IV Wakacyjny Zlot Histmaga, Mazury 2007

Hej, ha! Kolejkę nalej,
Hej, ha! Kielichy wznieśmy,
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom.

Dedykowane wszystkim tym, bez Których ten zlot odbyć by się nie mógł

Tym razem napiszę z buta, na gorąco i bez dystansu, ale przynajmniej fanki nie będą musiały zalewać się płaczem, że mojej relacji jeszcze nie ma. W tym roku miałem przyjemność uczestniczyć w kolejnym, czwartym już, wakacyjnym zlocie Histmag.org. Odbył się on na mazurskich jeziorach, na czterech jachtach: w sumie 21 osób z i spoza redakcji. W dużym skrócie: było super.

Ostrzegam, że całość to prawie 40kB tekstu. Niestety nie potrafię się streszczać, jeśli nie muszę.

Tam

Wszystkie poprzednie trzy wakacyjne zloty odbyły się na południu Polski. Zawsze miałem rzut kamieniem. Ludzie z północnych rejonów Polski zawsze marudzili, że mają daleko. Tym razem więc stwierdziliśmy, że skoro tak, to oni robią zlot. Na północy. Głównym organizatorem został @lan, który zaproponował żeglowanie po polskiej krainie tysiąca jezior i jednej kałuży (albo odwrotnie). Nie mając zielonego pojęcia o żeglowaniu i jachtach, z awersją do wody oraz wiedząc zaledwie, co to maszt i koło ratunkowe, umiejąc jedynie sznurować buty na kokardkę, nie byłem do końca przekonany, czy to dobry pomysł. Mimo to pojechałem...

Zaczęło się od wyprawy na katowicki śmierdzący dworzec PKP, gdzie większą grupą (okazało się, że oprócz nas tym samym pociągiem na Mazury jechali znajomi ze studiów) wbiliśmy się do pociągu relacji Bielsko Biała - Ełk, z którego skorzystaliśmy na trasie Katowice - Olsztyn Główny. Odjazd o 21.30. W Koluszkach dosiedli się do nas JPC i Julita, w Wawie miał dojść Sabat, ale niestety jego pociąg się spóźnił, więc kombinował, co dalej i ostatecznie wyszedł na tym lepiej niż my. W Olsztynie wylądowaliśmy prawie planowo (tym razem prawie nie zrobiło różnicy), odebrał nas @lan czekający już z załogą z Lublina, w składzie: Page & Tur. Poszliśmy na olsztyńską starówkę, w sobotni poranek raczej pustą, zrobiliśmy sobie zdjęcia przy pomniku Kopernika z Obmacanym Nosem i dotarliśmy na dworzec Olsztyn Zachodni. Wsiedliśmy w pociąg, który, jak się na miejscu okazało, był tym, w który powinniśmy byli wsiąść, żeby trafić do Mrągowa. Po przejechaniu jednej stacji na głównym olsztyńskim dworcu, wbrew nazwie umiejscowionym na zadupiu, dołączyła do nas Manowce z Tajemniczym Kartonem oraz Adso, Sabat i siostra @lana - Ola z koleżanką Malwiną. W takim składzie dotarliśmy do Mrągowa, gdzie dołączył Lechu i niespóźniony (sic! :) Czajna.

To już byli praktycznie wszyscy, brakowało tylko dwóch osób, które miały dotrzeć kilka godzin później. Zajęliśmy się więc zakupami w Lidlu i czekaniem na PKS (2h). Sabat Twardziel już wcześniej stwierdził, że olewa PKS i jedzie pociągiem do Mikołajek, skąd zasuwa jakieś 30 km z buta do wioski zwanej Niedźwiedzim Rogiem, gdzie mieliśmy odebrać łódki. My zdecydowaliśmy się poczekać na PKS do Wejsun, skąd musieliśmy iść już tylko 7 km, bo żadnego innego połączenia nie było. Jak już się doczekaliśmy na busa, zapakowaliśmy się do środka, zapłaciwszy trochę za dużo jak na taki dystans (9zł) - zdzierstwo. Szczęśliwie, ze śpiewami Page'a i Tura zagłuszającymi radio, dojechaliśmy do kolejnej wioski na trasie. Tam wrzuciliśmy wielotonowe plecaki na plecy i zaczęliśmy dreptać ostatni odcinek do Niedźwiedziego. Na pewno nie udałoby się to, gdyby nie pomoc rodziców Oli i @lana, którzy samochodem dowieźli nasze bagaże na miejsce. Pozostał nam swobodny spacerek. Jeszcze raz bardzo dziękujemy za pomoc. A my oczywiście, zamiast iść prosto, poszliśmy szlakiem, który miał być skrótem, a wyprowadził nas w pole i do lasu, gdzie zamiast spaceru odbył się zupełnie nieplanowany terenowy rajd z przeszkodami. Pełno błota, krzaków i połamanych drzew tarasujących ścieżkę, których nikt jeszcze nie miał czasu posprzątać po wielkiej burzy sprzed kilku dni. Nie marudząc, omijałem wszystkie przeszkody z gracją elfa godną...

Gdy już las się skończył, okazało się, że wylądowaliśmy nie po tej stronie Niedźwiedziego Rogu, po której powinniśmy. Na szczęście, ponieważ jest to niewielka wioska, nie mieliśmy już długiej drogi do przebycia. Po kolejnych kilkunastu minutach dotarliśmy na miejsce, gdzie już czekały nasze bagaże, jachty do odebrania, ciasteczka pieczone przez Tura, wafelki o smaku Tesco kupione przez Duke'a oraz Sabat, który, jak się okazało, dojechał stopem godzinę wcześniej. Wieczorem dołączyły do nas pozostałe dwie osoby - Ampli oraz Mac ap (na jedną noc) i już byliśmy w komplecie.

Pierwszy rejs

Późnym popołudniem odebraliśmy nasze cztery łódki od całkiem sympatycznego bosmana, który wszystko dokładnie pokazał i wytłumaczył. Powiesiliśmy też bandery i tak oto zaokrętowaliśmy się na: Hiszpańskiej Inkwizycji (jacht: Janmor, największy; sternik: @lan), Książęcej Nałożnicy (Tango, Lechu + Ola), Latającym Holendrze (Tes, JPC) i Pijackiej Skrzyni Zgonów (Sasanka, Manowce). Kolorowe bandery znacznie nam potem ułatwiły wypatrywanie się na jeziorach, gdzie wszystkie żaglówki wyglądają tak samo. Ja wylądowałem na Inkwizycji, razem z @lanem, Dukiem, anghanem (wraz z Kamilą) i Turem. Załoga taka, że wszystkich znałem już wcześniej...

ognisko integracyjne

Wieczorem odbyło się integracyjne ognisko, piekliśmy kiełbaski (a właściwie papierbaski wedle niektórych, ale ja byłem na tyle głodny, że nie zauważyłem) z Lidla na drewnie, za które przepłaciliśmy. Przy pomocy kijków z lasu, których zdobycie kilka osób przypłaciło ciężką walką z komarami... Na szczęście komary już jakieś lewe były, bo ukąszenia nie swędziały. Na ognisku dostaliśmy koszulki, pośpiewaliśmy trochę i ogólnie było fajnie. Poszedłem spać nieco przed końcem imprezy, zmęczony długą podróżą, bo rano mieliśmy wypłynąć do Mikołajek, o czym niektórzy (czyli Czajna :) jakoś nie usłyszeli.

Jako że byliśmy największym jachtem we flotylli, okrętem flagowym itepe, wypłynęliśmy pierwsi. Duke za sterem dzielnie wyprowadził nas na Śniardwy. Co warte odnotowania: nie wykręciliśmy przy tym żadnych numerów, które były udziałem naszych pozostałych jachtów, np. utknięcie na mieliźnie, staranowanie pomostu, wypłynięcie z portu na holu etc. Na Śniardwach przejąłem ster od Duke'a. Całkiem fajnie się kieruje taką łódką, zwłaszcza jak już się zajarzy, że bardziej trzeba patrzeć na wiatr niż tam, dokąd chce się płynąć. Oraz kiedy się załapie, że zamiast terminów prawo/lewo lepsze są komendy wyostrzyć/odpaść... Po jakimś czasie przestały mi nawet wychodzić przypadkowe zwroty przez sztag (dobrze, że nie rufki, bo chyba by bom kogoś zabił), więc już było całkiem dobrze.

Halsując, dopłynęliśmy do Przeczki (która łączy Śniardwy z Jeziorem Mikołajskim), gdzie dogoniła nas Nałożnica. Skrzynia została w tyle, pływając wokół jakiejś boi. Prawdopodobnie wyławiali z wody jakieś pierniczki, jednak teraz nie chcą się przyznać, tłumacząc dziwne manewry tym, że to Page siedział za sterem. Zostawiliśmy ich w tyle i odbiliśmy w stronę Wierzby, po czym zacumowaliśmy na dziko na drugim brzegu, żeby razem z załogą Nałożnicy zjeść obiad. Anghan zaliczył małą kąpiel od pasa w dół, przy niezbyt dokładnie obliczonym skoku na brzeg z cumą, ale przynajmniej efektownie to wyglądało. Przy okazji zaryliśmy masztem w drzewo i co chwila jakieś gałęzie lądowały na pokładzie, ale co tam. Do nas przycumowała Nałożnica. Zagotowaliśmy wodę na zupki, zagryźliśmy czymś jeszcze i czekaliśmy na wieści od reszty naszych załóg. Niestety, niezbyt pomyślne - Holender otrzymał status MIA: Missing In Action. Nie mieli mapy, jak się okazało poniewczasie, a ponadto mało doświadczoną i odrobinę niezgraną załogę, więc ostatecznie wylądowali (nie bez przygód, większych przechyłów, pomocy WOPR-owców, potłuczonych talerzy, wyławiania wiosła etc.) dokładnie po drugiej stronie Śniardw - w Okartowie.

Jako że nie mogliśmy im pomóc, a Skrzynia mimo informacji "jesteśmy już w Przeczce" wciąż nie ukazywała się na horyzoncie, stwierdziliśmy, że płyniemy dalej. Pierwsza odcumowała się Nałożnica. Poczekaliśmy, aż odpłyną i też ruszyliśmy, trochę na silniku, trochę wyciągając się na kotwicy. Zanim ustawiliśmy żagle i kurs, naszym oczom ukazała się Nałożnica, płynąca prosto na nas, a na niej sternik - Lechu, który z rozbrajającym uśmiechem, machając ręką, powiedział radośnie: "Nie mamy sterowności!". Na szczęście udało się zapobiec większej kolizji i skończyło się na drobnym stuknięciu się koszami dziobowymi. Komicznie to wyglądało.

Wiał dość delikatny, ale stabilny fordewind (czyli centralnie z tyłu), więc popływaliśmy trochę motylkiem (jeden żagiel w jedną stronę, drugi w drugą) - pięknie taka żaglówka wygląda zarówno z pokładu, jak i z większej odległości. Po dłuższej chwili znaleźliśmy się na Jeziorze Mikołajskim, gdzie wiało już mocniej i zbierały się ciemne chmury (i jeszcze ciemniejsze nad Śniardwami). Mieliśmy wiatr w żaglach i dobrego sternika, więc całkiem szybko przegoniliśmy Nałożnicę, ale deszczu przegonić się nie udało. Lunęło nagle, z intensywnością godną dobrego prysznica. Zrzuciliśmy obydwa żagle, żeby nie zamokły. Niezapomniane doświadczenie: stać boso na mokrej i cholernie śliskiej kabinie, w strugach deszczu, jedną ręką trzymać się masztu, drugą zwijać i chować grota (większy żagiel), mając świadomość, że jeden ślizg i ląduję za burtą, a do tego wrzeszczeć do reszty załogi, żeby, zamiast sprawiać wrażenie chaotycznego biegania po pokładzie, ktoś zluzował fał od grota (bo jakoś tak dziwnie okazał się być zablokowany na stoperze...). Po kilkunastu sekundach byłem już tak mokry, jakbym wpadł do wody, więc w sumie było mi już wszystko jedno. Po chwili równie gwałtownie przestało padać, a oczom naszym ukazała się piękna, pełna tęcza - cały łuk, zaczynający się i kończący na tafli wody. Niestety nikt nie dał się przekonać, żeby płynąć do tęczy celem wyłowienia garnca ze złotem, zarzuciliśmy więc silnik i dopłynęliśmy do przystani w Mikołajkach. Sasanka już tam na nas czekała. Zacumować, mimo że odrobinę chaotycznie, się udało - nie wbiliśmy się dziobem w keję. Zapomnieliśmy jedynie podnieść miecz, ale na szczęście było głęboko.

Mikołajki

kiełbasiany aniołek

Ostatnia tego dnia do Mikołajek dobiła Nałożnica. Zacumowała gdzie indziej, bowiem miejsca obok nas już brakło - jakieś buraki zajęły. Wieczorem odbyła się narada, co robimy z zaginionym Holendrem. Na stole leżała mapa z zaznaczonymi (przy pomocy kapsla po piwie i paragonu za kibel) miejscami, gdzie jesteśmy my i gdzie są oni. W prostej linii dzieliło nas "tylko" 20 km. Plany zmieniały się co chwilę, aż w końcu stwierdziliśmy, że trzeba się z tym przespać, bo nic sensownego nie wymyślimy. Tak też zrobiliśmy. Rano po zakupach, prysznicach fullwypas (do prysznica toaleta za darmo, stąd hasło "kupa gratis"), nowych informacjach z Holendra (jeszcze innych niż poprzedniego dnia) stwierdziliśmy, iż czekamy dalej póki co i przecumowujemy nasze dwie łódki w miejsce, gdzie zatrzymała się Nałożnica, bo tam o połowę taniej (Inkwizycji udało się uciec przed opłatą, więc był jeden nocleg za darmo). O ile wpłynąć poprzedniego dnia udało się całkiem ładnie, to już wypłynąć... również. Ale tylko do momentu, kiedy zaczęliśmy się cieszyć, że się nam udało - zaraz okazało się, że znosi nas na zacumowaną tuż przy wyjściu z przystani dużą łódkę, o którą dość brutalnie, wśród wrzasków i przekleństw, się otarliśmy. Skrzyni, jak się okazało, nawalił silnik, więc do wieczora musieli sterczeć i czekać na serwisantów. Z nudów zrobili sobie aniołka z zielonawej kiełbasy, folii aluminiowej i opakowania po pieczywie. Całość powiesili na bomie. Nie ma to jak posadzić znudzonych Sabata i Pietkę obok siebie... Wieczorem na Sasance odbyła się jeszcze dość głośna (chyba było słychać na połowę jeziora) impreza. Jednak obawy o to, że łódka na skutek wieczornej zabawy zatonie, okazały się nieuzasadnione.

W poniedziałek od samego rana wiało dość mocno, więc pierwotne plany popłynięcia do Holendra spaliły na panewce. Po południu wiatr miał osłabnąć, więc ostatecznie do Okartowa pojechała taksówką ekipa ratunkowa w składzie: @lan, Manowce i Lechu, a do Mikołajek PKS-em dotarli Wielebny wraz z dziewczyną. Wieczór upłynął nam trochę sennie - na siedzeniu, gadkach, rżnięciu w karty i oczekiwaniu na newsy od ekipy ratunkowej, która ostatecznie pod wiatr, na silniku i trochę na żaglach oraz z pomocą WOPR-owców (nie ma to jak dobry hol) dotarła wieczorem do Wierzby (niedaleko miejsca, gdzie wcześniej cumowaliśmy z Nałożnicą). Dalej nie dopłynęli, bo już było ciemno, więc czekała nas kolejna noc bez kompletnej flotylli.

Prognoza pogody na wtorek zbyt ciekawa nie była. Zapowiadano spore zachmurzenie i mocny wiatr - za mocny, żeby gdziekolwiek się ruszać, więc już wcześniej spisaliśmy ten dzień na straty. Prognozy okazały się przesadzone i pogoda była lepsza niż dnia poprzedniego. Holender wyruszył w naszą stronę, nam nie pozostało nic innego, jak na nich czekać. Ponieważ nie mieli paliwa, byli skazani tylko i wyłącznie na żagle. A że biednemu zawsze wiatr w oczy, musieli się nieźle nahalsować. Ale... udało się. Koło 14, kiedy obiadek już się gotował (pozdrowienia dla kochanych kucharek), dostaliśmy telefon, że są niedaleko i chcą zacumować wcześniej, bo zwyczajnie mają dość. Wybraliśmy się zatem naprzeciw, świadomi, że muszą albo podejść do kei na żaglach, albo na pagajach, więc pomoc z lądu będzie bardzo wskazana. Po kilkunastu minutach stania udało się nam wypatrzeć pomarańczową banderę i radośnie pomachać w jej kierunku...

Kolejny telefon: "jeszcze dwa halsy i nas łapiecie". Stanęliśmy na drewnianym, mocno zanieczyszczonym przez ptaki pomoście. Operacja była o tyle trudna, że jeśli by zdjęli żagle za wcześnie, to zniosłoby ich w takie miejsce, gdzie zacumować by mogli tylko do latarni, bo słupków na cumy tam nie było... A jeśli za późno, to trochę ciężko by było ich wyhamować. Ostatecznie się udało. Co prawda nie trafili tam, gdzie celowali i zniosło ich w stronę obsranego pomostu, ale w sumie to też było ok. Przywiązałem ich węzłem żeglarskim, którego się nauczyłem poprzedniego dnia, disasemblując (jak na geeka przystało) cumę jakiejś łódki na przystani. Manowce była z mojego wiązanego dzieła całkiem zadowolona...

Popołudnie upłynęło na sprawach serwisowych. Najpierw serwisowaliśmy siebie, korzystając z pryszniców, kibelków, jedząc obiad i wpychając w siebie pyszne mikołajskie gofry. Page zarobił kilkanaście złotych, grając i śpiewając w miejscach publicznych. Trwały także narady, co zrobić z załogami. Gdyby na Holendrze nie mogli się dogadać, mielibyśmy spory problem - żeby zdążyć do finalnej przystani (Węgorzewo), trzeba było wypłynąć następnego dnia i już nigdzie po drodze nie robić większych przestojów. Wypadki losowe były wykluczone. Stwierdziliśmy, że robimy przetasowanie w załogach.

Wieczór upłynął na serwisowaniu łódek i przygotowaniach do porannego wypłynięcia. Dotankowaliśmy wszystkie baki i przecumowaliśmy Holendra, aby wszystkie jachty znalazły się (at last) w jednym rzędzie. Ta operacje też była zabawna... Jakoś wszyscy zapomnieli, że kotwica została wcześniej rzucona i po ruszeniu zaciągnęliśmy nią ostro po dnie. Po jej wyłowieniu, co wymagało nie lada siły, bowiem ważyła jakieś dwa razy więcej niż normalnie, okazało się, że jest cała w wodorostach. Wyglądała jak choinka, nic tylko wysuszyć i wieszać bombki... Julita zareagowała na ten widok wspaniałym (tylko kobiety potrafią wydawać z siebie ten dźwięk z taką gracją) "fuuuuuuuuuj", a JPC - z moją drobną pomocą - jakoś ją w końcu doczyścił. I tak oto znaleźliśmy się znowu w komplecie.

Upewniliśmy się też, że Czajna wie, o której wypływamy (czyli o 7 rano icon_wink). Na Sasance odbyła się kolejna imprezka, na której posiedziałem pół godzinki, razem z Czajną siejąc zgorszenie wśród towarzystwa popijaniem karotki, a nie taniego wina tudzież piwa. Do tego Pietka i Duke się trochę pochorowali, a rana Tura, który przed zlotem spadł z roweru, zaczynała mu przeszkadzać. Na szczęście był z nami Oliwier, kolega Pietki, który się na medycznych sprawach trochę znał. Więc byliśmy bezpieczni pod tym względem. Ostatecznie z Duke`em, mimo przeziębienia i związanego z nim marnego samopoczucia, udało nam się opracować ostateczny plan poprawiania składu załóg, konsultując wszystko z zainteresowanymi. Jak się później okazało, plan zadziałał.

Na pokładzie Latającego Holendra

Na skutek przetasowań Wielebny z Karoliną znaleźli się na Nałożnicy, a z owej na Holendra trafiły Ola i Malwina. Ja zamieniłem się z Adso, więc ostatecznie załoga Latającego Holendra składała się z trzech kobiet: Oli, Malwy i Julity oraz dwóch facetów: JPC i mnie. Skład, jak pokazała praktyka, naprawdę świetny. Panie okazały się bardzo pomocne na pokładzie (bynajmniej nie do szorowania), Ola nauczyła nas wiązać podstawowe węzły (z zadowoleniem stwierdziłem, że dwa z nich już poznałem dzień czy dwa wcześniej) i buchtować liny (przydatna rzecz, również na co dzień). Poza tym ładnie śpiewały i dbały o to, żebyśmy nie byli głodni: na pewno na żadnym innym jachcie w czasie pływania nie było takich smakołyków. A poza tym... Nie ma to jak dwóch szurniętych inżynierów-geeków na jednej łódce, zaraz zaczęły się dyskusje na tematy, które zapewne nigdzie indziej poruszone raczej nie zostały. Bo kto by tam gadał np. o przetwornicach impulsowych, konstrukcji spektrometru, hallotronu, ładowaniu akumulatora (padł na Holendrze akumulator, więc trzeba było coś z tym zrobić w którymś porcie), etc.

Poranne plany wypłynięcia o siódmej doznały lekkiej obsuwy, gdyż przed tą godziną jedynymi toaletami czynnymi w Mikołajkach są Fajne Krzaki - gdzie można stracić buty - oraz zrujnowany budynek przypominający ruiny jakiejś stadniny. Trochę niski standard jak na poranne potrzeby, więc siłą rzeczy odpłynięcie nieznacznie się przeciągało. Dokonaliśmy jeszcze ostatnich zakupów, m.in. wody pitnej i chleba. Po zajęciu miejsca na łódkach, po ósmej rano, wyruszyliśmy. Plan minimum: Półwysep Kula. Plan maksimum: Giżycko. Tak czy inaczej długa trasa, ale połowa na silniku, w kanałach.

W międzyczasie odbyło się składanie masztów, gdyż mieliśmy również przepłynąć pod licznymi mostami. Załoga Holendra była tutaj bezkonkurencyjna, wykazując się inwencją pozwalającą bezpiecznie (całkowicie bezpiecznie dopiero za drugim podejściem, ale jednak) złożyć maszt bez odpinania bomu, kiedy to nie było konieczne i z powrotem go postawić w czasie krótszym niż kilka minut. We rulez.

kamila przy sterze

Po wypłynięciu z Mikołajek pokonaliśmy połowę Jeziora Tałty na silniku, a następnie dotarliśmy do kanałów. Zgodnie z przewidywaniami ich przebycie okazało się nudne: płynie się, płynie i tylko pilnować trzeba, żeby nie poruszać się zbyt szybko ani za wolno. Była to jednak świetna okazja na herbatę i jakieś jedzonko. Po opuszczeniu kanałów połączyliśmy wszystkie cztery jachty, cumując je do siebie i rzucając kotwice na skrajnych rogach. Powstała w ten sposób dość ciekawa konstrukcja na środku jeziora. Ludziska poszli się kąpać, a ja zająłem się przekonywaniem JPC, że powinniśmy poczekać na resztę, a nie płynąć przodem nie wiadomo dokąd... Niestety kotwice słabo trzymały i zdryfowało nas na środek szlaku, ale na szczęście nie płynęła tamtędy żadna "krowa".

Gdy już wszyscy się powycierali, postawili maszty i wypili herbatę, ruszyliśmy na Jezioro Jagodne. Wiało dość spokojnie, znowu można było pomotylkować. Znaleźliśmy ponownie na mapie skrót, który ostatecznie skrótem się nie okazał, więc znowu byliśmy ostatni. Ale płynęliśmy tylko nieznacznie w tyle. Bez większych problemów dotarliśmy do Kuli, gdzie zacumowaliśmy na kilkanaście minut celem skorzystania z lasu oraz złożenia masztów przed kolejnym mostem. Tutaj udało się zacumować bez większych problemów do drzewa, choć nieco dalej od pomostu, niż byśmy chcieli. Ale było za płytko, żeby się jakoś poprawiać... Ostatecznie zejść na ląd się dało, wymagało to tylko dość pewnego skoku, dawki zaufania do wytrzymałości desek pomostu i nadziei, że nie są tak śliskie, na jakie wyglądają. Dziewczynom brakowało któregoś z wymienionych elementów, więc, stojąc na pomoście, łapałem je, skaczące z burty. Choć byłem pewien, że same też dałyby sobie radę...

Krótki popas, wizyta w lesie, kładziemy maszt i ruszamy pod mostem, na Jezioro Boczne. Zaraz za nim wiało już o wiele solidniej. W pobliżu była przystań, więc stwierdziliśmy, że zacumujemy na moment, żeby postawić maszt. Skrzynia właśnie stamtąd wypływała. Skoczyłem na pomost, zauważając, że mają ładne słupki do cumowania, gdzie można zawiązać zwykłą knagę, a nie węzeł cumowniczy, który wymaga więcej zabawy. Odprawiłem kolesia, który już nas chciał skasować za postój stwierdzeniem, że my tylko na chwilę... Postawiliśmy maszt, obserwując, co wyprawia Skrzynia kilkadziesiąt metrów dalej... Pokręciło nimi nieźle, władowali się w jakieś sieci rybackie, skosili bojki... Wiało dość ostro. Postanowiliśmy zatem przećwiczyć refowanie grota. Kilka minut i gotowe, mimo mocnego wiatru płynęło się całkiem bezpiecznie. Wiatr zelżał po chwili, więc odwiązaliśmy sznurki, rozwinęliśmy też foka i znów płynęliśmy na obydwu żaglach. Gdzieś tam daleko z przodu było widać Skrzynię, nieco dalej Nałożnicę, za nami została Inkwizycja mająca problemy z postawieniem masztu. Po chwili zauważyliśmy, że Skrzynia stoi, a Nałożnica do niej podpływająca robi nagły zwrot i ucieka gdzieś w bok... Ale co tam, że to dziwne i podejrzane, płyniemy zobaczyć, co się stało...

Gdy po kilku minutach dotarliśmy do Skrzyni. Zaczęliśmy wrzeszczeć: "co jest?", w odpowiedzi usłyszeliśmy: "mielizna!", po czym sekundę później rozległo się głuche "łup" i też staliśmy. Szybko wciągnęliśmy miecz, ale było już za późno. Żeby było śmieszniej, podczas tej operacji ów nam się uszkodził - nie dało się go ani podnieść wyżej, ani opuścić niżej. Modliliśmy się tylko, żeby nie trzeba było cumować w jakimś płytkim miejscu, bo byłby to dość spory problem. Żeby było jeszcze zabawniej, mielizna ta nie była zaznaczona na żadnej z map, które mieliśmy. Nawet kardynałek nie było... Jakimś cudem udało nam się jednak opuścić podwodną wysepkę i popłynąć dalej. Skrzynia była już z przodu, Nałożnica oddalała się w głąb jeziora, nie do końca zgodnie z kursem, po wykonaniu ratującego ją (brawo, nam zabrakło refleksu) zwrotu. Inkwizycja ukazała się z tyłu i... po chwili też się zatrzymała. W tym samym miejscu, na tej samej mieliźnie. Jak pech, to pech...

Po tych wszystkich problemach za nami wyrosły kolejne ciemne chmury, a Nałożnica nas dogoniła. Płynęliśmy prawie równo, łeb w łeb przez Niegocin. Skrzynia uciekła do przodu, Inkwizycji nie było z tyłu widać, ale wiedzieliśmy, że opuścili mieliznę. Odbiliśmy trochę bardziej na środek jeziora, licząc na lepszy wiatr, co okazało się prawdą. Jednak po chwili znowu ucichło. Do Giżycka udało się dopłynąć bez problemów, nawet dość szybko znaleźliśmy docelowy port, zacumowaliśmy bez żadnych niespodzianek. Inkwizycja dopłynęła po dłuższej chwili, pomogłem ich zacumować. Znowu w komplecie. Zbliżała się godzina 19, JPC zadzwonił na telefon serwisowy firmy, od której mieliśmy jachty, bo z rozwalonym mieczem to trochę ciężko pływać i sterować. Telefon czynny do 20 w teorii, oczywiście nikt nie odebrał. Stwierdziliśmy, że idziemy coś zjeść. Trafiliśmy do jakiejś knajpki na pizzę. Nie najgorszą.

Wieczorem odbyła się imprezka na Inkwizycji, z której jeszcze nie zdążyłem przenieść moich rzeczy na Holendra. Nie pozostawało mi nic innego jak półprzytomnie czekać, aż imprezka się skończy. Doczekałem się, skorzystałem z nocnego kibla w porcie LOK-u (darmowy, bez papieru, z masą pająków na suficie). Poszedłem spać, spojrzawszy uprzednio na Księżyc i gwiazdy, jak co wieczór, znów mając to dziwne uczucie, że nie tylko ja patrzę w tę stronę.

Rano mieliśmy iść zwiedzać Twierdzę Boyen, ale musieliśmy zaczekać na Pana Serwisanta. Przyszedł, rozkręcił skrzynkę mieczową, popsikał rolki za pomocą WD40 i stwierdził, że więcej nic nie da rady zrobić. Fakt, miecz jakoś chodził, choć trzeba było się solidnie zaprzeć, żeby go podnieść. Przy okazji jeszcze nam wymienił urwaną klamkę od kibla na taką ładną, nowiutką, ze złotymi okuciami. Pełen wypas. Potem nawet zdążyliśmy jeszcze dojść do Twierdzy i zrobić sobie grupowe zdjęcie w koszulkach zlotowych. Nawet nie wyszło tak głupio jak myślałem... Ostatecznie spakowałem swoje rzeczy i przeniosłem się na Holendra ze wszystkim. Tam miałem spędzić następną noc.

Wyspa-bagno

Kolejnym celem na trasie był Sztynort. Wypłynąć musieliśmy najpóźniej o 14.30, żeby zdążyć przepłynąć przez kanał, póki most jest otwarty dla żeglugi, a nie dla samochodów. Niestety nie widziałem, jak się otwiera, a szkoda, bo to ponoć ciekawie wygląda. Może następnym razem... Po drodze zrobiliśmy jeszcze zakupy w Biedronce (zaplanowaliśmy solidną kolację - glumzę, czyli makaron z konserwą i jakimiś dodatkami, domyślając się cen w Zenzie, najbardziej znanej tawernie w Sztynorcie), wio na łódkę, opuszczamy port i płyniemy Kanałem Giżyckim na Kisajno. Kanał przeszliśmy bez problemów, doprowadzając sztukę kładzenia i stawiania masztu do perfekcji. Potem na Kisajnie też było dość spokojnie, choć po raz kolejny goniły nas ciemne chmury. Inkwizycja wypruła do przodu, Skrzynia też nas wyprzedziła, a Nałożnica po raz kolejny stawiała maszt przez pół godziny i została daleko z tyłu... Choć, jak donoszą niektóre źródła, równie dzielnie co z masztem, walczyli później z wiatrem.

JPC znalazł na mapie małą przystań klubu żeglarskiego Politechniki Łódzkiej i nie mógł się oprzeć pokusie jej odwiedzenia. Zwłaszcza że był tam jakiś jego kumpel z grupy i może byłoby można się tam zatrzymać na jakiś czas. Więc odbiliśmy na Jezioro Dargin, gdzieś mając ciemne chmury za nami i zrywający się wiatr. Dementuję tym samym plotkę, że Holender po raz kolejny zabłądził i się zgubił - to była świadoma decyzja, "płyniemy tam, bo tak chcemy, damy radę potem wrócić". Przystań niestety minęliśmy, bo była trochę nie tak zaznaczona na mapie, jak myśleliśmy. Wrócić niestety było ciężej, wiatr się wzmógł, fale zaczęły nami bujać prawie jak na otwartym morzu. Szybka decyzja: cumujemy na dziko do pobliskich wysepek (Pagańskie Kępy bodajże), żeby przeczekać niepogodę, bo za chmurami było już widać ładne, niebieskie niebo.

Przy wysepce stało już kilka innych jachtów. Jakiś Pan w Gumiakach z jednego z nich pomógł nam się przywiązać do drzewa (dziękujemy za pomoc). Znowu staliśmy kawałek od brzegu, oparci na mieczu (tutaj akurat był to dobry pomysł). Skorzystaliśmy z postoju, zaspokoiliśmy swoje potrzeby fizjologiczne, a potem spożyliśmy krótki posiłek, mmm... kanapki, mmm... herbatka. Malwa sobie nogi umyła przy okazji schodzenia na ląd. Mnie udało się zeskoczyć i wskoczyć bez zamoczenia się w jeziorze. Wyspa jako taka bardziej przypominała bagno. Stawiając jakiekolwiek kroki poza wydeptaną ścieżką, trzeba było uważać, żeby nie wdepnąć za głęboko w błoto. Miałem wrażenie, że gdyby nie drzewa, już dawno by owej wysepki nie było w tym miejscu...

Uspokoiło się dość szybko, więc po krótkim postoju, około 18, zwinęliśmy się i wypłynęliśmy. Wiatr wiał stabilnie, choć musieliśmy ostro halsować, żeby płynąć w dobrym kierunku i jednocześnie omijać mielizny. Kompas i z daleka widoczny most bardzo się przydały przy orientowaniu mapy... Zwłaszcza że ostatecznie musieliśmy wpłynąć w ledwie widoczny, krótki kanał prowadzący na Jezioro Sztynorckie. A tu niedługo miał zapaść zmrok, wiatr cichł, aż w końcu stwierdziliśmy, że zaraz będzie ciemno, a w okolicy nie ma żadnych innych łódek, bo wszyscy już dopłynęli do swoich przystani. Włączyliśmy silnik i pruliśmy tak przez kilka minut, z podniesionymi żaglami. W sumie to wieśniacko pływać z podwójnym wspomaganiem, ale mieliśmy dobre usprawiedliwienie: zaraz będzie ciemno i trzeba jak najszybciej dopłynąć na miejsce. Po chwili znaleźliśmy ledwie widoczny kanał (ostatnie promienie zmroku go oświetlały, ale na szczęście już były też światła - czerwone i zielone, migające; paradoksalnie chyba łatwiej go znaleźliśmy niż reszta). Zrzuciliśmy żagle i maszt, nie wiedząc do końca, czy to ostatnie jest konieczne (nie było, ale przy naszej technice zrzucić i postawić maszt to żaden problem).

lodka na holu

Za nami jeszcze z jeziora spływali WOPR-owcy i Policja Wodna. Ci drudzy dogonili nas w kanale, po czym gwałtownie zwolnili i zaczęli grzecznie płynąć za nami, mimo że w kilka sekund mogliby nas wyprzedzić. Przypominało to trochę psa, który kładzie po sobie uszy, podwija ogon i ucieka... Później dowiedzieliśmy się dlaczego: Inkwizycja, pierwsza w tym miejscu, miała na holu inną łódkę, której brakło paliwa i... staranowała (oficjalnie niechcący icon_wink) panów policjantów dwukrotnie. Prawdopodobnie tych samych, więc ci, widząc kolejną łódkę Ahoja z kolorową banderą, zwolnili i odpuścili... Na szczęście nie dostaliśmy mandatu za pływanie bez świateł. Może dlatego że stałem na dziobie z czołówką, która ponoć z daleka wyglądało jak mała gwiazdka? No cóż, legendarny Latający Holender to statek widmo, więc nazwa zobowiązuje: zarówno do błądzenia, jak i do takich rzeczy.

Po kolejnym telefonie wiedzieliśmy już do którego pomostu płynąć. Zacumowaliśmy i z JPC poszliśmy kombinować, jak załatwić prąd do naładowania akumulatora na naszej łódce. 15 zł/doba, ujdzie... Prostownik pożyczyliśmy z Inkwizycji, bo nasz był padnięty. Akumulator również okazał się starociem, mocno wyeksploatowanym, po ciemku nawet trudno było stwierdzić, ile płynu jest w celach. Ale do rana jakoś się podładował i nawet się nie rozleciał. Kilka telefonów również udało się nakarmić energią, w tym jeden za dość ciekawą, hmmm, zapłatę. Zjedliśmy jeszcze makaron, przygotowany przez nasze wspaniałe załogantki (czasem żałuję, że w kuchni tylko do zmywania naczyń się nadaję), pogadaliśmy, JPC opowiedział dowcip tygodnia, którego tu nie przytoczę, ustaliliśmy plany na dzień następny i poszliśmy spać.

Siiikuuu!

W piątek czekał nas ostatni odcinek całej trasy: Sztynort - Węgorzewo. Było całkiem spokojnie. Najpierw kawałek Jeziora Dargin, całe Mamry, na koniec rzeka Węgorapa i port ZHP. I ostatnie składanie masztu, żeby przepłynąć pod mostem, według którego poprzedniego dnia się orientowaliśmy. Potem stwierdziliśmy, że mamy dużo czasu i rzuciliśmy kotwicę tuż za mostem, pomiędzy trzcinami na jakimś małym jeziorku. Postaliśmy tam dość długo, czekając na Nałożnicę, która gdzieś się zgubiła (pewnie znowu stawiali maszt przez godzinę?), jedząc zupki, pijąc herbatę i przygotowując oraz jedząc gwóźdź programu: Glut. Nawet stolik sobie rozłożyliśmy w tym celu. Gluta jedliśmy jedną łyżką, ochrzczoną Łyżką Pokoju, z jednej miski, w pięć osób. A sam Glut... To właściwie były dwa jogurty o różnych smakach, do nich wkruszone resztki biszkoptów, płatków śniadaniowych, batoników zbożowych i jeszcze kilku słodkich rzeczy, które były pod ręką. Super deser, dawno nie jadłem czegoś tak smacznego. Jak to dobrze było trafić do tej załogi.

Gdy już ruszyliśmy, tuż za nami odnalazła się Nałożnica, ale my już sobie płynęliśmy dalej. Dość szybko znaleźliśmy się na Mamrach i tu pojawił się jeden z ostatnich problemów: wiatr ucichł. Pożeglowaliśmy tak trochę, bardziej dryfując niż żeglując, aż w końcu dziewczyny zaczęły dość bezpośrednio wyrażać pragnienie odwiedzenia toalety. Więc cóż tu było zrobić, my sami stwierdziliśmy, że też mamy dość, wrzuciliśmy silnik i płyniemy dalej. Nałożnica za nami zrobiła to samo. Potem jakoś tak znowu powiało na chwilę, podnieśliśmy żagle, ale nic z tego... Nałożnica nas dogoniła. Żeby nie było nudno, zrobiliśmy im głupi dowcip, wrzeszcząc, że nie mamy paliwa. Prawie wzięli nas na hol, kiedy już okazało się, że paliwo jednak mamy. Wkurzeni odpłynęli w siną dal, a my, na pełnej mocy, zaczęliśmy ich gonić. A tu po chwili... silnik zgasł. No to dolaliśmy paliwa, odpalamy, działa, znowu pełna moc. Gdy po chwili znowu zdechł, przypomniało nam się, że nasz silnik na pełnych obrotach się po prostu dusi paliwem i gaśnie. Zanim nam się to przypomniało, mieliśmy nauczkę.

Ostatecznie dogoniliśmy też Skrzynię, dzielnie płynącą na żaglach aż do samej Węgorapy. (Brawo, podziwiam cierpliwość, my niestety byliśmy gonieni wyższą potrzebą.) Na chwilę się zbliżyliśmy i chwyciliśmy za burty, krótka wymiana zdań, no i popłynęliśmy dalej na silniku, a Sasanka dalej na żaglach. Węgorapa okazała się nieco ciekawsza niż pozostałe kanały z jednego względu - były tam linie wysokiego napięcia na wysokości 10 metrów, a masztu nie złożyliśmy i nikt z nas jakoś nie pamiętał, ile nasza łódka ma wysokości. Tak przechodziliśmy pomału z lekko drżącymi rękami, patrząc na nieizolowany kabel nad wodą... Zdążyłem tylko rzucić "nie trzymajcie się niczego metalowego!", gdy już pod nim przepłynęliśmy. Następne trzy były izolowane, więc już nie aż tak groźne. Ale nie zahaczyliśmy. Po chwili już byliśmy na przystani ZHP w Węgorzewie. Ostatniej przystani tego rejsu.

Dnia następnego, czyli w sobotę, mieliśmy zdać łódki. Niektórzy chcieli też wracać z samego rana. Miało być ognisko, ale zaczęło padać... To wszystko spowodowało ostatecznie, że końcowa imprezka odbyła się na Latającym Holendrze. Zmieściliśmy się prawie wszyscy, było całkiem przytulnie. Trochę piwa, trochę śpiewania, program artystyczny w wykonaniu Grupy Offowej Sasanka (umierałem ze śmiechu słuchając tych piosenek, nie zważając na to, że zaraz Page mi zmiażdży nogi). Z Pagem jedną piosenkę nawet zagraliśmy na gitarze wspólnie, bo każdy z nas miał tylko jedną rękę wolną, a między nami jeszcze Ola siedziała... Trochę to nie wyszło do końca, ale co tam. Potem był konkurs, nie całkiem o forum jak w zeszłym roku, ale przynajmniej okazało się, że byłem jedną z najsilniejszych osób w drużynie, bo jako jeden z nielicznych byłem na wszystkich zlotach i pamiętałem z nich całkiem sporo... W końcu moja drużyna o ambitnej nazwie Lewa Burta (zgadnijcie jak się druga nazywała) wygrała. Nagród nie było (na szczęście?).

Po konkursie, z mojej perspektywy osoby leżącej gdzieś na dziobie, zaczęło dziać się coś dziwnego. Jakoś tak nagle i w pośpiechu wszyscy zaczęli wychodzić z naszej Teski... Po chwili zrozumiałem: podłoga jest cała w wodzie, toniemy. W teorii wiedziałem, że jacht tego typu jest niezatapialny i nie idzie na dno nawet jak ma dziurę w kadłubie, ale mimo to jakoś tak wszyscy uciekli, a ja i JPC zostaliśmy. Spomiędzy listewek koło drzwi od kibla woda sikała do środka małym, stabilnym strumykiem. Było po północy. Teoria tym razem nie minęła się z praktyką, do środka wlało się wody po kostki, łódka złapała delikatny przechył na jedną burtę i tyle. Rano nie znaleźliśmy jej na dnie. Wynieśliśmy jeszcze w nocy rzeczy na inne jachty, bo spać z wodą na podłodze to kiepski interes, a ja dostąpiłem zaszczytu spania na Skrzyni obok Manowców (nawet Sabat mi pozazdrościł, pytając czy też musi zatopić jakąś łódkę, żeby go to spotkało;)). Sasanka to mały jacht i to chyba była pierwsza noc, kiedy nie zmarzłem, choć nogi mi zwisały na podłogę, a ktoś całkiem głośno chrapał (czyżby Pietka?).

Rano obudziliśmy się w całkiem niezłym stanie, niektórzy już jednak pojechali o świcie, bez pożegnania. Poranek minął sennie, na jedzeniu śniadania, pakowaniu się, klarowaniu łódek, itp. Duke i ja postanowiliśmy nie zostawiać reszty i wrócić nocnym pociągiem. Jechać też z nami mieli Julita i JPC. Do około 12 się pozbieraliśmy, najedliśmy i poszliśmy do bosmanatu. Po chwili doczekaliśmy się człowieka, który miał odebrać od nas łódki. Najpierw zdecydowaliśmy się zszokować go widokiem zalanej Teski. Wszedł na pokład, uchylił suwklapę, zdjął sztorcklapę i... to była najpiękniejsza mina wyrażająca szok i zdziwienie jaką widziałem w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Koleś tylko zadzwonił do jakiegoś szefa, a potem gapił się na wodę w środku i powtarzał w kółko "jestem w szoku, jestem w szoku". JPC mu tylko odparował: "niech pan sobie wyobrazi, że my też". Po czym zszedł, sprawdził pozostałe jachty, próbował nas oszwabić na 50 zł za okruszki chleba pod materacami na Skrzyni, ale się nie daliśmy. Ostatecznie oddaliśmy wszystkie jachty i odzyskaliśmy całą kaucję. Z dobrymi humorami ruszyliśmy na przystanek PKS w Węgorzewie.

I z powrotem

Na miejscu okazało się, że ktoś tu pokpił sprawę i PKS, na który szliśmy, nie jedzie o tej godzinie, o której jechać miał. Musieliśmy więc czekać 2 godziny, co przekreślało nasze szanse na zdążenie na fajne pociągi w Olsztynie i Warszawie. Ale cóż było zrobić... Poszliśmy na kebaba i jedzonko. Na miejscu okazało się, że na kebaba trzeba będzie poczekać pół godziny, bo mięsko jeszcze się podsmaża, a my byliśmy tak głodni, że w końcu zadowoliliśmy się dwoma porcjami czegoś innego.

PKS na szczęście odjechał i przyjechał planowo, skasowali nas na 12 zł od łebka, co za dystans 130 km wydaje się być uczciwą ceną w porównaniu do tego, co zabuliliśmy w Mrągowie. Ta droga minęła dosyć sennie, do ostatnich kilkudziesięciu kilometrów przed Olsztynem, gdzie zaczęło trząść niemiłosiernie. Gdy już dotarliśmy na dworzec PKP, zapadła szybka decyzja, że jedziemy pośpiechem, bezpośrednim o 22.30 (4 godziny czekania) zamiast gonić za nie wiadomo jakimi przesiadkami. Nie był to zły pomysł. Najpierw poszliśmy do jednej z placówek międzynarodowej sieci toalet McDonalds (3zł za toaletę + cheesburger gratis), gdzie skorzystaliśmy z przybytku oraz zjedliśmy "kolację". Tutaj przyszło nam pożegnać Manowce, chwilę później Sabata. Resztką ekipy (@lan, Duke, JPC, Julita i ja) poszliśmy na olsztyńską starówkę, gdzie po chwili błąkania się trafiliśmy do całkiem przytulnej herbaciarni, w której spędziliśmy pozostały czas przy trzech perfumowanych herbatach, mrożonej kawie i dwójniaku (dano mi spróbować jednego łyka; pachniał bardziej jak wódka, smakował bardziej jak miód, ale ostatecznie stwierdziłem, że był całkiem niezły).

Nasz czas dobiegał końca, więc wstaliśmy, zapłaciliśmy i pobiegliśmy z powrotem na dworzec Olsztyn Główny, mając nadzieję, że uda nam się zająć cały przedział. Wpadliśmy tam niestety za późno, pociąg już stał na peronie i pustego przedziału znaleźć się nie udało. Właściwie, ogólnie rzecz biorąc, puste były, ale zamknięte, nie wiadomo dlaczego. Za to trafiliśmy na wagon pierwszej klasy, przemalowanej na drugą. Póki co dosiedliśmy się do jakiejś pary starszych ludzi, Julita i ja pilnowaliśmy bagaży, Duke i JPC pobiegli szukać lepszego przedziału. Kiedy ludzie ci wyciągnęli papierosy i zaczęli palić, stwierdziłem, że jak dla mnie to jest przedział czwartej klasy i trzeba znaleźć koniecznie coś lepszego... Ale dzięki temu że wagon był mocno zdezelowany, JPC otworzył jeden z zamkniętych przedziałów za pomocą noża i własnych palców. Mieliśmy więc cały kawałek wagonu tylko dla siebie i dość wygodną podróż w perspektywach, o ile przedział nie został wcześniej zamknięty z jakichś powodów, które mogłyby stanowić dla nas zagrożenie. Ale chyba po prostu był tylko zamknięty, bo zamknięty, a nie z poważniejszych przyczyn. Jedyne, czego brakło, to pożegnania się z @lanem w tej całej gonitwie po wagonie.

Prawie całą noc przespałem, obudziłem się dopiero koło 4.15, potem chyba nie spałem aż do Koluszek, gdzie Julita i JPC wysiadali, koło piątej rano. Pożegnaliśmy ich i zostaliśmy sami. Dość szybko znowu usnąłem. Obudziłem się już na Zagłębiu, gdzie stwierdziłem, że pora wstać... Dąbrowa Górnicza, Będzin, Sosnowiec... i na Śląsku, z powrotem. Mijamy moje kochane Szopienice, dalej Zawodzie i już, dworzec główny w Katowicach. I pożegnanie z Dukiem na zejściu z peronu, bo miałem prywatną taksówkę po drugiej stronie dworca. Koniec.

To sum up

Jak już pisałem na początku, było fajnie. Żeglowanie okazało się całkiem przyjemną rzeczą, nawet wliczając to, że było zimno i wiało. Jeśli jeszcze kiedyś będę miał okazję się w to pobawić, z przyjemnością wrócę na mazurskie jeziora. Dziękuję jeszcze raz organizatorom; obydwu załogom, w których miałem przyjemność pływać oraz całej reszcie. Jesteście wspaniali.

I niech żałują wszyscy Ci, którzy jechać chcieli, a nie mogli, oraz Ci, którzy mogli, a nie chcieli. Bo jest czego żałować. Naprawdę.

Michał Gawlik

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.