w kilkumetrowych odstępach. Po opuszczeniu terenu bardziej zagrożonego droga do schroniska była prosta i przyjemna, odczuwałem zmęczenie, dokładnie to zmęczenie, które w górach lubię.

W schronisku koledzy z Wrocławia dalej się mną 'opiekowali', po posiłku udaliśmy się do naszego apartamentu - czwórki (pokój czteroosobowy), czyli piątki (pokój nr 5). Jeżeli chodzi o ilość miejsca to pokój nią nie grzeszył, ledwo udało się rozłożyć szpej, nie mówiąc o rozwieszeniu ubrań, by lepiej przeschły, czy elektronicznych gadżetach Łukasza (a kilka ciekawych zabawek miał). Popołudnie i wieczór minęły bardzo szybko w takim doborowym i wesołym towarzystwie, przy winie grzanym, które wyjątkowo nam zasmakowało, a wręcz nadmiarze tego wina... nikogo nie przejmował gwałtowny proces odchudzania portfela... bo trunki w schronisku do tanich nie należą.

16 III 2008

Noc była dla mnie nienajlepsza, zacząłem czuć się nienajlepiej, głośnym echem zaczęło odbijać się przegrzanie przy podchodzeniu na Zawrat. Rano obudziłem się jednak względnie wypoczęty. Zamówiłem jejeczniczkę (nie jajecznicę - malutką jajeczniczkę), zjadłem resztki zapasów własnych. Padła bardzo ciekawa propozycja - koledzy wybierali się jeszcze na Kozi wierch, droga od południa jest tam może nieco mozolna, ale bardzo łatwa, zagrożenie lawinowe raczej niewielkie (o ile się wie którędy iść). Była to propozycja o tyle ciekawa, że odwóz do Katowic mi zapewnili (jechaliby przecież autostradą, więc nie był by to żaden problem). Bardzo była to kusząca propozycja, niestety jednak odmówiłem, nie czułem się na siłach, efekty przegrzania okazywały się poważniejsze niż przypuszczałem, dodatkowo nabawiłem się jakiejś kontuzji prawej nogi, coś mi działało nie tak jak trzeba w biodrze, sprawiając przy tym ból. Zadzwoniłem jeszcze w sprawie wieczornego spotkania, było aktualne - postanowiłem więc nie kozaczyć i "mój" Kozi Wierch zostawić na inną wyprawę. Swój zimowy rekord wysokości i tak pobiłem Zawratem.

Po śniadaniu rozstaliśmy się i każdy poszedł w swoja stronę - Witek, Łukasz i Marek na północ, w stronę Koziego, a ja w dół Doliną Roztoki. Po drodze minąłem kilku ledwie turystów, panowała ogólna cisza i spokój sprzyjające kolejnym przemyśleniom, myślom na różne tematy. Szło się bardzo przyjemnie, szczególnie w rakach, dzięki którym nie ślizgałem się po śniegu. Po nieco ponad godzince śnieg niestety zaczął rzednąć, a uszu dochodził coraz głośniejszy szum, nieodzowny sygnał końca wycieczki - zbliżałem się do Wodogrzmotów Mickiewicza i przedłużenia Krupówek - drogi Palenica - Morskie Oko.

Można rzec, że nie zawiodłem się... tutaj nic się nie zmieniło - cały rok, w każdą porę, może z nieco innym tylko natężeniem, ale walą tędy tacy sami turyści. Zostałem powitany kilkoma "świetnymi dialogami" i spojrzeniami pogardy zmieszanej ze zdziwieniem w wykonaniu 2 panów i 2 pań, jeden pan z wyraźną opalenizną solarium, jedna pani w białych spodniach, obie w butach na podwyższonych obcasach. Ale każdy ma prawo do swojej drogi i swojego stylu - dobrze to rozumiem i wcale nie próbuję negować, chociaż kiedy spotykam się ze wzrokami niezrozumienia mimowolnie zaczynam odczuwać jakieś dziwne poczucie racji, po mojej stronie.

Niestety wycieczka się kończyła, był to chyba najsmutniejszy koniec, jaki miałem, w przeciwieństwie do poprzedniej wycieczki (2000 metrów ponad tym wszystkim) nastawienie, kiedy szedłem tą samą drogą na parking Polany Palenicy było zupełnie inne. Wracać musiałem, ale zupełnie nie chciałem, życie codzienne jawiło się gorzkim smakiem niepewności i bólu, które w śniegach Tatr nabierały mniejszego znaczenia, były niejako kojone i oddalały się. Nawet myśli, że mam i tak sporo szczęścia, bo mam gdzie wrócić, że mam sporo szczęścia, że wracam o swoich siłach nie dawały wielkiego pocieszenia. Wszystko wróciło do normy. Został tylko przepłacony dowóz do Zakopanego, tradycyjny zakup kilku oscypków czy jak to tam się teraz by nie nazywało i powrót na Śląsk.

Z bardziej technicznych spraw - przegrzanie odchorowywałem przez trzy kolejne dni, nawet najlepszy sprzęt nie zastępuje myślenia, nawet najlepsze technologie nie ominą ograniczeń organizmu. Chociaż z całą pewnością pomagają. Gdybym w czasie podchodzenia na Zawrat, szczególnie po wyjściu Słońca zza chmur, szybciej się rozpiął, zaczął wentylować pewnie nic takiego by się nie stało. A tak, całą niedzielę, na przemian to trzęsłem się z zimna, to pociłem z gorąca, mimo że ciągle przebywałem w stałem temperaturze. Najlepiej uczyć się na cudzych błędach, żeby swoich popełniać jak najmniej, ale jednak lekcje wzięte po popełnieniu błędu "własnoręcznie" zapamiętuje się na najdłużej.

13 IV 2008

Do tego dnia ze mną wcale nie było lepiej, może trochę, ale w dalszym ciągu wszystko mnie przytłaczało, wszystko wokół było bezbarwne i bez smaku, wyjątkowo mdła papka codzienności. Koło godziny 20 wbiłem do akademika po weekendzie spędzonym w domu, po drodze do swojego pokoju zajrzałem do Gosi i Wojtka. - Wiadro, nie wybierasz się może w Tatry? - zapytał Wojtek, praktycznie zastępując tym powitanie. - W sumie... ten albo następny weekend na pewno, a co? - To jedziesz w ten, my też. Razem raźniej. No i tak ucieczka trwa dalej, dalej i coraz wyżej. Szkoda tylko, że ogólnie przyjęty sezon już za pasem, jednak góry, przy masowym turystycznym uderzeniu to nie to samo. Niestety za głupotę płaci się czasem niewspółmiernie wysoką cenę. Zostają mi piargi, albo sława, mimo że nie tak miało być...

Jarosław Kożdoń

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.