Piasek między palcami - Półwysem Helski

Nie było mnie tu już 4-5 lat. Piszę już ponieważ wcześniej pojawiałem się tutaj bardzo często. Okolice Półwyspu Helskiego i Kołobrzegu to miejsca, które odwiedzałem z rodzicami przynajmniej raz rocznie. Cała reszta była jakby na dokładkę, a morze zawsze pozostawało głównym punktem programu lipiec-sierpień. W liceum powiedziałem w końcu dość. Potrzebowałem czegoś więcej niż kocyk na plaży lub ewentualny spacer w prawo bądź w lewo. Nabijałem się, że nad morzem nie da się zgubić. Wystarczy mieć morze po przeciwnej ręce by wrócić do domu. Nie tęskniąc specjalnie za widokiem polskiego Bałtyku cieszyłem się na ten wyjazd by z Kamilą poznać Półwysep Helski jeszcze raz, na nowo...

Władysławowo

Z grubsza nic się nie zmieniło. Nawet stragany okupują te same miejsca. Przybyło kilka obiektów, ale w ogólnym zarysie się już tego nie dostrzega. W centrum Władysławowa nie było już na nic nowego miejsca więc nawet stragany stoją dokładnie w tym samym porządku. Dworzec ten sam, ale jakby więcej pasażerów. Kolejek jakie można tutaj zobaczyć do trzech okienek z biletami codziennie od rana do wieczora nie spotkaliśmy wcześniej nigdzie indziej, a staliśmy już w wielu po bilet. Okres wakacyjny to prawdziwe oblężenie dla tego małego budyneczku. Przydałby się jakieś automaty sprzedające gotowe bilety na najpopularniejsze trasy.

zamek z piasku na plaży

Zwiedzenie Władysławowa nie wydaje się być sprawą rozległą w czasie, ale kilka miejsc może nas zatrzymać na dłużej. Zawsze warto jest się wybrać do największego w Polsce portu rybackiego. Można tu wpaść na rybkę, rejs po Bałtyku, wędkowanie na morzu czy po prostu przespacerować się portowym molo na zachód słońca. Idąc do portu zajrzeliśmy do domu rybaka by wspiąć się na taras widokowy. Wykupienie biletów na najwyższe piętro nie było złym pomysłem. Widać z niego znacznie więcej. Jest to zdecydowanie najwyższy punkt w okolicy i pozwala na obejrzenie panoramy 360 stopni okolic Władysławowa. Pogoda troszkę nie dopisała by oglądać cały Półwysep Helski, ale i tak było warto.

Do Władysławowa przyjechałem z kontuzją kostki, więc przez pierwsze dni kręciliśmy się tylko po uliczkach tego miasta, parku Cetniewo i zaglądaliśmy na jedną z ładniejszych plaż na Półwyspie. Kiedy jednak noga popuściła, udaliśmy się plażą w lewo, na zachód znaczy się.

Rozewie

Do niedawna był tutaj najdalej na północ wysunięty punkt Polski. Parę lat temu to zaszczytne miano odebrała Przylądkowi Rozewie Jastrzębia góra, która broni przed morzem swojego lądu jak tylko może. Po dojściu na plażę, szybko rozebraliśmy się do kostiumów kąpielowych i tak ochoczym krokiem ruszyliśmy w stronę Rozewia. Szybko jednak staliśmy się jedynymi plażowiczami, ponieważ większość osób na plaży była ubrana w kurtki i swetry. Przy wejścia mijaniu Wąwozu Chłapowskiego zaczął padać drobny deszczyk, by przed betonowymi wzmocnieniami Rozewia rozpadać się na dobre. Skapitulowaliśmy i ubraliśmy się w nasze kurtki. W strugach deszczu doszliśmy do latarni gdzie akurat pięć minut temu rozpoczęła się popołudniowa przerwa...

wybrzeże na w okolicahc rozewia

Danzig

Tak nazywa się to miasto w języku naszych zachodnich sąsiadów. Gdańsk, bo o nim mowa jest punktem koniecznym każdego turysty zwiedzającego tamtejsze okolice. Gdańsk jest po prostu... piękny. Stare uliczki, duża ilość kawiarenek i restauracji każą ubrać się w bardziej “cywilizowany strój”, ale od tego chyba nigdy głowa nie rozboli, a jeśli nawet to pyszny deser lodowy pomoże zmienić zdanie.

W Gdańsku nie pojawiliśmy się po raz pierwszy, więc byliśmy szczególnie zainteresowani tym czego nie udało się zobaczyć wcześniej. Wstąpiliśmy do Żurawia, Spichlerzy i na statek muzealny Sołdek. Obiekty te składają się na Muzeum Morskie w Gdańsku i są z pewnością warte obejrzenia. W stronę dworca wróciliśmy ulicą Piwną, która bardzo nam przypadła do gustu. Gdańsk pożegnał nas ulewą, która zagoniła nas prosto do kolejki podmiejskiej. Przesiadkę do Władysławowa mieliśmy w Gdyni.

Kuźnice, Jastarnia, Jurata

Dworzec w Kuźnicach wyróżnia się tym, że ma kasę i nie ma tam kilometrowych kolejek. Był to koronny argument za tym by kupić bilety na kolejny dzień. Szybko stwierdziliśmy, że w Kuźnicach nie ma nic więcej do roboty i udaliśmy się na plażę, w prawo, znaczy się na wschód. Pogoda dopisała, było bardzo upalnie, a odcinek Kuźnice – Jastarnia można bez wątpienia uznać za najładniejszy na całym Półwyspie Helskim. Skorzystaliśmy tez z doświadczenia w naszych górskich wspinaczkach i postanowiliśmy zdobyć najwyższą wydmę – Górę Libek.

Po dojściu do Jastarni byłem już spieczony do czerwoności, a linie od plecaka miały mi już pozostać takie na resztę wakacji. Jastarnia jest samodzielnym miasteczkiem i można się tutaj przejść klimatycznymi uliczkami, które doprowadzą nas do tylko troszkę bardziej ruchliwego centrum. W środku miasteczka znajdziemy kościół z ołtarzem w kształcie rybackiej łodzi.

Po przejściu centrum wróciliśmy ponownie na plaże by dojść o Juraty. Trudno jest zauważyć od morza kiedy kończy się jedna, a rozpoczyna druga. Tak naprawdę to jedna jest częścią drugiej, więc po krótkim marszu byliśmy na miejscu. Wyszliśmy z plaży przy słynnym ośrodku wczasowym Bryza, który swoim luksusem nie zapraszał nas do środka. Na plaży można zobaczyć Wielkie łóżka z baldachimami i pościelą dla bogatych gości tego SPA.

Jurata ma z pewnością pewien klimat. Szczególnie ładny jest deptak w stronę molo na zatoce. Jednak wszechobecna aura luksusu szybko nas stamtąd wygoniła i postanowiliśmy wsiąść w pierwszy pociąg do Władysławowa.

Chałupy welcome to

Nad polskim morzem jest wiele miast i wiosek, ale mało jest tak popularnych jak Chałupy. Wszystko za sprawą piosenki Zbigniewa Wodeckiego - “Chałupy welcome to”. W wiosce niewielu już z legendy zostało. Tak naprawdę jest to jedno wielkie pole namiotowe dla amatorów windsufingu. Amatorami żagli na razie nie jesteśmy więc szybko uciekliśmy z zatoki na plaże. Niestety również pogoda nie zachęcała do dłuższego pozostania na składanym molo.

Szybko ruszyliśmy plażą w kierunku portu we Władysławowie. Na szczęście po pól godzinie pogoda poprawiła się na tyle, że zdecydowaliśmy się z Kamilą na pierwszą kąpiel w Bałtyku. Woda była zimna, ale jak to w Bałtyku, luksusów brak. Niestety okazało się, że kąpiel na plaży w Chłupach była ostatnią w te wakacje.

Pogoda byłą piękna do samego wieczora, więc szybko się wysuszyliśmy w słońcu i doszliśmy do portu. Jak się okazało, ostatnie wyjście przed portem to nadal Chałupy. Zabawne.

Hel

Drogę od stacji w kierunku centrum spędziliśmy na poszukiwaniu sklepu z produktami do uzupełnienia naszego śniadania. Już bardzo głodni mogliśmy się pożywić na podwórku Muzeum Rybołówstwa w Helu. Następnie obejrzeliśmy stare kutry i ruszyliśmy zwiedzać fokarium. Foki to naprawdę pocieszne zwierzęta, były akurat po karmieniu, więc tylko przeciągały się przed licznie zgromadzoną publicznością.

W dalszej kolejności skierowaliśmy się prosto na plażę zatrzymując się chwilowo obok latarni morskiej. Zrezygnowaliśmy z wejścia ze względu na brzydką pogodę i taranującą wszystko kolonie, która właśnie urzędowała w okolicach wejścia.

Po dojściu na plażę siąpiło nadal, więc ruszyliśmy bez zatrzymywania się na plaży w stronę Juraty. Jest to odcinek, który można polecić każdemu kto oczekuje spokoju w naprawdę każdą pogodę. Spacer zajmuje niecałe trzy godziny i daje sporo satysfakcji z zobaczenia plaży, która “sama sobie rzepkę skrobie”.

Sopot

Nasz wyjazd dosięgnął już ostatniego dnia. W przeciwieństwie do większości wyjazdu, ten dzień miał pogodę prawie plażową. Spakowani do już do plecaków postanowiliśmy się jeszcze wybrać do Sopotu.

W Sopocie trudno się zgubić, więc zaraz po opuszczeniu kolejki SKM relacji Wejherowo – Gdańsk, ruszyliśmy główną ulicą prosto w dół na molo. Tutaj słońce w końcu potraktowało nas ciepłym promieniem i pozwoliło na komfortowy spacer przez morze. Smutne jest jednak, że jedno z najbardziej ekskluzywnych miast na polskim wybrzeżu nie było stać na remont zniszczonego podczas sztormu mola. Do dziś boczne molo pozostaje zamknięte dla turystów.

W Sopocie rowerzyści dostrzegą ścieżki rowerowe, którymi mogą się pochwalić okolice Zatoki Gdańskiej. Ścieżka rowerowa ciągnie się wzdłuż nadbrzeża i trzeba respektować jej reguły. Porusza się tędy naprawdę sporo rowerzystów.

Epilog

Na dworcu w Gdyni, skąd mieliśmy pociąg powrotny do Władysławowa, okazało się, że źle sprawdziliśmy rozkład i pociąg powrotny mamy dopiero za półtorej godziny. Nie pozostało nic innego jak zabrać się na szybkie zwiedzanie gdyńskiego nabrzeża.

Dar Pomorza w Gdyni

Ostatecznie wróciliśmy do Władysławowa skąd zabraliśmy plecaki i ruszyliśmy z powrotem na dworzec PKP by wsiąść do docelowego pociągu do Katowic. Odnowienie sobie w pamięci niezastąpionego piękna polskiego wybrzeża było cennym doświadczeniem. Wielu chwali sobie wyjazdy za podobne pieniądze nad wody Adriatyku, ale czy jest tam możliwe spacerowanie po piaszczystej plaży? Niestety. Być może GT WERTEP opowie kiedyś co innego warto robić nad Adriatykiem...

Michał Pawełczyk

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.