Tatry Słowackie - wszystko się udało
Zobacz też:
Jest 3-40, jeszcze dobrze nie zdążyłem zamknąć oczu i odespać całego tydzień w pracy, a tu budzik już każe wyskoczyć z łóżka. O tej godzinie na nogach czułem się dosyć niepewnie. Nie wydaje mi się bym spał dłużej niż 3,5h. Umyłem się szybko i ubrałem. Do pokonania było jeszcze 30 km do Jaworzna na zbiórkę. Tutaj czekało już na nas znajome koło PTTK. Wśród uczestników spotkałem znajomego z tegorocznego obozu narciarskiego w Wierchomli z czego bardzo się ucieszyłem.
Z Jackiem gadaliśmy prawie całą drogę, aż do momentu kiedy zaczęliśmy się śmiać. Z głośników w autobusie leciało coraz głośniej najniższych lotów disco polo. Jakiś radosny koleś śpiewał o stringach. Po polskiej stronie Tatr ciągle padał deszcz, ale kiedy tylko przejechaliśmy na słowacką stronę, od razu rozbłysło słońce. Pogoda wydawała się być jak marzenie. Teraz już tylko wypadało się obawiać o kondycję, ostatni raz w górach byłem dokładnie rok temu. W plecaku były jednak dwa Powerade'y więc miało być dobrze.
Autobus podjechał pod samo wejście do doliny i szybko wyruszyliśmy na szlak niebieski szlak, by za chwilę ruszyć zielonym na Otargańce. Pierwsze podejście nie było straszne, ale powoli weryfikowało kondycje uczestników i następowały przetasowania na trasie w zależności od kondycji. Z Jackiem zaczęliśmy z samego końca, ale powoli przesuwaliśmy się sukcesywnie do przodu. Stara prawda jest taka, że jak idzie się z przewodnikiem to trzeba iść zaraz za nim. Odpoczywa się wtedy najdłużej i wie się najwięcej. Na końcu podejścia wpakowaliśmy się w sam środek kosówki i przedzieraliśmy się nią dobre 15 minut. Przewodnik tłumaczył, że zapatrzył się za Słowaczkami, które nas w nią wprowadziły. "Jak się zapatrzysz za dupą to zawsze to tak wygląda" - tak skomentował z uśmiechem na ustach. Po przejściu kosówki już mogliśmy podziwiać widoki. Na północnym wschodzie widzieliśmy Bystrą, nas jutrzejszy cel.
Pogoda nadal się utrzymywała, więc nie miałem problemów z pochłanianiem pięknych widoków. Cieszyłem się prawie jak dziecko, że znów mogłem iść szczytem grani. Powoli wspinaliśmy się coraz wyżej, a Jacek w tym czasie wygłaszał mi swoją teorię dlaczego to "Taniec na Lodzie" jest programem erotycznym i nie powinno się go puszczać w czasie antenowym dostępnym dla dzieci. W końcu opuściła nas zieleń i przemierzaliśmy szlak po gołych skałach pokrytych gdzieniegdzie porostami. Przydały się czasami umiejętności wspinaczkowe.
Nie mogliśmy się cieszyć jednak piękną pogodą w nieskończoność. Nagle dmuchnęło u z nieba poleciał grad. Szybko wciągnąłem kurtkę, a grad z deszczem padłą pod takim kątem z mojej lewej strony, że tylko lewą nogawkę w spodniach miałem mokrą. Na koniec podejścia na kolejny szczyt Otargańców deszcz w końcu ustąpił i znów zrobiło się troszkę cieplej, w sam raz by w czasie marszu się wysuszyć. Schodząc w dół nagle na wschodzie zaraz przede mną zobaczyłem przepiękną tęczę. szybko rzuciłem plecak na ziemie, wyciągnąłem aparat i zacząłem trzaskać. Wiedziałem jednak, że nie ma szans by udało mi się uchwycić to przepiękne zjawisko. To była tęcza z najpiękniejszymi kolorami jaką widziałem w życiu. Nie wiedziałem, że tęcza może być tak piękna.
Ruszyliśmy dalej i suszyliśmy się powoli. Zatrzymaliśmy się na przerwę na Jakubinie. Tutaj zaczekaliśmy na resztę. Nie wszyscy jednak doszli i powoli grupa się niemiłosiernie rozciągała. Ruszyliśmy dalej w stronę Jarząbczego Wierchu. Szczyt wyraźnie nawiązywał do nazwiska Jacka, ale chyba ostatecznie nic nam nie wiadomo o tym by jego przodek miał z nim coś wspólnego. Po krótkiej przerwie ruszyliśmy ostro w dół, szybko wytracając wysokość. Znów się na chwilę rozpadało, ale teraz nie miało to już znaczenia. Zresztą po chwili przestało.
Byłem w czołówce i choć już mieliśmy za sobą wiele godzin marszu, to jednak nie zwalnialiśmy. Wręcz przeciwnie. Jak tylko się wypłaszczyło, wrzuciliśmy w czołówce naprawdę ostre tępo. Chyba po prostu już wtedy każdy wiedział, że szybkie opuszczenie szlaku wiąże się z wcześniejszą kolacją, a nie ma co ukrywać, że na tym etapie byłem już troszkę głodny.
Zapomniałem napisać, że noclegi mieliśmy zamówione w hotelu Esperanto. Cały dzień nabijaliśmy się, że pewnie będą tam różowe firanki i bar z pionowymi rurami, no ale skończyło się na socjalistycznym przydrożnym hoteliku, gdzie pani recepcjonistka starał się ze mną dogadać. Gdy w końcu piąty raz powtórzyłem jej "wszystko jedno", to dała mi klucz i mogłem się rozpakować. Zaraz jednak zbiegliśmy z Jackiem na kolację. Szukaliśmy na niej kurczaka w ryżu. Mi nawet udało się wyłowić parę kawałków. Wypiliśmy po jednym piwie i zasnąłem jak dziecko. Następnego dnia trzeba było wstać o 6. I dobrze, że tak późno bo kiedyś człowiek się przespać musi.
Rano nogi były troszkę cięższe niż poprzedniego dnia, ale nie było tragicznie. Za oknem wisiały ciemne chmury, ale było ciepło. Nastawiliśmy się z tatą i Jaskiem na ciepłą pogodę i tak też ubrani zeszliśmy na dół na zbiórkę. Oczywiście musieliśmy najpierw spakować się całkowicie, ponieważ zaraz po zejściu z trasy wracaliśmy do Jaworzna. Na początku myśleliśmy, że jednak trochę nas popada, ale szybko się wypogodziło.
Ruszyliśmy na początku tym samym szlakiem co wczoraj by szybko odbić na żółty i maszerować przepiękną doliną. Humory wyraźnie dopisywały, odwrotnie, niż wczoraj szliśmy zwartą paczką i nikt nie odpadł do tyłu. Po około godzinie zatrzymaliśmy się przy szałasie na poranne śniadanie, a potem dalej podążaliśmy bardzo ładną doliną. Bardzo powoli zdobywaliśmy wysokość i wiedząc na jak wysoki szczyt mamy tego dnia wejść zastanawiałem się kiedy poczuję podejście. Tempo było zadowalające, ponieważ po trzech odpoczynkach zaatakowaliśmy Bystrą. Trawersowaliśmy szczyt aż doszliśmy na Bystry Karb. Tutaj mieliśmy dosłownie moment by spojrzeć na roztaczającą się panoramę Polskich Tatr. Nagle zerwał się tak potwornie silny wiatr, że wiele osób potrzebowało pomocy przy ubieraniu kurtek. Zanosiło się na bardzo silny opad deszczy ale skończyło się tylko na silny wietrze. Ciężko w sumie mówić, że było to takie tylko, skoro czasem źle stawiając nogę wiatr potrafił przewrócić. Kiedy ekipą stanęliśmy na szczycie, wszystko jakby ucichło. Wiało znacznie mniej i można było usiąść by w spokoju zjeść cokolwiek.
Trochę się na szczycie zasiedzieliśmy, ale trzeba było przecież się nacieszyć chwilą, po zrobieniu grupowego zdjęcia ruszyliśmy jednak powoli w dół. Tutaj spotkało mnie nie lada zaskoczenie. Nie miałem żadnych problemów z nogami przez dwa dni, aż nagle po rozpoczęciu zejścia dopadły mnie straszne zakwasy w udach. Myślałem, że już do końca całe zejście będzie powolne i bolesne. Od razu otwarłem nowego Powerade'a i wypiłem 1/3. Nie jest to żadna kryptoreklama tego napoju. GT WERTEP nadal jest przedsięwzięciem niedochodowym, ale ten zastrzyk mi naprawdę pomógł. Po niecałych 10 minutach zacząłem normalnie schodzić. O na głównym wytraceniu wysokości na żółtym szlaku już nie było problemów. Po zejściu do doliny mogliśmy delektować się jeszcze widokami. Za plecami pozostawał Starorobociański Wierch i Bystra, a po prawej szumiał ładnie górski strumyk.
Byłem zachwycony całym wyjazdem i bardzo cieszyłem się, że zaplanowałem sobie na dwa dni ten wyjazd w Tatry. Cieszyłem się jeszcze każdą chwilą spędzoną w tej dolinie i starałem się zapamiętać jak najwięcej. Robiłem ostatnie zdjęcia. Na koniec, kiedy dogoniłem ekipę zobaczyłem ciekawy widok jak damska część wycieczki zajęła cały mostek i wystawiła nogi do góry. Nie był to jednak jeszcze czas na odpoczynek. Do końca pozostało dobre 2 godziny marszu. To była już jednak formalność, podobnie jak powrót. Położyłem się spać w Katowicach o 1-15 z poczuciem, że nie mogłem tego weekendu lepiej wykorzystać.
Michał Pawełczyk
All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.



