Niezapomniany tatrzański weekend

Balczar spóźnił się prawie godzinę. W Katowicach był więc czas, żeby posiedzieć przy Rynku i pochwalić się czekanami i nowymi kijkami Krzysia, które kupił przed chwilą. Gosia z nowiutkim czekanem w dłoniach słuchała mojego i Jarka wywodu na temat awaryjnego hamowania.

W końcu przyjechał Wojtek (Balczar), zapakowaliśmy się do auta i w drogę. O 20 osiągnęliśmy Zakopane, w międzyczasie wrzuciliśmy w siebie coś ciepłego. Zostawiliśmy samochód na parkingu pod COS i zaczęliśmy szykować się do drogi. W trakcie burzliwych przygotowań Krzysiek złamał jeden kij. Tłumaczył, że Wojtek za bardzo mu go wydłużył i przez to pękł plastikowy łącznik. Żeby nie tracić czasu na szlaku, już przy samochodzie założyliśmy stuptuty i przygotowaliśmy czołówki. Do Kuźnic doszliśmy koło 21.

zmokła ekipa przed murowańcem

Mniej więcej na poziomie pierwszego drewnianego mostku w Kuźnicach zaczęło kropić, z czasem deszcz stawał się coraz gęstszy. W miarę zdobywania wysokości pod nogami było coraz więcej mokrego śniegu. Wiało coraz bardziej, widoczność ograniczała się do paru metrów.

Okazało się, że Wojtek pomyślał wcześniej i zrobił nam wszystkim niespodziankę - zarezerwował nam pokój na Murowańcu. Dzięki niemu dostaliśmy pokój wystarczająco duży, żeby wysuszyć wszystkie ubrania, które zamokły po drodze. A przede wszystkim oprócz nas nie było nikogo, więc nawet późną nocą można było się rozkładać do woli.

Budzik zadzwonił o 7, wstałem z łóżka 10 minut później. Nie tracąc czasu poszedłem do łazienki, spakowałem się i zszedłem na dół. Ustaliliśmy, że idziemy na lekko, czyli jeden plecak ze śpiworami, jedzeniem i niepotrzebnymi ubraniami zostawiamy w przechowalni i wracamy na noc do Murowańca. Pogoda nie nastrajała zbyt optymistycznie. Za oknem ciągle padało. Po jakimś czasie wszyscy zeszli na dół, po śniadaniu zrobiliśmy herbatę do termosów i pełni zapału i entuzjazmu wyszliśmy na zewnątrz.

Padał najgorszy możliwy rodzaj deszczu. Drobny, gęsty kapuśniak, który momentalnie oblepiał ubrania. Przewidziałem, że zmarzną mi ręce, więc raki założyliśmy jeszcze przed schroniskiem.

Godzina 9.40 - wychodzimy. Po kilku minutach miałem całkiem mokre rękawice. Przez ciągle padający deszcz i dodatnią temperaturę, mokry śnieg radził sobie z nawet najlepiej zaimpregnowaną membraną. Mniej więcej na poziomie stacji wyciągu krzesełkowego na Kasprowy deszcz przerodził się w śnieg. Zaczęło też mocniej dmuchać, do tego stopnia, że kilka razy mało nas nie przewróciło.

Pierwsza zawróciła Gosia - woda przelewała jej się w butach między palcami przy każdym kroku, przez co strasznie się wyziębiła. Czułem, że mój odwrót też jest kwestią czasu, zważywszy na to, że każdy podmuch wiatru wywoływał przeszywający ból w palcach otulonych w mokre rękawice. W butach powoli gromadziła się woda, a na mokrej kurtce zaczęły pojawiać się kawałeczki lodu.

Zrobiliśmy postój przy kamieniu koło Kurtkowca, stawu rzecz jasna widać nie było. Podmuchy wiatru sprawiały, że palce bolały niemiłosiernie. Wypiliśmy termos herbaty i zjedliśmy trochę. Czułem, że moja nasiąknięta wodą kurtka staje się coraz cięższa, nie czułem już palców u rąk, przy rozstaju szlaków zawróciłem do schroniska. Krzysiek z Wojtkiem poszli na Karb, a Jarek postanowił kontynuować wspinaczkę na Świnicką Przełęcz. Doszedłem do schroniska przed 13, od razu przebrałem się w suche rzeczy i rozwiesiłem mokre. Jadalnia była pełna, coraz bardziej prawdopodobna stawała się perspektywa spędzenia nocy na korytarzu.

Ok. pół godziny po moim przyjściu doszli Wojtek z Krzyśkiem. Kiedy się przebrali, poszedłem do recepcji spytać o pokój. Okazało się, że znalazło się dla nas miejsce, więc mogliśmy gdzieś zostawić cały sprzęt i rozwiesić mokre rzeczy. Ponad godzinę po chłopakach wrócił Jarek, wylał wodę z butów i zaczął opowiadać.

"No to się rozstaliśmy, każdy w swoją stronę. Wojtek w dół. Drugi Wojtek z Krzyśkiem w stronę Karbu, a ja na południe, w stronę Przełęczy Świnickiej. Rzekłbym znakami czarnymi, tych jednak widać nie było. Ruszyłem żwawo, widoczność była (tutaj jeszcze) niezła. Grani, punktu docelowego ani niczego powyżej widać nie było, ale pierwszy etap podróży był dobrze widoczny. Najpierw obejście kamyków, na lewo od stromych turni. Wolałem się nie oddalać od nich - tamtędy przechodzi szlak, bezpieczniej się idzie (lawiny) no i ładny punkt orientacyjny. Samo dojście w okolice Zadniego Gąsienicowego Stawu i wejście na morenę nie było złe. Kłopoty zaczęły się później. Wyraźnie rosło zagrożenie lawinowe, wzmagał się wiatr, który mocnymi porywami potrafił zachwiać mnie poważnie, a co gorsza, wzbijał w powietrze tumany świeżego opadu, który na tej wysokości nie był już mokrym śniego-deszczem, a małymi, twardymi okruszkami śniego-lodu.

zmokła ekipa przed murowańcem

Pierwsze podmuchy nie robiły takiego wrażenia jak każde kolejne. Twarz piekła coraz bardziej i zaczynałem chować się jak tylko było można. Kiedy tylko widziałem, czy słyszałem nadciągający biały tuman kładłem się, chowając twarz. Kominiarki nie ubierałem bo... było za ciepło i ciężko się oddychało.

Stromym zboczem trawersowałem dalej i dalej. Kolejne kroki były jednak coraz trudniejsze. W butach ewidentnie już chlupało, śnieg niewygodnie się obsuwał. Czekan świstał w powietrzu, poszukując punktów, za które można się zaczepić.

Powoli odwrót (przewidywany od początku) stawał się koniecznością. Droga w przód, gdziekolwiek ów przód się znajdował, stawała się beznadziejna. Dodatkowo mgła zlewała się ze śniegiem, przez co orientacja jeszcze bardziej słabła, na nic zdawał się też kompas, bo gdzie jestem i gdzie iść, było względnie oczywiste, więc wiedza gdzie jest północ, a gdzie południe była zbędna. Jednak każdy próg śnieżny wyglądał dość niepewnie. Ciężko określić gdzie doszedłem. Spodziewam się, że byłem w pobliżu letniego szlaku (alternatywna zimowa trasa niższą drogą odpadła ze względu na duże zagrożenie lawinowe i bardzo ciężkie, strome podejście pod sam koniec), wysokościowo do 50 metrów od przełęczy, w linii prostej może 300 do 400 metrów.

Jednak stromizna zbocza, zapadanie się po uda w mokry, nieprzyjemny śnieg, ostatecznie mnie zniechęciły. Co prawda odwrót nie przyszedł mi łatwo, próbowałem jeszcze powalczyć, ale resztki rozsądku zwyciężyły.

Do przełęczy wiem, że bym doszedł, ale powrót... Powrót i tak był ciężki, śnieg się osuwał, trop własny stał się ciężki do odnalezienia, szczególnie w kamienistym terenie. Parę razy się potknąłem, raz nawet osunąłem się. Podcięło mi lewą nogę, poleciałem tyłem do śniegu, udało mi się jednak szybko obrócić, wbić czekan nad sobą i zahamować. Poziom adrenaliny grubo przekroczył normę. Ostatecznie dotarłem do punktu wyjścia, skrzyżowania szlaków nad Zielonym Stawem. Żeby nie iść na łatwiznę, ruszyłem w prawo - śladami nielicznych dzisiaj turystów na przełęcz Karb. Teraz już spokojnie, bezpiecznie. Bo jakby na to nie patrzeć, potańczyłem trochę ze śmiercią. Gdyby cokolwiek mi się stało, nie mógłbym liczyć na pomoc na czas, a już tym bardziej helikopter. Uczucie to - być zdanym tylko i wyłącznie na siebie, ryzykując bardziej czy mniej życiem, było dziwnie motywujące, dawało jakąś dziką satysfakcję. Jakieś 30 - 40 minut zleciało mi do Karbu. Tam chwila postoju, w żołądku panowała zupełna pustka. Kilka chwil zastanowienia, ale ze względu na kostniejące palce u stóp i uczucie bólu w palcach odpuszczam. Trasa na Kościelec wyglądała łatwo, wręcz zachęcająco, ale dziś było już mi za mokro.

Chwila zastanowienia, kilka zerknięć w dół - decyzja. Pójdę na łatwiznę, raz na jakiś czas i ja mogę. Wszyscy wokół tak robią, bo to nic takiego złego. Zamiast po bożemu i zgodnie z taternickim szlakiem, idę żlebem. Kilka (trudnych, strasznych) metrów niżej zupełnie tego nie żałuję. Śnieg wyglądał całkiem miło, trochę się go posuwało, ale to całkiem dobrze, widać było, ze nic nie wystaje. Przeszedłem już mniej więcej 1/5 drogi i ... usiadłem, po czym mocno się odepchnąłem. Starając się panować nad prędkością, hamując czasem czekanem, zjechałem w ekspresowym tempie na sam dół, wprost do powierzchni Czarnego Stawu. Trzy małe ludziki okazały się w tym krótkim czasie zmienić w dorosłych wesołych mężczyzn, w których towarzystwie udałem się do Murowańca. Tam raport telefoniczny, kilka krótkich relacji, dłuższe rozmowy, wino grzane, ciepłe jedzenie, wino grzane (czy już o tym nie wspominałem?) i ogólnie miła, beztroska atmosfera Murowańca, poza tzw. sezonem – nie do przebicia."

Jarek zamówił swój zestaw startowy - kiełbasę i piwo. No i zaczął robić wszystkim smaka. Za oknem ciągle padało, raz więcej, raz mniej. Reszta popołudnia upłynęła na rozmowach i grze w karty.

W czasie gry Gosia, Krzysiek i Wojtek zaczęli wysyłać się nawzajem na dwór, żeby zagrzać grzańca na gazie. Potem ich uwaga skupiła się na Jarku i na mnie, więc poszedłem pod prysznic, żeby przypadkiem mnie nie przekonali do wyjścia na dwór. Kiedy wróciłem czysty i pachnący okazało się, że głód alkoholowy zwyciężył - na stole stał termos pełen gorącego wina.

Próbowaliśmy ustalić plan na niedzielę. Czasu nie było wiele, bo o 14 musieliśmy już być w Zakopanem, żeby najpóźniej o 15 wyjechać. Przez chwilę realny stał się plan przejścia przez Kasprowy i zejście do Kuźnic zielonym szlakiem, jednak pamiętając nasze zmagania z soboty, zupełnie przemoczone buty, rękawiczki wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie. Postanowiliśmy pójść nad Czarny Staw i z powrotem.

zmokła ekipa przed murowańcem

W niedzielę gniliśmy w łóżkach prawie do 9. Nie było powodu, żeby się spieszyć. Ustaliliśmy, że dzisiaj tylko wrócimy do Kuźnic Doliną Jaworzynki. Spakowałem się pierwszy i zszedłem do jadalni. Tam wypiliśmy trochę herbaty, pokończyliśmy większość zapasów jedzenia i przyszedł moment wyjścia. Ale wcześniej trzeba było założyć jeszcze wilgotne i przede wszystkim zimne buty. Poszło łatwiej niż przypuszczałem, pewnie przez dwie pary skarpet.

W Dolinie Jaworzynki zatrzymaliśmy się w bacówce na herbatę i resztę batoników, zaczął padać deszcz, ale w dalszym ciągu był to gęsty lepki kapuśniak. W końcu doszliśmy do samochodu. Można było zdjąć stuptuty, przebrać się w suche rzeczy i pozbyć się plecaków. Jak prawdziwi turyści, poszliśmy na Krupówki. Po prawie godzinie wróciliśmy na parking z oscypkami w reklamówkach (no niezupełnie, tak naprawdę, zgodnie z przepisami unijnymi mieliśmy serki wędzone. Ser może być wyrabiany wyłącznie w okresie od maja do września, zaś sprzedawany do końca października – przyp. Wiadro), wsiedliśmy do auta i w drogę, do domu.

Tego dnia nie padało. Tym bardziej żal było wracać. Kolejna zima w Tatrach najwcześniej za 6 - 7 miesięcy. Jedyną przygodą w drodze powrotnej było skakanie ze stoku i hamowanie czekanem. W rzeczywistości głęboki śnieg sprawiał, że traciło się prędkość, ale zawsze to pretekst, żeby pobawić się "dziabą". Śnieg był mokry i lepki, ale do tego mogliśmy się już przyzwyczaić. Mokre spodnie też nie przeszkadzały.

Wojciech Lortz

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.